Jeśli ktoś kiedyś stwierdził, że literatura żywi się sama sobą, to Enrique Vila-Matas musiał to zdanie przepisać na pierwszej stronie swojego notesu i podkreślić trzy razy. „Dublineska” to książka erudycyjna po brzegi, nasycona cytatami, aluzjami, literackimi duchami i kapliczkami dla mistrzów pióra (od Joyce’a po Becketta). Ale spokojnie. Choć brzmi to jak zakurzone seminarium literaturoznawcze, w praktyce to powieść o kryzysie wieku średniego i o tym co zrobić, kiedy wydaje ci się, że cały świat (i książki) skończył się razem z twoją karierą.
Bohaterem jest Samuel Riba – ekscentryczny, zgorzkniały były wydawca, który właśnie przeszedł na emeryturę. Zamiast odpoczywać, nie potrafi odpuścić. Alkohol rzucił, choć ciągle go kusi. Życie osobiste mu się sypie. Internet zastępuje mu towarzystwo ludzi. W tym wszystkim czuje, że epoka Gutenberga dogorywa na jego oczach. Co zatem robi? Organizuje wycieczkę do Dublina w Bloomsday, czyli święto Ulissesa. Postanawia urządzić też symboliczny pogrzeb literatury. Serio. Mamy więc trochę groteskę, trochę manifest.
Ten manewr fabularny rozpoczyna prawdziwą zabawę. Riba czyta swoje życie jak tekst literacki, wędruje szlakami Joyce’a, dostrzega wokół siebie duchy i cytaty, a czytelnik nigdy nie ma pewności, czy właśnie ogląda rzeczywistość, sen czy halucynację. Vila-Matas lubi takie zabawy. Podsuwa nam fałszywe tropy, miesza fikcję z realnością, a wszystko to w chłodnym, lekko egzystencjalnym klimacie.
Choć zabrzmi to banalnie, „Dublineska” nie jest dla każdego. To powieść gęsta, wymagająca czytelnika, który lubi tropić intertekstualne smaczki i nie boi się, że fabuła chwilami przestaje mieć tradycyjny ciąg. Jakby tego było mało Riba to bohater trudny do polubienia. Trochę tragiczny, trochę żałosny, pretensjonalny, ale też dziwnie ludzki. Czasem chciałoby się nim potrząsnąć, czasem mu współczuć. Vila-Matas świetnie oddaje to balansowanie między patosem a ironią.
Największą siłą tej książki jest jej erudycja. Autor wplata w narrację Joyce’a, Becketta, Borgesa czy Pereca tak naturalnie, że cytaty, odniesienia i literackie duchy stają się materią samej opowieści. To nie popis wiedzy, ale raczej sposób na pokazanie, że życie Riby czyta się jak wielowarstwowy tekst. Towarzyszy temu klimat podszyty irlandzką melancholią, nieustannym poczuciem końca i pogodą, która zamiast tła staje się stanem ducha. Wbrew powadze tematu Vila-Matas potrafi też rozbroić sytuację subtelnym humorem.
Nie da się jednak ukryć, że miejscami autor bywa zbyt zapatrzony w literacką grę. Niekiedy labirynt intertekstualnych nawiązań przytłacza emocje Riby, przez co trudno się przejąć jego dramatem. Do tego dochodzą diagnozy dotyczące upadku kultury i rynku wydawniczego. Niby celne, ale wypowiadane z takim tonem zgorzkniałego estety, że brzmią przewidywalnie, wręcz marudnie.
Mimo to „Dublineska” wciąga właśnie jako spacer po labiryncie. Chwilami nużący, lecz pełen nagłych otwarć i ukrytych korytarzy. Cieszę się, że Vila-Matas przypomniał mi, iż literatura nadal potrafi nie tylko igrać z formą, lecz także pytać o coś zupełnie podstawowego: czy nasze życie ma sens, jeśli nie umiemy już odczytać własnej historii
Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2025/10/recenzja-dublineska-enrique-vila-matas.html
Jeśli ktoś kiedyś stwierdził, że literatura żywi się sama sobą, to Enrique Vila-Matas musiał to zdanie przepisać na pierwszej stronie swojego notesu i podkreślić trzy razy. „Dublineska” to książka erudycyjna po brzegi, nasycona cytatami, aluzjami, literackimi duchami i kapliczkami dla mistrzów pióra (od Joyce’a po Becketta). Ale spokojnie. Choć brzmi to jak zakurzone...
