Na fali

Okładka książki Na fali
Maria Rodziewiczówna Wydawnictwo: Edipresse Cykl: Klasyka Literatury Kobiecej (tom 11) literatura obyczajowa, romans
256 str. 4 godz. 16 min.
Kategoria:
literatura obyczajowa, romans
Format:
papier
Cykl:
Klasyka Literatury Kobiecej (tom 11)
Data wydania:
2012-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1894-01-01
Liczba stron:
256
Czas czytania
4 godz. 16 min.
Język:
polski
ISBN:
9788377694077
Średnia ocen

                6,0 6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Na fali w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Na fali

Średnia ocen
6,0 / 10
100 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
33
23

Na półkach:

Choć książka ma w sobie emocjonalną głębię, momentami wyjątkowo się dłuży, a jej fabuła nie pozostawia po sobie trwałego śladu.

Rodziewiczówna nie lukruje realiów tamtych czasów. Przedstawia świat surowy i bezwzględny, w którym młodzieńcze marzenia szybko zderzają się z brutalną rzeczywistością. Bohaterowie muszą zmierzyć się z rozczarowaniami, trudnymi wyborami i konsekwencjami decyzji podejmowanych pod wpływem emocji.

Autorka pokazuje, że niewłaściwe wybory, podjęte w gniewie, miłości czy rozpaczy, mogą doprowadzić do sytuacji, w której życie przestaje być spełnieniem, a staje się jedynie przykrą egzystencją. To jedna z najważniejszych refleksji płynących z tej historii.

Choć książka ma w sobie emocjonalną głębię, momentami wyjątkowo się dłuży, a jej fabuła nie pozostawia po sobie trwałego śladu.

Rodziewiczówna nie lukruje realiów tamtych czasów. Przedstawia świat surowy i bezwzględny, w którym młodzieńcze marzenia szybko zderzają się z brutalną rzeczywistością. Bohaterowie muszą zmierzyć się z rozczarowaniami, trudnymi wyborami i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

248 użytkowników ma tytuł Na fali na półkach głównych
  • 163
  • 85
78 użytkowników ma tytuł Na fali na półkach dodatkowych
  • 60
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Na fali

