Lesie, ojcze mój

Okładka książki Lesie, ojcze mój autora Papusza, 830701963X
Okładka książki Lesie, ojcze mój
Papusza Wydawnictwo: Czytelnik poezja
92 str. 1 godz. 32 min.
Kategoria:
poezja
Format:
papier
Data wydania:
1990-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1990-01-01
Liczba stron:
92
Czas czytania
1 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
830701963X
Tłumacz:
Jerzy Ficowski
Średnia ocen

0,0 0,0 / 10
Ta książka nie została jeszcze oceniona NIE MA JESZCZE DYSKUSJI

Bądź pierwszy - oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Lesie, ojcze mój w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Lesie, ojcze mój

Średnia ocen
0,0 / 10
0 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Lesie, ojcze mój

avatar
897
421

Na półkach:

Tomik króciutki, ale jakże sugestywny, treściwy i po prostu piękny! Literatura cygańska jest niszowa - czy to przez trzymanie się Romów w zamkniętych społecznościach, czy to przez brak ogólnego zainteresowania twórczością tej polskiej mniejszości etnicznej.

Po "Lesie, ojcze mój" sięgnąłem po obejrzeniu filmu "Papusza", który opowiada o losach autorki tomiku. Chwyta mnie za serce tęsknota za naturą - lasem, krzewami, grzybami, podróżą, którą autorka wyraża w swoich utworach. To genialne w swojej prostocie. Podobna tęsknota wybrzmiewa z romskiego hymnu, który dla mnie - zwykłego laika nie rozumiejącego języka, jest przejmująco piękny.

Chyba na twórczość Papuszy trafiłem w dobrym okresie życia. Mam wrażenie, że w pełni rozumiem jej tęsknotę i żal. Trafia to do mnie niezwykle mocno.

Tomik króciutki, ale jakże sugestywny, treściwy i po prostu piękny! Literatura cygańska jest niszowa - czy to przez trzymanie się Romów w zamkniętych społecznościach, czy to przez brak ogólnego zainteresowania twórczością tej polskiej mniejszości etnicznej.

Po "Lesie, ojcze mój" sięgnąłem po obejrzeniu filmu "Papusza", który opowiada o losach autorki tomiku. Chwyta mnie za...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
99
51

Na półkach:

Ciekawy, bo rzadki i odosobniony w literaturze, ślad poezji cygańskiej. Tomik przybliża postać poetki, ale też jej życie pełne trosk i zmiany, jakie spotkały Cyganów w 2. połowie XX wieku, kiedy przymusowo musieli porzucić koczownicze życie i ukochane lasy i rzeki.
Pokazuje też, że poezja, ten najwyższy przejaw wrażliwej duszy, może być niezrozumiana i stać się powodem wykluczenia ze społeczności, w jej przypadku społeczności cygańskiej.
Wiersze ciekawe jako świadectwo, ale bardzo pierwotne, proste, pisane jak przez dziecko. Mimo to są pełne tęsknoty za byciem blisko natury, po przeczytaniu pozostaje się z nimi chwilę, jak po wybrzmieniu pięknej pieśni.

Ciekawy, bo rzadki i odosobniony w literaturze, ślad poezji cygańskiej. Tomik przybliża postać poetki, ale też jej życie pełne trosk i zmiany, jakie spotkały Cyganów w 2. połowie XX wieku, kiedy przymusowo musieli porzucić koczownicze życie i ukochane lasy i rzeki.
Pokazuje też, że poezja, ten najwyższy przejaw wrażliwej duszy, może być niezrozumiana i stać się powodem...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
540
150

Na półkach: , ,

Po przeczytaniu wierszy Papuszy, chciałoby się iść w las w poszukiwaniu spódnicy ze wszystkich kwiatów świata(podarta na strzępy),tam gdzie wiatr i śpiew ptaków. Można nazwać to poezją efemeryczną- zerwałam kwiaty, ale nie wyrosły nowe.