Niestety ogromne nudziarstwo. Bardzo dobrym językiem (ale bez poszukiwań formalnych oprócz zrzynki z jednego z ost. rozdz. Ulissesa). Wczesnogeriatryczna nuda. Kalki postmodernistyczne tak wyświechtane, że aż łeb boli. Schematyczne do bólu. Bohater to 60-letni zanudzony życiem człowiek, były wydawca. Bezpłciowy typ, który boi się iść schodami od rodziców-starców, choć to woli, bo oczekują od niego jazdy windą.:-) Sam dla siebie jest nudny i powtarza to w kółko. Jest prostą alegorią czasów nowoczesnych, branży wydawniczej i najbardziej samej literatury. Wszystko się skończyło, nie ma już powieści, autorów, pomysłów, ojej jakie straszne. Nieustanne aluzje literackie i kulturowe. Przytaczanie dziesiątek autorów, dzieł, wątków, cytatów, jako przemyśleń bohatera. Bohater próbuje ratować się wycieczka do Dublina na Bloomsday. Mamy więc pasmo aluzji Ulissesowskich przez jedną trzecia książki. Jak się lubi Ulissesa to ok, zabieg trochę ożywia. Trochę nowych ciekawostek itd. Potem żeruje na Becketcie. Książka pozuje na erudycyjną. W istocie jest miałka i odtwórcza. Fabuła i bohater to mało wartościowe odbicie schematów postmodernistycznych. Liczne aluzje literackie również. Nie wnosi to kompletnie nic nowego jeśli ktoś zna ogólne założenia postmoderny itp. klimatów. Już czytałem jedną książkę tego autora (Bartleby i spółka) i klimat był bardzo podobny, ale tamto było esejem i do takiej formy pasowało. Zastanawiam się na ile autor żyje swoja literaturą, a więc jest prawdziwa, a na ile pisze pod ustalony schemat, by dzieło spełniało wybrane wcześniej idee ("zobaczcie jaki jestem wowpostmoderne"; gościu już na wstępie książki w koncepcję powieści bohatera, którą ten niszczy, wkłada przekształcone cechy typowej ponowoczesnej powieści). Bo choć język dobry mam wrażenie, że jest to nieszczera kreacja, poza, budowanie tak alegorycznego bohatera, który przez 80% narracji smęci jaki jest nudny i jak o tym wie i jak nie ma ratunku, że nie wierzę, że jest to typ literatury szczerej, prawdziwej, twórczej, za to widać rodzaj pozy. 1 losowa strona z Houellebecqa, który nie jest wybitny ale bywa ciekawy, jest bardziej interesująca niż cała ta książka. Wartość tu widzę tylko o tyle, o ile ktoś lubi aluzje literackie. Ale lepiej byłoby z nich utkać esej czy zbiór eseików. Jestem więc na NIE. To jest odtwórcze, schematyczne, nudne, a jedyne elementy ożywcze to część opowiastek o innych dziełach, skumulowane w wielkim "angielskim skoku" na Ulissesa i Dublin Joyce'owski. Jako, że to mój ulubiony pisarz, to je doceniam, ale nie dodaje to ani trochę splendoru Vila-Matasowi. Dawno nie czytałem czegoś tak nudnego. Niejedna osoba powie, że może taki był cel książki a więc jest udana, ale akurat nuda i marazm nie są tak skomplikowanymi uczuciami, by musieć produkować powieść, by je wywołać i umożliwić ich przeżycie. Wallace w nieukończonej, ostatniej powieści też miał nudę na warsztacie, co nie zmienia faktu, że książka była całkiem interesująca.
język 7/10
aluzje literackie 6/10
fabuła 3/10, postać 2/10, odkrywczość 2/10
=ogólnie surowe 4.5-5, ale nie bez powodu.