Inne książki autora

Maria Rodziewiczówna
Maria Rodziewiczówna
Polska pisarka, członkini Warszawskiego Towarzystwa Teozoficznego i Warszawskiego Stowarzyszenia Ziemianek. Pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Była córką Henryka Rodziewicza herbu Łuk i Amelii z Kurzenieckich. Rodzice Marii za pomoc udzieloną powstańcom styczniowym (przechowywanie broni) zostali skazani na konfiskatę rodzinnego majątku Pieniuha w Wołkowyskiem i zesłanie na Syberię. Matce będącej wówczas w ciąży z Marią, zezwolono na urodzenie dziecka i późniejszy o kilka miesięcy wyjazd opłaconym przez nią powozem. Dzieci Rodziewiczów podczas pobytu rodziców na zesłaniu zostały oddane pod opiekę różnym krewnym. Marią zaopiekowali się początkowo dziadkowie Kurzenieccy w majątku Zamosze koło Janowa, a po ich niedługiej śmierci zajęła się nią przyjaciółka i daleka krewna matki – Maria Skirmunttowa (w Korzeniowie na Pińszczyźnie). W 1871 w wyniku amnestii wrócili z zesłania rodzice Marii. Mogli wówczas osiąść tylko poza obrębem ziem zwanych przez Rosjan „zabranymi”, czyli nie na terenie Grodzieńszczyzny, gdzie Rodziewiczowie mieli krewnych. Osiedlili się w Warszawie, gdzie znajdowali się w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej (ojciec pracował jako rządca kamienicy, matka przez pewien czas w fabryce papierosów). Sytuacja rodziny poprawiła się nieco, kiedy daleki krewny Ksawery Pusłowski uczynił ojca Marii administratorem swoich nieruchomości. Prawdziwa poprawa nastąpiła jednak w 1875, gdy Henryk Rodziewicz odziedziczył po swym bezdzietnym bracie Teodorze majątek Hruszowa na Polesiu (1533 ha). Nie był to majątek należący od dawna do rodziny (pradziadek Rodziewiczówny kupił go od Suworowa). Już w czasie pobytu w Warszawie Rodziewiczówna zaczęła uczęszczać na pensję pani Kuczyńskiej. W końcu 1876 w związku z poprawą sytuacji materialnej rodziny została umieszczona na pensji w Jazłowcu u sióstr niepokalanek, gdzie przełożoną była Marcelina Darowska (beatyfikowana przez Jana Pawła II), zwana przez Marię „Mateczką”. Tam przebywała do ferii 1879, kiedy z powodu choroby ojca i braku pieniędzy na dalsze kształcenie musiała wrócić do rodziny (ukończyła naukę na piątej lub szóstej klasie). Pobyt na pensji w Jazłowcu, gdzie dziewczęta w religijnej, ale i patriotycznej atmosferze przygotowywano przede wszystkim do przyszłej roli żony i matki, wywarł duży wpływ na Rodziewiczównę. Tutaj miały także powstać jej pierwsze utwory (najprawdopodobniej Kwiat lotosu). W 1881 umarł ojciec Rodziewiczówny. Po jego śmierci zaczęła stopniowo przejmować kontrolę nad majątkiem aż do 1887, gdy przejęła go formalnie (wraz z obciążeniem w postaci długów ojca i stryja, a także koniecznością spłaty rodzeństwa). Obcięła krótko włosy (za zezwoleniem matki) i w krótkiej spódnicy i „męskim” żakiecie zajęła się zarządzaniem Hruszową, która nie przynosiła jednak większych dochodów (przy dużym areale na ziemię uprawną przypadała najwyżej jedna trzecia). W 1882 r. Maria Rodziewiczówna zadebiutowała drukując pod pseudonimem Mario w 3 i 4 numerze „Dziennika Anonsowego” dwie nowelki – Gamę uczuć i Z dzienniczka reportera. Pod tym samym pseudonimem opublikowała w 1884 w redagowanym przez Marię Konopnicką „Świcie” nieco obszerniejsze opowiadanie Jazon Bobrowski, a w 1885 humoreskę Farsa panny Heni. Debiutem powieściowym Rodziewiczówny był Straszny dziadunio, którym zwyciężyła w 1886 w konkursie ogłoszony przez „Świt”, gdzie powieść tę opublikowano w odcinkach. Stosunki dworu z miejscowymi prawosławnymi chłopami białoruskimi układały się różnie. W 1890 za „czynne zelżenie” (pobicie) pastucha z Antopola groziły pisarce nawet dwa tygodnie aresztu (sprawę ostatecznie załatwiono polubownie wypłaceniem powodowi nawiązki w wysokości pięciu rubli). W grudniu 1900 podpalono jej zabudowania