Po przeczytaniu wierszy Papuszy, chciałoby się iść w las w poszukiwaniu spódnicy ze wszystkich kwiatów świata(podarta na strzępy),tam gdzie wiatr i śpiew ptaków. Można nazwać to poezją efemeryczną- zerwałam kwiaty, ale nie wyrosły nowe.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

157 użytkowników ma tytuł Lesie, ojcze mój na półkach głównych
  • 79
  • 74
  • 4
55 użytkowników ma tytuł Lesie, ojcze mój na półkach dodatkowych
  • 30
  • 12
  • 3
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Okładka książki Paweł Althamer, Artur Żmijewski. Pieśń ostateczna Anna Achmatowa, Krzysztof Kamil Baczyński, Jean-Marie Benjamin, Tadeusz Borowski, Władysław Broniewski, Andrzej Bursa, Paul Celan, Edward Field, Stanisław Grochowiak, Kazimiera Iłłakowiczówna, Xu Jun, Konstandinos Kawafis, Bożena Keff, Adam Mazur, Adam Mickiewicz, Czesław Miłosz, Oskar Miłosz, Tadeusz Nowak, Papusza, Maria Anna Potocka, Edward Stachura, Teresa Truszkowska, Rafał Wojaczek
Ocena 8,8
Paweł Althamer, Artur Żmijewski. Pieśń ostateczna Anna Achmatowa, Krzysztof Kamil Baczyński, Jean-Marie Benjamin, Tadeusz Borowski, Władysław Broniewski, Andrzej Bursa, Paul Celan, Edward Field, Stanisław Grochowiak, Kazimiera Iłłakowiczówna, Xu Jun, Konstandinos Kawafis, Bożena Keff, Adam Mazur, Adam Mickiewicz, Czesław Miłosz, Oskar Miłosz, Tadeusz Nowak, Papusza, Maria Anna Potocka, Edward Stachura, Teresa Truszkowska, Rafał Wojaczek
Okładka książki Mistrz Manole i inne przekłady Ivan Bunić Vučić, Ignjat Đurđević, Jakub Ekier, Israel Emiot, Jerzy Ficowski, Federico García Lorca, Icchak Kacenelson, Bolesław Leśmian, Lejb Najdus, Papusza, Dinko Ranjina, Moris Rozenfeld, Piotr Sommer, Debora Vogel, Jakub Zonszajn
Ocena 7,0
Mistrz Manole i inne przekłady Ivan Bunić Vučić, Ignjat Đurđević, Jakub Ekier, Israel Emiot, Jerzy Ficowski, Federico García Lorca, Icchak Kacenelson, Bolesław Leśmian, Lejb Najdus, Papusza, Dinko Ranjina, Moris Rozenfeld, Piotr Sommer, Debora Vogel, Jakub Zonszajn
 Papusza
Papusza
Romska poetka. Pochodziła z grupy etnicznej Polska Roma (polscy Romowie nizinni). Była jedną z niewielu kobiet romskich, które nauczyły się pisać i czytać. W okresie II wojny światowej ukrywała się wraz ze swoją grupą w lasach. Papusza debiutowała wierszem w „Nowej Kulturze” w 1951. Jej odkrywcą i tłumaczem z języka romskiego był Jerzy Ficowski. Pierwsze tłumaczenia przesłał Julianowi Tuwimowi, który doprowadził do ich publikacji. Po wielu latach wędrówek z taborem, w roku 1950 Bronisława Wajs zamieszkała w Żaganiu. W Gorzowie Wielkopolskim mieszkała od roku 1954, gdy na dobre zatrzymał się jej romski tabor, do 1981, gdy starą i schorowaną przyjęła pod opiekę rodzina z Inowrocławia. W środowisku romskim spotykała się z niechęcią, ze względu na odstępstwo od tradycyjnej roli kobiety. Szykany, którym była poddana, spowodowały wystąpienie choroby psychicznej i konieczność okresowego leczenia w zakładach psychiatrycznych. Od 1962 Wajs należała do Związku Literatów Polskich. Jej wiersze przekładane były na języki: niemiecki, angielski, francuski, hiszpański, szwedzki, włoski. W roku 1992 powstał film „Historia Cyganki” według scenariusza i w reżyserii Grega Kowalskiego z muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza. W 2013 nakręcono poświęcony jej film fabularny "Papusza" według scenariusza i w reżyserii Krzysztofa Krauze oraz Joanny Kos-Krauze, z Jowitą Budnik w roli głównej.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś Maria Janion
Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś
Maria Janion
Lata mijają, a teksty Marii Janion z lat dziewięćdziesiątych nie tracą zaczepności oraz wyrazistości, mimo iż część z forsowanych przez nią prognoz zdezaktualizowała się w dobie teraźniejszości. Niewykluczone, że zdążą się jeszcze urzeczywistnić, choć w tym wypadku konieczny byłby gwałtowny obrót spraw, czemu dano wyraz w rozważaniach o polskiej kulturze literackiej. Niezależnie od tego, które z zapatrywań Marii Janion uznamy za nieprzystające do obecnych realiów życia, nie można im odmówić świeżości, albowiem stawiane przez nią tezy i wyciągane wnioski pobudzają w czytelniku procesy myślowe, a co traktuję jako największą zaletę załączonej pozycji. Maria Janion uprawia naukę o polskiej humanistyce z ogromnym zaangażowaniem, co wyczuwa się już w pierwszym tekście, w którym porusza kwestię zmierzchu paradygmatu romantycznego. „Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?” otwiera drzwi do problemu kultury masowej, jej wejścia na salony, zawłaszczania coraz większej przestrzeni i przyciągania rzeszy odbiorców za sprawą ogólnej dostępności oraz komercyjnego charakteru. Pojawia się wiele pytań o sens kultury wysokiej, jej pojmowanie, doświadczanie, jak również konieczność podtrzymywania kultu obcowania z czymś, co znajduje się dalej albo bywa trudniejsze w odbiorze. Myślę, że tekstów Marii Janion nie można oceniać jako udanych bądź nieudanych. Należy przyjąć do wiadomości jej punkt widzenia w kwestii polskiej humanistyki, z którym nie trzeba w pełni się zgadzać i nie ma w tym niczego niestosownego.
dyrektor_negacja - awatar dyrektor_negacja
oceniła na73 lata temu
Akacje kwitną. Montaże Debora Vogel
Akacje kwitną. Montaże
Debora Vogel
Spotkanie po latach, dluzszy czas czekala na polce, podobno w Polsce nie ma akacji i podobno kwitną poźniej niz teraz, ale chyba nawet pasowala na zamkniecie zimy, kiedy jeszcze łyso i jaskrawa siwość irytuje tym brakiem upuszenia, ktore mogło przyjsc ciut szybciej. Podejrzewam, ze polecialam na okladke; jakas taka japońska, cokolwiek azjatycka, ewidentny detal, nawet to mogla być moja pierwsza wizyta w synagodze xD, ale mogła tez nie xD. Też chyba tam zakochalam sie w ksiazce z wierszami polskimi po angielsku tlumaczonymi przez Milosza?, już mi trochę przeszlo, ale moze kiedys i do niej sie dobiore, droga byla, moze mają w bibliotekach gdzieś. Tak sie rozpisuję, bo miejsce, w ktorym kupowalam było szczególne, ciekawy klimat, chyba to byla Austeria, ale w innym miejscu niz poxniej, taka chyba sporo mniejsza i bardziej zaułkowa? Jesli chodzi o sama ksiazke, jako proza jest u mnie w topie topek, nawet nie wiem, czy by nie miala szans na zwycięstwo, ale ogolnie, nie prowadze rankingow, wiec trudno powiedziec. To byla moja druga lektura, obstawiam, ze z 7-9 lat minelo od poprzedniej, na pewno czytalo mi sie w pewnym sensie latwiej, mam "bardziej rozbudowana" wyobraxnię i bylo w tym "mniej chaosu", bo jednak przy pierwszej