Niestety ogromne nudziarstwo. Bardzo dobrym językiem (ale bez poszukiwań formalnych oprócz zrzynki z jednego z ost. rozdz. Ulissesa). Wczesnogeriatryczna nuda. Kalki postmodernistyczne tak wyświechtane, że aż łeb boli. Schematyczne do bólu. Bohater to 60-letni zanudzony życiem człowiek, były wydawca. Bezpłciowy typ, który boi się iść schodami od rodziców-starców, choć to...
Są na świecie takie książki, które z każdym kolejnym słowem przenoszą nas w miejsca, do których chcielibyśmy podróżować ale z jakiegoś powodu nie możemy. Taka jest "Dublineska" dla mnie. Pomiędzy cytatami z "Ulissesa", przeszłością, starością i przemijaniem, mamy podróż do Dublina.
Ta książka wywołała u mnie tęsknotę za miastem, w którym byłam raz; sprawiła, że co chwilę się zatrzymywałam w czytaniu by wypisać kolejne miejsca, które odwiedzili bohaterowie, bym i ja kiedyś mogła je zobaczyć. I sprawiła, ze jeszcze mocniej mam ochotę sięgnąć po książkę Joyce’a, w której Dublin ukazany jest w pełnej krasie. "Dublineska" pokazuje również, co się może stać z człowiekiem, gdy przechodząc na emeryturę nie ma dosłownie innej rzeczy, którą mógłby się zająć by doszczętnie nie zwariować. Polubiłam się z tą historią.
Są na świecie takie książki, które z każdym kolejnym słowem przenoszą nas w miejsca, do których chcielibyśmy podróżować ale z jakiegoś powodu nie możemy. Taka jest "Dublineska" dla mnie. Pomiędzy cytatami z "Ulissesa", przeszłością, starością i przemijaniem, mamy podróż do Dublina.
Ta książka wywołała u mnie tęsknotę za miastem, w którym byłam raz; sprawiła, że co chwilę...
Na pewno jest to książka, którą docenią erudyci, a im kto większym erudytą jest, tym więcej przyjemności będzie miał z lektury. Ja zapewne nie odkryłam nawet ćwierci jej potencjału, a im bliżej końca książki tym bardziej wszystko było w niej cięższe i bardziej męczące oraz miało (w mojej nieerudycyjnej opinii) mniej sensu, z głównym bohaterem na czele.
Na pewno jest to książka, którą docenią erudyci, a im kto większym erudytą jest, tym więcej przyjemności będzie miał z lektury. Ja zapewne nie odkryłam nawet ćwierci jej potencjału, a im bliżej końca książki tym bardziej wszystko było w niej cięższe i bardziej męczące oraz miało (w mojej nieerudycyjnej opinii) mniej sensu, z głównym bohaterem na czele.
Samuel Riba, główny bohater "Dublineski", zneurotyzowany były wydawca, źle znoszący przejście na emeryturę i 26-miesięczną abstynencję, na samym początku książki tworzy ogólną teorię powieści, skupiając się na pięciu nieodzownych cechach tego gatunku literackiego w przyszłości. Otóż powieść jutra powinna, według Riby zawierać następujące elementy: intertekstualność, związki z wysublimowaną poezją, świadomość upadku moralności, nieznaczną przewagę formy nad treścią, a samo pisanie winno być widziane, jak zegar, który nigdy nie staje. Można w tym kontekście stwierdzić, że „Dublineska” Enrique Vili-Matasa (ur. 1948), choć napisana w 2010 roku, jest powieścią przyszłości par excellence, gdyż spełnia wszystkie powyższe warunki.
„Dublineska” jest bowiem, w myśl teorii Gérarda Genette’a, hipertekstem, powiązanym siecią zależności z wieloma hipotekstami (tekstami wcześniejszymi, do których nawiązuje narrator). Na kartach powieści, w filozoficznych rozmyślaniach głównego bohatera pojawia się wielu pisarzy, poetów, malarzy itp. Najważniejszymi spośród nich są, rzecz jasna James Joyce i Samuel Beckett. W poszukiwaniu utraconego sensu życia i w nadziei na odnalezienie nigdy nie spotkanego pisarza-geniusza, odkrycia tak niezbędnego dla każdego wydawcy, Riba wyrusza do Dublina z okazji tradycyjnego joyce'owskiego święta Bloomsday (16 czerwca), a także chcąc wyprawić „pogrzeb ery Gutenberga”, czy, jak mówi później, „tej dziwki, literatury”.