jednego z folwarków (spalenie stodoły, młocarni i obory z pięćdziesięcioma sztukami bydła). Dwór w Hruszowej promieniował jednak na okolicę ogólnym szerzeniem kultury, a okoliczni chłopi znajdowali tutaj pomoc medyczną. W 1937 z okazji 50-lecia władania Hruszową (i 50-lecia pracy literackiej) miejscowi chłopi podarowali Rodziewiczównie album z dedykacją: Sprawiedliwej Pani i Matce za 50 lat wspólnej pracy, kupili dzwony do jej kaplicy i za darmo zwieźli cegłę na budowany przez Rodziewiczównę w Antopolu kościół katolicki. Po śmierci babki, marki i siostry w połowie lat 90. pisarka przez jakiś czas mieszkała w Hruszowej sama. Trudno określić, kiedy w majątku zamieszkała Helena Weychert jako (poznana w Stowarzyszeniu Ziemianek) partnerka życiowa Rodziewiczówny. Weychert wprowadziła zmiany w prowadzeniu gospodarstwa (takie jak wprowadzenie płodozmianu czy uruchomienie gorzelni), które poprawiły przychody. Po kilku latach przeprowadziła się do Warszawy, kupując razem z Rodziewiczówną mieszkanie na Brackiej i posiadłość koło Falenicy. W 1919 jej miejsce zajęła w Hruszowej nowa, przedstawiana jako daleka krewna, partnerka pisarki – Jadwiga Skirmunttówna. Jadwiga zajmowała się "domem i gospodarstwem kobiecym", a Maria "sobie zostawiła interesy i męską część gospodarstwa". Relacja ta była określana przez Skirmunttównę we wspomnieniach niemieckim słowem Wahlverwandtschaft, oznaczającym "powinowactwo duchowe"/"powinowactwo z wyboru". Czas do I wojny światowej pisarka spędzała zasadniczo w swym majątku w towarzystwie Jadwigi Skirmunttówny bądź Heleny Weychert. Jedynie zimą wyjeżdżała na 2–3 miesiące do Warszawy. Odbyła też kilka podróży zagranicznych: do Rzymu (za 500 rubli uzyskanych jako nagrodę za Dewajtis), 2–3-krotnie do południowej Francji (Riwiera), przynajmniej raz do Monachium, do Szwecji i Norwegii. W 1905 rozpoczęła aktywną działalność społeczną (napięcia społeczne, obraz robotniczej nędzy miał wywrzeć na niej ogromne wrażenie). W 1906 założyła tajne stowarzyszenie kobiece Unia. Przyczyniła się też do założenia w Warszawie sklepu spożywczego i sklepu zajmującego się sprzedażą wyrobów ludowych, a także świetlicy na terenie powiatu kobryńskiego. Wybuch I wojny światowej zastał Rodziewiczównę w Warszawie. Wzięła udział w organizacji szpitala wojskowego, pomagała także w organizowaniu tanich kuchni dla inteligencji i bratniej pomocy akademickiej. W 1915 wróciła na pewien czas do Hruszowej, podejmując tam opiekę nad uciekinierami, których usiłowała zatrzymać. W latach 1919–1920 inicjowała szereg poczynań społecznych w okolicy Hruszowej założenie kółka rolniczego, budowę łaźni parowej, odbudowę chederu w Antopolu. W okresie wojny polsko-bolszewickiej znalazła się w Warszawie, gdzie pełniła obowiązki sekretarki w Komitecie Głównym PCK oraz została mianowana komendantką Kobiecego Komitetu Ochotniczej Odsieczy Lwowa na miasto Warszawa Za działalność na tym polu została odznaczona Odznaką Honorową „Orlęta“, do której dołączony był dyplom podpisany przez gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Po zakończeniu działań wojennych wróciła do Hruszowej. Po latach dyplom ten Rodziewiczówna uważała za najważniejszą pamiątkę swej działalności. W okresie międzywojennym próbowała nadal prowadzić działalność oświatową i społeczną (m.in. zorganizowała Dom Polski w Antopolu, sfinansowała również budowę piętra w kobryńskim Gimnazjum Państwowym własnego imienia). Polityka rządowa na Kresach budziła jednak jej dezaprobatę. Utrzymanie polskości na tych ziemiach wiązała ideowo z rolą wielkiej własności ziemskiej i Kościoła. Władze zażądały od niej tymczasem oddania części majątku (150 ha) na potrzeby osadnictwa, do czego doszły jeszcze osobiste zatargi ze starostą z Kobrynia. Stała się protektorką i współzałożycielką Związku Szlachty