Wróć na stronę książki

Oceny książki Dublineska

Średnia ocen
6,4 / 10
43 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE


avatar
1182
738

Na półkach:

Jeśli ktoś kiedyś stwierdził, że literatura żywi się sama sobą, to Enrique Vila-Matas musiał to zdanie przepisać na pierwszej stronie swojego notesu i podkreślić trzy razy. „Dublineska” to książka erudycyjna po brzegi, nasycona cytatami, aluzjami, literackimi duchami i kapliczkami dla mistrzów pióra (od Joyce’a po Becketta). Ale spokojnie. Choć brzmi to jak zakurzone seminarium literaturoznawcze, w praktyce to powieść o kryzysie wieku średniego i o tym co zrobić, kiedy wydaje ci się, że cały świat (i książki) skończył się razem z twoją karierą.

Bohaterem jest Samuel Riba – ekscentryczny, zgorzkniały były wydawca, który właśnie przeszedł na emeryturę. Zamiast odpoczywać, nie potrafi odpuścić. Alkohol rzucił, choć ciągle go kusi. Życie osobiste mu się sypie. Internet zastępuje mu towarzystwo ludzi. W tym wszystkim czuje, że epoka Gutenberga dogorywa na jego oczach. Co zatem robi? Organizuje wycieczkę do Dublina w Bloomsday, czyli święto Ulissesa. Postanawia urządzić też symboliczny pogrzeb literatury. Serio. Mamy więc trochę groteskę, trochę manifest.

Ten manewr fabularny rozpoczyna prawdziwą zabawę. Riba czyta swoje życie jak tekst literacki, wędruje szlakami Joyce’a, dostrzega wokół siebie duchy i cytaty, a czytelnik nigdy nie ma pewności, czy właśnie ogląda rzeczywistość, sen czy halucynację. Vila-Matas lubi takie zabawy. Podsuwa nam fałszywe tropy, miesza fikcję z realnością, a wszystko to w chłodnym, lekko egzystencjalnym klimacie.

Choć zabrzmi to banalnie, „Dublineska” nie jest dla każdego. To powieść gęsta, wymagająca czytelnika, który lubi tropić intertekstualne smaczki i nie boi się, że fabuła chwilami przestaje mieć tradycyjny ciąg. Jakby tego było mało Riba to bohater trudny do polubienia. Trochę tragiczny, trochę żałosny, pretensjonalny, ale też dziwnie ludzki. Czasem chciałoby się nim potrząsnąć, czasem mu współczuć. Vila-Matas świetnie oddaje to balansowanie między patosem a ironią.

Największą siłą tej książki jest jej erudycja. Autor wplata w narrację Joyce’a, Becketta, Borgesa czy Pereca tak naturalnie, że cytaty, odniesienia i literackie duchy stają się materią samej opowieści. To nie popis wiedzy, ale raczej sposób na pokazanie, że życie Riby czyta się jak wielowarstwowy tekst. Towarzyszy temu klimat podszyty irlandzką melancholią, nieustannym poczuciem końca i pogodą, która zamiast tła staje się stanem ducha. Wbrew powadze tematu Vila-Matas potrafi też rozbroić sytuację subtelnym humorem.

Nie da się jednak ukryć, że miejscami autor bywa zbyt zapatrzony w literacką grę. Niekiedy labirynt intertekstualnych nawiązań przytłacza emocje Riby, przez co trudno się przejąć jego dramatem. Do tego dochodzą diagnozy dotyczące upadku kultury i rynku wydawniczego. Niby celne, ale wypowiadane z takim tonem zgorzkniałego estety, że brzmią przewidywalnie, wręcz marudnie.

Mimo to „Dublineska” wciąga właśnie jako spacer po labiryncie. Chwilami nużący, lecz pełen nagłych otwarć i ukrytych korytarzy. Cieszę się, że Vila-Matas przypomniał mi, iż literatura nadal potrafi nie tylko igrać z formą, lecz także pytać o coś zupełnie podstawowego: czy nasze życie ma sens, jeśli nie umiemy już odczytać własnej historii

Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2025/10/recenzja-dublineska-enrique-vila-matas.html

Jeśli ktoś kiedyś stwierdził, że literatura żywi się sama sobą, to Enrique Vila-Matas musiał to zdanie przepisać na pierwszej stronie swojego notesu i podkreślić trzy razy. „Dublineska” to książka erudycyjna po brzegi, nasycona cytatami, aluzjami, literackimi duchami i kapliczkami dla mistrzów pióra (od Joyce’a po Becketta). Ale spokojnie. Choć brzmi to jak zakurzone...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
428
127

Na półkach:

Niestety ogromne nudziarstwo. Bardzo dobrym językiem (ale bez poszukiwań formalnych oprócz zrzynki z jednego z ost. rozdz. Ulissesa). Wczesnogeriatryczna nuda. Kalki postmodernistyczne tak wyświechtane, że aż łeb boli. Schematyczne do bólu. Bohater to 60-letni zanudzony życiem człowiek, były wydawca. Bezpłciowy typ, który boi się iść schodami od rodziców-starców, choć to woli, bo oczekują od niego jazdy windą.:-) Sam dla siebie jest nudny i powtarza to w kółko. Jest prostą alegorią czasów nowoczesnych, branży wydawniczej i najbardziej samej literatury. Wszystko się skończyło, nie ma już powieści, autorów, pomysłów, ojej jakie straszne. Nieustanne aluzje literackie i kulturowe. Przytaczanie dziesiątek autorów, dzieł, wątków, cytatów, jako przemyśleń bohatera. Bohater próbuje ratować się wycieczka do Dublina na Bloomsday. Mamy więc pasmo aluzji Ulissesowskich przez jedną trzecia książki. Jak się lubi Ulissesa to ok, zabieg trochę ożywia. Trochę nowych ciekawostek itd. Potem żeruje na Becketcie. Książka pozuje na erudycyjną. W istocie jest miałka i odtwórcza. Fabuła i bohater to mało wartościowe odbicie schematów postmodernistycznych. Liczne aluzje literackie również. Nie wnosi to kompletnie nic nowego jeśli ktoś zna ogólne założenia postmoderny itp. klimatów. Już czytałem jedną książkę tego autora (Bartleby i spółka) i klimat był bardzo podobny, ale tamto było esejem i do takiej formy pasowało. Zastanawiam się na ile autor żyje swoja literaturą, a więc jest prawdziwa, a na ile pisze pod ustalony schemat, by dzieło spełniało wybrane wcześniej idee ("zobaczcie jaki jestem wowpostmoderne"; gościu już na wstępie książki w koncepcję powieści bohatera, którą ten niszczy, wkłada przekształcone cechy typowej ponowoczesnej powieści). Bo choć język dobry mam wrażenie, że jest to nieszczera kreacja, poza, budowanie tak alegorycznego bohatera, który przez 80% narracji smęci jaki jest nudny i jak o tym wie i jak nie ma ratunku, że nie wierzę, że jest to typ literatury szczerej, prawdziwej, twórczej, za to widać rodzaj pozy. 1 losowa strona z Houellebecqa, który nie jest wybitny ale bywa ciekawy, jest bardziej interesująca niż cała ta książka. Wartość tu widzę tylko o tyle, o ile ktoś lubi aluzje literackie. Ale lepiej byłoby z nich utkać esej czy zbiór eseików. Jestem więc na NIE. To jest odtwórcze, schematyczne, nudne, a jedyne elementy ożywcze to część opowiastek o innych dziełach, skumulowane w wielkim "angielskim skoku" na Ulissesa i Dublin Joyce'owski. Jako, że to mój ulubiony pisarz, to je doceniam, ale nie dodaje to ani trochę splendoru Vila-Matasowi. Dawno nie czytałem czegoś tak nudnego. Niejedna osoba powie, że może taki był cel książki a więc jest udana, ale akurat nuda i marazm nie są tak skomplikowanymi uczuciami, by musieć produkować powieść, by je wywołać i umożliwić ich przeżycie. Wallace w nieukończonej, ostatniej powieści też miał nudę na warsztacie, co nie zmienia faktu, że książka była całkiem interesująca.
język 7/10
aluzje literackie 6/10
fabuła 3/10, postać 2/10, odkrywczość 2/10
=ogólnie surowe 4.5-5, ale nie bez powodu.

Niestety ogromne nudziarstwo. Bardzo dobrym językiem (ale bez poszukiwań formalnych oprócz zrzynki z jednego z ost. rozdz. Ulissesa). Wczesnogeriatryczna nuda. Kalki postmodernistyczne tak wyświechtane, że aż łeb boli. Schematyczne do bólu. Bohater to 60-letni zanudzony życiem człowiek, były wydawca. Bezpłciowy typ, który boi się iść schodami od rodziców-starców, choć to...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
344
62

Na półkach: ,

Są na świecie takie książki, które z każdym kolejnym słowem przenoszą nas w miejsca, do których chcielibyśmy podróżować ale z jakiegoś powodu nie możemy. Taka jest "Dublineska" dla mnie. Pomiędzy cytatami z "Ulissesa", przeszłością, starością i przemijaniem, mamy podróż do Dublina.

Ta książka wywołała u mnie tęsknotę za miastem, w którym byłam raz; sprawiła, że co chwilę się zatrzymywałam w czytaniu by wypisać kolejne miejsca, które odwiedzili bohaterowie, bym i ja kiedyś mogła je zobaczyć. I sprawiła, ze jeszcze mocniej mam ochotę sięgnąć po książkę Joyce’a, w której Dublin ukazany jest w pełnej krasie. "Dublineska" pokazuje również, co się może stać z człowiekiem, gdy przechodząc na emeryturę nie ma dosłownie innej rzeczy, którą mógłby się zająć by doszczętnie nie zwariować. Polubiłam się z tą historią.

Są na świecie takie książki, które z każdym kolejnym słowem przenoszą nas w miejsca, do których chcielibyśmy podróżować ale z jakiegoś powodu nie możemy. Taka jest "Dublineska" dla mnie. Pomiędzy cytatami z "Ulissesa", przeszłością, starością i przemijaniem, mamy podróż do Dublina.

Ta książka wywołała u mnie tęsknotę za miastem, w którym byłam raz; sprawiła, że co chwilę...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to