Enrique Vila-Matas stworzył dzieło utrzymane w chłodnym, Sartre’owskim klimacie, egzystencja głównego bohatera wykracza bowiem daleko poza jego osobę. Ciągle nawiedzany przez epifanie koszmarów, śledzony przez duchy, w końcu zatraca poczucie perspektywy – i nie sam nie wie, czy jest ściganym, czy ścigającym. Większość wydarzeń rozgrywa się w świecie zewnętrznym, jednak w pewnym momencie postacie z koszmarów bohatera wydostają się na zewnątrz i zaczynają żyć życiem autonomicznym. Także i linearność czasowa jest w „Dublinesce” rzeczą umowną. Czasem jeden moment wlecze się w nieskończoność, czasem kilka dni zaciera się w jakimś dziwnym palimpseście, przeskoku, których nie można chyba nawet wytłumaczyć zespołem odstawienia alkoholu u głównego bohatera. W sprawie chłodu i samotności egzystencji w monologu wewnętrznym Riby pada zdanie-perełka: „To prawda, że kiedy zapada zmierzch, potrzebujemy kogoś bliskiego, ale prawdą jest również, że kiedy świta, musimy wiedzieć, że mamy jeszcze w życiu jakiś cel”. (str. 113)
„Dublineska” to niezwykle erudycyjna książka, zbliżona do sumy kultury XX wieku, niczym sam „Ulisses” – do którego zresztą dzieło hiszpańskiego pisarza może być świetnym przygotowaniem.
I jeszcze jeden cytat: „(...) jeśli oczekuje się talentu od wydawcy i autora, powinno się wymagać, by miał go również czytelnik. Trzeba bowiem postawić sprawę jasno: literatura zabiera nas czasem w podróż po trudnych terytoriach, wymagających inteligentnego przeżywania emocji, pragnienia, by zrozumieć innych i zbliżyć się do języka odmiennego od tego, którego tyrania narzuca się nam na co dzień”. (str. 74). Te słowa pasują jak ulał do „Dublineski” – Vila-Matas to z pewnością pisarz wielkiego talentu, a jego książkę polecam -„czytelnikom z talentem”.
Samuel Riba, główny bohater "Dublineski", zneurotyzowany były wydawca, źle znoszący przejście na emeryturę i 26-miesięczną abstynencję, na samym początku książki tworzy ogólną teorię powieści, skupiając się na pięciu nieodzownych cechach tego gatunku literackiego w przyszłości. Otóż powieść jutra powinna, według Riby zawierać następujące elementy: intertekstualność, związki...
"Dublineska" to erudycyjna pułapka, z której nie sposób wyjść w jednym kawałku. Zwodnicza i chwilami chaotyczna, ale wciąż zachwycająca. Niezależnie bowiem od sympatii bądź jej braku dla literatury klasycznej, niezwykła zasobność wiedzy Vila-Matasa rzuca się w oczy. Nie jest to jednak erudycja wystudiowana i na pokaz, a zdaje się być dla autora równie naturalna, co pogawędki o pogodzie, gdy brak rozmawiającym innych tematów. Jedynym, co pozostaje - nam, czytelnikom - to westchnąć głęboko po zakończeniu lektury, zamknąć książkę i wyszeptać: "Chapeau bas, panie Vila-Matas".
http://duzeka.pl/catalog_more/id/1347
"Dublineska" to erudycyjna pułapka, z której nie sposób wyjść w jednym kawałku. Zwodnicza i chwilami chaotyczna, ale wciąż zachwycająca. Niezależnie bowiem od sympatii bądź jej braku dla literatury klasycznej, niezwykła zasobność wiedzy Vila-Matasa rzuca się w oczy. Nie jest to jednak erudycja wystudiowana i na pokaz, a zdaje się być...