Zagrodowej. Rodziewiczówna miała wytworzony z doświadczeń własnych i z obserwacji otoczenia, krytyczny stosunek do Żydów, których uważała za wyzyskiwaczy (lichwa), w znacznym stopniu przyczyniających się do nędzy poleskiej wsi i kłopotów finansowych kresowych ziemian. Znalazło to niejednokrotnie odbicie w jej utworach, gdzie występuje postać złego Żyda, w niektórych daje jednak przykłady postaci pozytywnych, życzliwych i w kłopotach pomocnych Polakom (np. Jaskółczym szlakiem). W 1937 roku została zaproszona do władz Obozu Zjednoczenia Narodowego. Zaproszenie przyjęła, ale w 1938, protestując przeciw poczynaniom rady naczelnej OZN, z organizacji tej wystąpiła. Wybuch II wojny światowej zastał ją w Hruszowej. Została z niej wysiedlona w październiku 1939 (majątek, po zajęciu tych terenów przez Armię Czerwoną, przejął komitet miejscowej ludności). Na podstawie fałszywych dokumentów przekroczyła granicę z terenami okupowanymi przez III Rzeszę i wraz ze Skirmunttówną dostała się do obozu przejściowego w Łodzi przy ul. Łąkowej 4. Stamtąd wydostała je w marcu 1940 r. rodzina Mazarakich, właścicieli majątku pod Tuszynem. Tu rozpoznana przez współosadzonych spotkała się z ich dużą pomocą i okazywanymi wyrazami szacunku; "I oto pewnego marcowego dnia [1940 r.], kiedy słońce złotymi promieniami świeciło nad miastem, a przez okna sal obozu ogrzewało zziębniętych wysiedleńców, Maria Rodziewiczówna usadowiona pod ścianą fabryki na krzesełku, czekała od kilku godzin na dorożkę, które miała ją wywieźć do przyjaciół w mieście. (...) Wieść o tym rozleciała się po obozie lotem błyskawicy. Jakiś ogromny odruch umiłowania dla tej wybitnej literatki poruszył ludzkie serca. By nie zwrócić uwagi wachmanów, podchodziły pojedyncze matki, dziewczęta i chłopcy, i całowali ręce i kolana p. Marii, dając tym wyraz głębokiej czci i umiłowania za zasługi dla Narodu Polskiego w okresie zaboru i niewoli naszej ziemi Ojczystej. Na podwórko wjechała nareszcie długo oczekiwana dorożka. Panią Marię ulokowano w tej skromnej bryczce. Otwarła się żelazna brama obozu i dorożka odjechała do miasta. Stojący na warcie wachmani, zahipnotyzowani okazywanym głębokim szacunkiem wysiedlonych dla opuszczającej obóz staruszki, stanęli na baczność. (...)". Niedługo potem wyjechała do Warszawy, czyli na teren Generalnej Guberni, gdzie wspierana przez przyjaciół, spędziła ostatnie lata życia w bardzo ciężkich warunkach materialnych. W czasie powstania warszawskiego sędziwa już pisarka przechodziła bądź była przenoszona do kilku różnych domów, otaczana opieką przez przyjaciół, PCK i powstańców. Została uwieczniona w filmie Powstanie Warszawskie. Wyszła z Warszawy po kapitulacji, kilka tygodni spędzając w Milanówku, a następnie udając się do Żelaznej – majątku Aleksandra Mazarakiego jun. w powiecie skierniewickim. Umieszczona w pobliskiej leśniczówce w Leonowie. Zmarła w wyniku zapalenia płuc w listopadzie 1944. Pochowano ją w Żelaznej. 11 listopada 1948 zwłoki Marii Rodziewiczówny przeniesiono do Alei Zasłużonych (grób 50/51) na cmentarzu Powązkowskim.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Hrabina Cosel Józef Ignacy Kraszewski
Hrabina Cosel
Józef Ignacy Kraszewski
Kto kiedykolwiek zwiedzał Drezno, z pewnością słyszał o hrabinie Annie Cosel, najsłynniejszej metresie elektora saskiego Franciszka Augusta I, a jednocześnie króla Polski, znanego u nas jako August II Mocny. Józef Ignacy Kraszewski, nasz płodny pisarz powieści historycznych, spędził dużą część swojego życia w Dreźnie. Jedną z napisanych przez niego książek to właśnie "Hrabina Cosel", pierwsza część tzw. trylogii saskiej, w której pisarz snuje niezwykłą opowieść o tej nietuzinkowej postaci, ale i o Auguście II Mocnym i jego dworze. Monarsze temu historia nie wystawiła zbyt dobrego świadectwa- hulaka, bawidamek, intrygant, fałszem