lekturze bylo to glownie cos niezwyklego, robiacego wrazenie w duzym stopniu odmiennoscią, ogolnie trudniej podązalo mi się za myślą autorki, chociaz teraz tez nie mam poczucia, że to juz "finito", bo zostal ten towar doszczetnie przetrawiony. Gdybym miała decydujący glos w sprawie rynku literackiego, "własnie takie" pozycje stanowilyby grubo ponad 50% wspolczesnej prozy, chodzi mi np. o swiadome poslugiwanie sie jezykiem, zwracanie uwagi na forme, swego rodzaju wrazliwosc na przekaz (powiedzialabym, że jest to w pewnym sensie bardzo taktowna, ogarnięta literatura, mimo, ze czysto zewnetrznie moze dawac wrazenie "banialuk"). Nie odejme w ocenie, ale ogolnie za mało.
olaleksandra - awatar olaleksandra
oceniła na101 rok temu
Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji Maria Janion
Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji
Maria Janion
To moja pierwsza książka Marii Janion, którą przeczytałem. W wyszukiwarce można znaleźć zdjęcie autorki dla Tygodnika Powszechnego z 2007 roku. Na zdjęciu tym Maria Janion otoczona jest przez książki. Są wszędzie. Zapełniły już wszystkie dostępne meble, więc spoczywają w stertach, coraz bardziej ograniczając dostępną w mieszkaniu przestrzeń. Nawet na przedpokoju dostrzec można kolejne regały i kolejne stosy. Jeśli książki miałyby swoje bóstwo opiekuńcze, zapewne wyglądałoby tak, jak pani Profesor na tym właśnie zdjęciu. Siwy włos, sędziwy wiek i właśnie takie spojrzenie. Można się zastanowić, ile czasu trzeba by poświęcić, aby przeczytać zgromadzone tam wolumeny? I jaki tytaniczny umysł mógłby to wszystko ogarnąć i przetworzyć z pożytkiem dla innych? Po przeczytaniu zbioru esejów Marii Janion, już wiem. To kategoria ludzi niepowtarzalnych, prawdziwych znawców literatury, którzy powinni być skarbem każdego społeczeństwa. Dla takich ludzi literatura to życie, a życie to literatura. Teksty zgromadzone w „Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji” są niepodważalnym przykładem niezwykłej erudycji autorki. Napisane przepięknym językiem, prowadzą czytelnika w poruszającą podróż po europejskiej spuściźnie literackiej. Maria Janion pokazuje nam świat literatury takim, jakim w stanie jest go ukazać tylko prawdziwy znawca. Każdy z zaprezentowanych tekstów porusza się w obrębie podstawowych dla każdego człowieka wartości – zagadnienia fenomenu życia i śmierci oraz skrywanej świadomości własnej osoby. Tutaj zaprezentowanych z wielu punktów widzenia. Egzystencjalny wymiar książki nie jest jednak ciężarem dla czytelnika, nie jest „kamieniem” przygniatającym nas i wpędzających z zły nastrój. Wręcz przeciwnie, teksty profesor Janion odsłaniają najróżniejsze sposoby przetwarzania tajemnicy ludzkiego przemijania przez twórców literatury na przestrzeni wieków, wzbogacone o komentarze i oryginalne przemyślenia autorki. Myślę, że każdy znajdzie w tym zbiorze coś dla siebie. „Żyjąc tracimy życie” porusza czytelnika na dwa sposoby – zmuszając go do głębszej refleksji nad własną egzystencją oraz inspirując do sięgnięcia, o ile wcześniej tego nie zrobił, po dzieła omawianych w książce autorów. Wystarczy wymienić takie nazwiska jak Słowacki, Gombrowicz, Różewicz, czy też Poe, Wilde, Kafka. Nie sądzę, aby potrzebne było dokładniejsze