Jeśli ktoś kiedyś stwierdził, że literatura żywi się sama sobą, to Enrique Vila-Matas musiał to zdanie przepisać na pierwszej stronie swojego notesu i podkreślić trzy razy. „Dublineska” to książka erudycyjna po brzegi, nasycona cytatami, aluzjami, literackimi duchami i kapliczkami dla mistrzów pióra (od Joyce’a po Becketta). Ale spokojnie. Choć brzmi to jak zakurzone seminarium literaturoznawcze, w praktyce to powieść o kryzysie wieku średniego i o tym co zrobić, kiedy wydaje ci się, że cały świat (i książki) skończył się razem z twoją karierą.
Bohaterem jest Samuel Riba – ekscentryczny, zgorzkniały były wydawca, który właśnie przeszedł na emeryturę. Zamiast odpoczywać, nie potrafi odpuścić. Alkohol rzucił, choć ciągle go kusi. Życie osobiste mu się sypie. Internet zastępuje mu towarzystwo ludzi. W tym wszystkim czuje, że epoka Gutenberga dogorywa na jego oczach. Co zatem robi? Organizuje wycieczkę do Dublina w Bloomsday, czyli święto Ulissesa. Postanawia urządzić też symboliczny pogrzeb literatury. Serio. Mamy więc trochę groteskę, trochę manifest.
Ten manewr fabularny rozpoczyna prawdziwą zabawę. Riba czyta swoje życie jak tekst literacki, wędruje szlakami Joyce’a, dostrzega wokół siebie duchy i cytaty, a czytelnik nigdy nie ma pewności, czy właśnie ogląda rzeczywistość, sen czy halucynację. Vila-Matas lubi takie zabawy. Podsuwa nam fałszywe tropy, miesza fikcję z realnością, a wszystko to w chłodnym, lekko egzystencjalnym klimacie.
Choć zabrzmi to banalnie, „Dublineska” nie jest dla każdego. To powieść gęsta, wymagająca czytelnika, który lubi tropić intertekstualne smaczki i nie boi się, że fabuła chwilami przestaje mieć tradycyjny ciąg. Jakby tego było mało Riba to bohater trudny do polubienia. Trochę tragiczny, trochę żałosny, pretensjonalny, ale też dziwnie ludzki. Czasem chciałoby się nim potrząsnąć, czasem mu współczuć. Vila-Matas świetnie oddaje to balansowanie między patosem a ironią.
Największą siłą tej książki jest jej erudycja. Autor wplata w narrację Joyce’a, Becketta, Borgesa czy Pereca tak naturalnie, że cytaty, odniesienia i literackie duchy stają się materią samej opowieści. To nie popis wiedzy, ale raczej sposób na pokazanie, że życie Riby czyta się jak wielowarstwowy tekst. Towarzyszy temu klimat podszyty irlandzką melancholią, nieustannym poczuciem końca i pogodą, która zamiast tła staje się stanem ducha. Wbrew powadze tematu Vila-Matas potrafi też rozbroić sytuację subtelnym humorem.
Nie da się jednak ukryć, że miejscami autor bywa zbyt zapatrzony w literacką grę. Niekiedy labirynt intertekstualnych nawiązań przytłacza emocje Riby, przez co trudno się przejąć jego dramatem. Do tego dochodzą diagnozy dotyczące upadku kultury i rynku wydawniczego. Niby celne, ale wypowiadane z takim tonem zgorzkniałego estety, że brzmią przewidywalnie, wręcz marudnie.