podszyty. Byl jednak niezwykle silny (gołymi rękami łamał podkowy i zgniatał kielichy), sprytny, ambitny, głodny władzy. Dlatego też udało mu się zdobyć koronę Polski, co było dla niego wyniesieniem i chlubą (choć niekoniecznie działało to w drugą stronę...). Trzeba jednak mu przyznać, że to za jego czasów Drezno stało się tak pięknym miastem oraz liczącym się europejskim ośrodkiem kultury. Monarcha ten był bardzo kochliwy, zmieniał swoje faworyty jak rękawiczki, i bynajmniej nie był im wierny. Piękna Anna Konstancja, uważana była za bóstwo: piękna, wrażliwa, bystra, inteligentna, obyta. Król długo zabiegał o jej względy...Lecz gdy już ją zdobył, został nią całkowicie zauroczony. Budował dla niej pałace, obdarzał dobrami, zasypywał klejnotami. Do czasu... Gdy nastały dla Anny ciężkie czasy jej przeznaczeniem stała się tułaczka, a w końcu niewola. Dlaczego hrabina Cosel została odepchnięta? I dlaczego nie mogła sobie żyć w spokoju, podobnie jak i inne faworyty króla przed nią i po niej? No i jak zakończyła się jej historia? Pięknie, ciekawie napisana opowieść o niepospolitej kobiecie, wesołym dworze saskim i wiernym słudze. Czyta się szybko, zwłaszcza jeśli zna się miejsca, o których pisze Kraszewski. Można przenieść się zarówno w czasie jak i w przestrzeni oraz poczuć atmosferę niemieckiej Saksonii w XVIII wieku. Bardzo polecam ♥️
Magda Juraszewska - awatar Magda Juraszewska
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Chata za wsią Józef Ignacy Kraszewski
Chata za wsią
Józef Ignacy Kraszewski
Drugi fenomen Najpopularniejszą książką Józefa Ignacego Kraszewskiego jest niewątpliwie „Stara baśń”. Sprawa prosta – to opowieść o czasach niehistorycznych, w latach życia pisarza zupełnie nieznanych. Natomiast drugą w kolejności popularności jest „Chata za wsią”. Sięgnęłam po nią po raz drugi. Czytając, próbowałam wyjaśnić sobie jej fenomen. Skąd ta wielka popularność? Utwór opowiada przecież historię praktycznie naiwną, prostą, z wątkami spotykanymi praktycznie w każdej literaturze, u każdego pisarza? Jednoznacznej odpowiedzi nie uzyskałam. „Chata…” jest rzeczywiście utworem prostym, ale nie prostackim. Napisana mieszaniną języków, chłopskiego, „pańskiego” i cygańskiego wprowadza nas w świat, w którym mieszkają ludzie różnego pochodzenia. Cyganie zjawiają się wszak regularnie i znają tubylców. Tak więc język powieści jedynie pozornie jest stary, nieaktualny. W obecnych czasach to on dodaje utworowi autentyczności. Zalicza się go bowiem do literatury współczesnej oczywiście czasom Kraszewskiego. Czy historia też jest współczesna tylko tamtym czasom? Wielu czytelników twierdzi, że nie. Odnajduje w niej elementy naszej współczesności, sposób życia w małej społeczności, jej wpływ na losy jednostki, różnorodności charakterów, pozycji majątkowych i ocenę postępowania innych. Zupełnie jak dzisiaj. Co z tego, że krajobraz inny, ludzie inaczej się ubierają. Już wówczas więzy rodzinne rozrywała tzw. opinia społeczna, sprawy majątkowe, a biedni okazywali się lepsi niż bogaci. Mamy zatem kolejny plus dla powieści Kraszewskiego. Następnym zapewne jest utrzymanie fabuły w formie sagi. Może nie jest ona najszersza, największa, ale opowiada o losach trzech pokoleń. I nie przegina. Królewicz nie żeni się z Kopciuszek. I jedno i drugie odnajduje swoje szczęście w ramach, które odpowiadają rzeczywistości ukazanej. Jej symbolem jest tytułowa chata, stojąca przy cmentarzu. Łączy symbolicznie świat żywych ze światem umarłych, pokazuje kim jesteśmy i kim będziemy. Plusów można jeszcze sporo odnaleźć w przedziwnej opowieści sprzed lat. Niektórzy czytelniczy piszą, że jest wzruszająca i powoduje łzy w oczach. Inni zauważają, że praktycznie nie ma w niej totalnie złych bohaterów. Nawet ci, którzy „zasługują” na potępienie, takowego nie otrzymują. Bardziej im współczujemy niż ganimy. Ot stwierdzenie, że takie jest życie, tacy są ludzie. Prosta życiowa prawda. „Chata za…” jest rzeczywiście tekstem wartym uwagi. Wzrusza, porusza, na pewno czegoś uczy. Ot taka mała perełka w całokształcie twórczości pisarza multitwórczego (wikipedia podaje tytuły 305 utworów pisarza), która w tym nawale nie zginęła i trwa nadal.