Mimo to „Dublineska” wciąga właśnie jako spacer po labiryncie. Chwilami nużący, lecz pełen nagłych otwarć i ukrytych korytarzy. Cieszę się, że Vila-Matas przypomniał mi, iż literatura nadal potrafi nie tylko igrać z formą, lecz także pytać o coś zupełnie podstawowego: czy nasze życie ma sens, jeśli nie umiemy już odczytać własnej historii
Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2025/10/recenzja-dublineska-enrique-vila-matas.html
Jeśli ktoś kiedyś stwierdził, że literatura żywi się sama sobą, to Enrique Vila-Matas musiał to zdanie przepisać na pierwszej stronie swojego notesu i podkreślić trzy razy. „Dublineska” to książka erudycyjna po brzegi, nasycona cytatami, aluzjami, literackimi duchami i kapliczkami dla mistrzów pióra (od Joyce’a po Becketta). Ale spokojnie. Choć brzmi to jak zakurzone...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiestety ogromne nudziarstwo. Bardzo dobrym językiem (ale bez poszukiwań formalnych oprócz zrzynki z jednego z ost. rozdz. Ulissesa). Wczesnogeriatryczna nuda. Kalki postmodernistyczne tak wyświechtane, że aż łeb boli. Schematyczne do bólu. Bohater to 60-letni zanudzony życiem człowiek, były wydawca. Bezpłciowy typ, który boi się iść schodami od rodziców-starców, choć to woli, bo oczekują od niego jazdy windą.:-) Sam dla siebie jest nudny i powtarza to w kółko. Jest prostą alegorią czasów nowoczesnych, branży wydawniczej i najbardziej samej literatury. Wszystko się skończyło, nie ma już powieści, autorów, pomysłów, ojej jakie straszne. Nieustanne aluzje literackie i kulturowe. Przytaczanie dziesiątek autorów, dzieł, wątków, cytatów, jako przemyśleń bohatera. Bohater próbuje ratować się wycieczka do Dublina na Bloomsday. Mamy więc pasmo aluzji Ulissesowskich przez jedną trzecia książki. Jak się lubi Ulissesa to ok, zabieg trochę ożywia. Trochę nowych ciekawostek itd. Potem żeruje na Becketcie. Książka pozuje na erudycyjną. W istocie jest miałka i odtwórcza. Fabuła i bohater to mało wartościowe odbicie schematów postmodernistycznych. Liczne aluzje literackie również. Nie wnosi to kompletnie nic nowego jeśli ktoś zna ogólne założenia postmoderny itp. klimatów. Już czytałem jedną książkę tego autora (Bartleby i spółka) i klimat był bardzo podobny, ale tamto było esejem i do takiej formy pasowało. Zastanawiam się na ile autor żyje swoja literaturą, a więc jest prawdziwa, a na ile pisze pod ustalony schemat, by dzieło spełniało wybrane wcześniej idee ("zobaczcie jaki jestem wowpostmoderne"; gościu już na wstępie książki w koncepcję powieści bohatera, którą ten niszczy, wkłada przekształcone cechy typowej ponowoczesnej powieści). Bo choć język dobry mam wrażenie, że jest to nieszczera kreacja, poza, budowanie tak alegorycznego bohatera, który przez 80% narracji smęci jaki jest nudny i jak o tym wie i jak nie ma ratunku, że nie wierzę, że jest to typ literatury szczerej, prawdziwej, twórczej, za to widać rodzaj pozy. 1 losowa strona z Houellebecqa, który nie jest wybitny ale bywa ciekawy, jest bardziej interesująca niż cała ta książka. Wartość tu widzę tylko o tyle, o ile ktoś lubi aluzje literackie. Ale lepiej byłoby z nich utkać esej czy zbiór eseików. Jestem więc na NIE. To jest odtwórcze, schematyczne, nudne, a jedyne elementy ożywcze to część opowiastek o innych dziełach, skumulowane w wielkim "angielskim skoku" na Ulissesa i Dublin Joyce'owski. Jako, że to mój ulubiony pisarz, to je doceniam, ale nie dodaje to ani trochę splendoru Vila-Matasowi. Dawno nie czytałem czegoś tak nudnego. Niejedna osoba powie, że może taki był cel książki a więc jest udana, ale akurat nuda i marazm nie są tak skomplikowanymi uczuciami, by musieć produkować powieść, by je wywołać i umożliwić ich przeżycie. Wallace w nieukończonej, ostatniej powieści też miał nudę na warsztacie, co nie zmienia faktu, że książka była całkiem interesująca.
język 7/10
aluzje literackie 6/10
fabuła 3/10, postać 2/10, odkrywczość 2/10
=ogólnie surowe 4.5-5, ale nie bez powodu.
Niestety ogromne nudziarstwo. Bardzo dobrym językiem (ale bez poszukiwań formalnych oprócz zrzynki z jednego z ost. rozdz. Ulissesa). Wczesnogeriatryczna nuda. Kalki postmodernistyczne tak wyświechtane, że aż łeb boli. Schematyczne do bólu. Bohater to 60-letni zanudzony życiem człowiek, były wydawca. Bezpłciowy typ, który boi się iść schodami od rodziców-starców, choć to...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSą na świecie takie książki, które z każdym kolejnym słowem przenoszą nas w miejsca, do których chcielibyśmy podróżować ale z jakiegoś powodu nie możemy. Taka jest "Dublineska" dla mnie. Pomiędzy cytatami z "Ulissesa", przeszłością, starością i przemijaniem, mamy podróż do Dublina.
Ta książka wywołała u mnie tęsknotę za miastem, w którym byłam raz; sprawiła, że co chwilę się zatrzymywałam w czytaniu by wypisać kolejne miejsca, które odwiedzili bohaterowie, bym i ja kiedyś mogła je zobaczyć. I sprawiła, ze jeszcze mocniej mam ochotę sięgnąć po książkę Joyce’a, w której Dublin ukazany jest w pełnej krasie. "Dublineska" pokazuje również, co się może stać z człowiekiem, gdy przechodząc na emeryturę nie ma dosłownie innej rzeczy, którą mógłby się zająć by doszczętnie nie zwariować. Polubiłam się z tą historią.
Są na świecie takie książki, które z każdym kolejnym słowem przenoszą nas w miejsca, do których chcielibyśmy podróżować ale z jakiegoś powodu nie możemy. Taka jest "Dublineska" dla mnie. Pomiędzy cytatami z "Ulissesa", przeszłością, starością i przemijaniem, mamy podróż do Dublina.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa książka wywołała u mnie tęsknotę za miastem, w którym byłam raz; sprawiła, że co chwilę...
Na pewno jest to książka, którą docenią erudyci, a im kto większym erudytą jest, tym więcej przyjemności będzie miał z lektury. Ja zapewne nie odkryłam nawet ćwierci jej potencjału, a im bliżej końca książki tym bardziej wszystko było w niej cięższe i bardziej męczące oraz miało (w mojej nieerudycyjnej opinii) mniej sensu, z głównym bohaterem na czele.
Na pewno jest to książka, którą docenią erudyci, a im kto większym erudytą jest, tym więcej przyjemności będzie miał z lektury. Ja zapewne nie odkryłam nawet ćwierci jej potencjału, a im bliżej końca książki tym bardziej wszystko było w niej cięższe i bardziej męczące oraz miało (w mojej nieerudycyjnej opinii) mniej sensu, z głównym bohaterem na czele.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSamuel Riba, główny bohater "Dublineski", zneurotyzowany były wydawca, źle znoszący przejście na emeryturę i 26-miesięczną abstynencję, na samym początku książki tworzy ogólną teorię powieści, skupiając się na pięciu nieodzownych cechach tego gatunku literackiego w przyszłości. Otóż powieść jutra powinna, według Riby zawierać następujące elementy: intertekstualność, związki z wysublimowaną poezją, świadomość upadku moralności, nieznaczną przewagę formy nad treścią, a samo pisanie winno być widziane, jak zegar, który nigdy nie staje. Można w tym kontekście stwierdzić, że „Dublineska” Enrique Vili-Matasa (ur. 1948), choć napisana w 2010 roku, jest powieścią przyszłości par excellence, gdyż spełnia wszystkie powyższe warunki.
„Dublineska” jest bowiem, w myśl teorii Gérarda Genette’a, hipertekstem, powiązanym siecią zależności z wieloma hipotekstami (tekstami wcześniejszymi, do których nawiązuje narrator). Na kartach powieści, w filozoficznych rozmyślaniach głównego bohatera pojawia się wielu pisarzy, poetów, malarzy itp. Najważniejszymi spośród nich są, rzecz jasna James Joyce i Samuel Beckett. W poszukiwaniu utraconego sensu życia i w nadziei na odnalezienie nigdy nie spotkanego pisarza-geniusza, odkrycia tak niezbędnego dla każdego wydawcy, Riba wyrusza do Dublina z okazji tradycyjnego joyce'owskiego święta Bloomsday (16 czerwca), a także chcąc wyprawić „pogrzeb ery Gutenberga”, czy, jak mówi później, „tej dziwki, literatury”.