gks - awatar gks
ocenił na 8 4 miesiące temu
Najeźdźcy Jan Dobraczyński
Najeźdźcy
Jan Dobraczyński
Autor, uczestnik kampanii wrześniowej i powstania warszawskiego, generał brygady, poseł na Sejm PRL I i IX kadencji, działacz katolicki i narodowy. W okresie międzywojennym o poglądach antysemickich. Podczas okupacji związał się z Żydówką i współpracował z " Żegotą ", otrzymał medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Po kapitulacji powstania w obozach jenieckich. Po powrocie do Polski w 1945 r. w Stowarzyszeniu "Pax". Członek prezydium FJN, przewodniczący PRON, członek KR Tow. Przyjaźni Polsko - Radzieckiej. Nominację na gen. bryg. w 1988 otrzymał od W. Jaruzelskiego. Określany mianem pisarza głęboko religijnego (chociaż działał w stowarzyszeniu "Pax" mającym za zadanie rozsądzenie od wewnątrz i podporządkowanie komunistycznemu rządowi Kościoła katolickieg), ale uwikłanego we współpracę z władzą komunistyczną... kolaboranta. Ilu było ludzi z takimi życiorysami ??? Ilu BĘDZIE w przyszłości ludzi z jeszcze podlejszymi życiorysami ??? Ad rem Książka pisana była w czasie okupacji co nadaje jej autentyczny charakter dokumentu tamtych czasów, oparta jest na doświadczeniach autora z konspiracji. Powieść przedstawia losy dwóch młodych Niemców, ich kariery, podboje, moralny upadek i motywacje. Skupiając się na ich chciwości i poczuciu wyższości. Książka nie należy do najlepszych dzieł autora, ale mimo wszystko jest godna przeczytania. Czy ktoś jeszcze pamięta o pisarzu ?
ando - awatar ando
ocenił na 7 15 dni temu
Błogosławiona wina Zofia Kossak
Błogosławiona wina
Zofia Kossak
Zofia Kossak-Szczucka to osoba, która wywodzi się z bardzo znanej rodziny. Jej wujem był Wojciech Kossak, dziadkiem Juliusz Kossak a natomiast siostrami stryjecznymi były: Magdalena Samozwaniec oraz Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Mimo, że wywodziła się z malarskiej rodziny to ona sama została pisarką. Debiutowała w 1922 roku powieścią Pożoga. Ja natomiast opowiem Wam o powieści pt. "Błogosławiona wina", która ukazała się w 1953 roku. Ja miałem przyjemność czytać powieść tę wydaną w 1977 roku przez Instytut Wydawniczy PAX. Głównym bohaterem tej powieści jest książę Mikołaj Sapieha, który wyjechał do Rzymu na pielgrzymkę w celu szukaniu ratunku w jego chorobie. Mężczyzna dużo czasu spędził na modlitwach przed obrazem Matki Boskiej Gregoriańskiej. Modlitwy przyniosły skutek i książę wyzdrowiał. Lecz wraz ze zdrowiem do Mikołaja Sapiehy trafiło przekonanie, że Matka Boska powinna zawitać do jego miasta, którym był Kodeń. Z związku z powyższym dokonuje on świętokradczego czynu czyli kradzieży obrazu i wywiezienie go z Rzymu. Muszę trochę zaspojlerować (chociaż ktoś kto troszkę śledzi historię będzie to wiedział) i obraz trafił do Kodnia. Lecz jakie to wywołało konsekwencje dowiecie się z kart powieści, która nie jest jednoznaczna. W sumie sam tytuł na to wskazuje, gdyż trudno by wina była błogosławiona. Jako, że to książka stara to jej układ jest inny od powieści wydawanych współcześnie. Dlatego też czytało mi się ją dość ciężko, chociaż ma ona ledwie 183 strony, na przeczytanie których potrzebowałem pięciu dni oraz pięciu posiedzeń. Wynik taki plasuje tytuł ten na 233 miejscu wśród 326 książek Przeczytanych na tronie. Oczywiście gorąco ten tytuł polecam, bo jest napisany bardzo dobrze i warto znać tę powieść. https://www.facebook.com/czytamnatronie/