Enrique Vila-Matas stworzył dzieło utrzymane w chłodnym, Sartre’owskim klimacie, egzystencja głównego bohatera wykracza bowiem daleko poza jego osobę. Ciągle nawiedzany przez epifanie koszmarów, śledzony przez duchy, w końcu zatraca poczucie perspektywy – i nie sam nie wie, czy jest ściganym, czy ścigającym. Większość wydarzeń rozgrywa się w świecie zewnętrznym, jednak w pewnym momencie postacie z koszmarów bohatera wydostają się na zewnątrz i zaczynają żyć życiem autonomicznym. Także i linearność czasowa jest w „Dublinesce” rzeczą umowną. Czasem jeden moment wlecze się w nieskończoność, czasem kilka dni zaciera się w jakimś dziwnym palimpseście, przeskoku, których nie można chyba nawet wytłumaczyć zespołem odstawienia alkoholu u głównego bohatera. W sprawie chłodu i samotności egzystencji w monologu wewnętrznym Riby pada zdanie-perełka: „To prawda, że kiedy zapada zmierzch, potrzebujemy kogoś bliskiego, ale prawdą jest również, że kiedy świta, musimy wiedzieć, że mamy jeszcze w życiu jakiś cel”. (str. 113)
„Dublineska” to niezwykle erudycyjna książka, zbliżona do sumy kultury XX wieku, niczym sam „Ulisses” – do którego zresztą dzieło hiszpańskiego pisarza może być świetnym przygotowaniem.
I jeszcze jeden cytat: „(...) jeśli oczekuje się talentu od wydawcy i autora, powinno się wymagać, by miał go również czytelnik. Trzeba bowiem postawić sprawę jasno: literatura zabiera nas czasem w podróż po trudnych terytoriach, wymagających inteligentnego przeżywania emocji, pragnienia, by zrozumieć innych i zbliżyć się do języka odmiennego od tego, którego tyrania narzuca się nam na co dzień”. (str. 74). Te słowa pasują jak ulał do „Dublineski” – Vila-Matas to z pewnością pisarz wielkiego talentu, a jego książkę polecam -„czytelnikom z talentem”.
Samuel Riba, główny bohater "Dublineski", zneurotyzowany były wydawca, źle znoszący przejście na emeryturę i 26-miesięczną abstynencję, na samym początku książki tworzy ogólną teorię powieści, skupiając się na pięciu nieodzownych cechach tego gatunku literackiego w przyszłości. Otóż powieść jutra powinna, według Riby zawierać następujące elementy: intertekstualność, związki...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo tohttp://duzeka.pl/catalog_more/id/1347
"Dublineska" to erudycyjna pułapka, z której nie sposób wyjść w jednym kawałku. Zwodnicza i chwilami chaotyczna, ale wciąż zachwycająca. Niezależnie bowiem od sympatii bądź jej braku dla literatury klasycznej, niezwykła zasobność wiedzy Vila-Matasa rzuca się w oczy. Nie jest to jednak erudycja wystudiowana i na pokaz, a zdaje się być dla autora równie naturalna, co pogawędki o pogodzie, gdy brak rozmawiającym innych tematów. Jedynym, co pozostaje - nam, czytelnikom - to westchnąć głęboko po zakończeniu lektury, zamknąć książkę i wyszeptać: "Chapeau bas, panie Vila-Matas".
http://duzeka.pl/catalog_more/id/1347
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Dublineska" to erudycyjna pułapka, z której nie sposób wyjść w jednym kawałku. Zwodnicza i chwilami chaotyczna, ale wciąż zachwycająca. Niezależnie bowiem od sympatii bądź jej braku dla literatury klasycznej, niezwykła zasobność wiedzy Vila-Matasa rzuca się w oczy. Nie jest to jednak erudycja wystudiowana i na pokaz, a zdaje się być...