Czytam_Na_Tronie - awatar Czytam_Na_Tronie
ocenił na 8 5 miesięcy temu
Dzieje grzechu Stefan Żeromski
Dzieje grzechu
Stefan Żeromski
Dzieje grzechu | Stefan Żeromski | Wydawnictwo Hachette Polska W “Dziejach grzechu” Żeromskiego dzieje się… dużo. Już na wstępie pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ZA dużo. Trochę taki vibe telenoweli, a nie sądziłam, że kiedykolwiek użyję takiego porównania w stosunku do polskiej klasyki. Oczywiście Żeromski pisze pięknie, tak jak już się nie pisze. Ma wiele momentów językowo wybitych i przede wszystkim myślę, że pokazuje bogactwo polskiego języka, jego plastyczność. Miejscami jednak ciężko było przebrnąć mi przez rozbudowane opisy otoczenia i momenty przesadnej egzaltacji. Żeromski umie w prowadzenie ciekawych dialogów, świetne zwłaszcza te, gdzie dochodzi do flirtu między bohaterami. Potrafił mnie też rozbawić (patrz: moja ulubiona scena, gdy Ewa każe studentowi skakać z łódki do wody i odpłynąć, bo ona w tym momencie musi zostać sama). Krótko mówiąc - Żeromski to wielki literat był i nikt mu tego nigdy nie zabierze. Scena dzieciobójstwa jest zdecydowanie jedną z najlepszych rzeczy, jakie przeczytałam w literaturze kiedykolwiek i gdziekolwiek. Sęk w tym, że “Dzieje grzechu” są książką do bólu nierówną i podczas, gdy ma momenty świetne, to ma też i słabe. Brakowało mi w niej rytmu - początek za długi, końcówka zbyt prędka. Miałam wrażenie, że autor wrzucił do środka absolutnie wszystko, co mu kiedykolwiek przyszło do głowy. Sporo wyjaśnia fakt, że “Dzieje grzechu” były wydawane w formie odcinkowej w gazecie. Przy kilku scenach naprawdę miałam wrażenie, jakby Żeromski dopisywał to w biegu, na bieżąco, bez większego przemyślenia, bo akurat zostało im trochę miejsca w numerze i trzeba było czymś zapełnić. Sądzę, że gdyby miało to zostać wydane współcześnie, redaktor miałby tam serio spore używanie. Mam wiele wątpliwości co do postaci głównej bohaterki Ewy. Trochę uważam, że jest to jednak men writing women, że jest ona zlepkiem wyobrażeń, jakie Żeromski hodował w swojej głowie na temat psychiki młodej kobiety oraz jej seksualności. Ewa jest oczywiście ofiarą swoich czasów, nie może uciec od uzależnienia od mężczyzn i ich woli, od swojej pozycji jako kobieta w społeczeństwie, jej życie wręcz kręci się wokół mężczyzn. Dla mnie brak jej głębi i jednak pewnej wiarygodności, bo chociaż Żeromski moim zdaniem stara się ją stworzyć jako kobietę wyrachowaną, to jednocześnie obdarował ją ogromną naiwnością i zwyczajną głupotą. Ewa moim zdaniem nie rozwija się w ogóle jako postać, nie przechodzi żadnej przemiany, tylko wciąż stacza się w dół. Ale właściwie dlaczego? To pytanie nurtowało mnie przez cały czas trwania książki. Zastanawiałam się nad tym, co takiego Żeromski chciał przekazać czytelnikowi. Akurat w przypadku tej powieści odnosiłam wrażenie, że jakieś przesłanie w tym miał. Nie chodzi o to, że Żeromski moralizuje, bo tego nie robi, ale jednak też moim zdaniem wcale nie dokonuje tutaj krytyki społecznej. A nie da się ukryć, że w “Dziejach grzechu” dobro i czystość człowieka (w tym wypadku kobiety) jest bezsprzecznie powiązana z dziewictwem i trochę śmieszy mnie cały ten ciąg przyczynowo-skutkowy, na jaki postawił Żeromski - tzn. tracisz dziewictwo bez ślubu z żonatym mężczyzną i od tego już tylko równia pochyła do dzieciobójstwa i prostytucji. Może Żeromski chciał pokazać, że pewne normy społeczne (często idiotyczne) potrafią zniszczyć życie zwykłych ludzi? Przez całą książkę czułam jednak, jakby Ewę dotykała karma za utratę czystości, podczas gdy mężczyźni, którzy sprowadzili ją na tę drogę nie ponoszą praktycznie żadnej odpowiedzialności.
zatracenia - awatar zatracenia
oceniła na 6 6 miesięcy temu

Cytaty z książki Na fali

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Na fali