streszczanie poruszanych przez autorkę tematów. Lepiej po prostu dać się zaskoczyć. Naprawdę warto czytać takie książki i promować takie umysły – to, niestety, gasnące już pozostałości po kulturze przez wielkie K. A na koniec, nieco egzystencjalnie, smutno się jednak robi na duszy, gdyż uświadomimy sobie, że takie umysły „żyjąc tracą życie”, a razem z nim całą zgromadzoną wiedzę i mądrość. Dobrze zatem, że książka utrwala to, co jakimś niewytłumaczalny dla nas prawem musi przeminąć.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na95 lat temu
Schulz pod kluczem Wiesław Budzyński
Schulz pod kluczem
Wiesław Budzyński
Odkąd prowadzę bloga sporo czytałam o przynajmniej tych dwu sztandarowych książkach Bruno Schulza, jakimi są : "Sklepy cynamonowe" i "Sanatorium pod klepsydrą", ale ich Autor nadal był mi zupełnie nie znany/ do liceum chodziłam w latach 60-tych, nie studiowałam polonistyki ani literaturoznawstwa więc chyba jestem jakoś wytłumaczona/. Toteż, gdy zobaczyłam książkę Wiesława Budzyńskiego - zaintrygowana nią - zdecydowałam się dołączyć ją do innych nabywanych książek. I w ten sposób za mizerne, chyba, 5 zł stałam się posiadaczką, jak się okazało nie tylko dobrze i estetycznie wydanej, ale przede wszystkim doskonale, bo rzetelnie i błyskotliwie napisanej, i przynajmniej dla mnie odkrywczej biografii mistrza z Drohobycza na Kresach - dzisiaj Ukraina. Po przeczytaniu tej fascynującej, oddziaływujacej na moją wyobrażnię a przy tym czytającej się jak bardzo dobra powieść, opowieści Wiesława Budzyskiego syn niezamożnego kupca bławatnego z Drohobycza, Jakuba Schulza, po którym odziedziczył słabe zdrowie i szczupłą przygarbioną sylwetkę, ale równocześnie nadzwyczajną inteligencję, wyobraźnię i marzycielstwo a także dowcip i poczucie humoru zrobił się dla mnie nagle kimś znajomym. Wiesław Budzyński pozwala czytelnikowi poznać Bruno Schulza poprzez cytowanie wypowiedzi osób, które go znały oraz fragmentów listów, z tych, które zachowały się, a jego kontakty korespondencyjne były szerokie i bogate w treść. Autor przywołuje w swej książce również Jerzego Ficowskiego, który poczynił wiele starań, by odnaleźć spuściznę epistolograficzną, literacką i rysowniczą, która niestety poniosła ogromne straty wskutek działań totalitaryzmów XX wieku. Z książki i snutych wspomnień , a także fragmentów listów wyłania się czytelnikowi wielce dramatyczna postać. Człowiek pełen kompleksów i zahamowań, niedostosowany do życia, uważany przez innych za dziwoląga, którego jedynym pragnieniem było być wolnym i móc pisać. A to nie było mu dane, gdyż by utrzymać swą matkę, chorą siostrę i jej syna musiał wykonywać znienawidzony zawód nauczyciela rysunków. Gdy nie otrzymał upragnionego urlopu w jednym z listów pisał :"[...]nadal hałastra będzie wyprawiała harce na moich nerwach. [...] Nerwy moje rozbiegły się siecią po całej pracowni robót ręcznych, rozprzestrzeniły się po podłodze, wytapetowały ściany i oplotły gęstąplecionką warsztaty i kowadło..." Drugim bohaterem książkiWiesława Budzyńskiego - równie intrygującym - jest miasteczko Drohobycz na Kresach, na tle którego ukazuje on Bruno Schulza. Wielonarodowy, barwny w tamtym czasie Drohobycz, w którym ten czuł się najlepiej, i którego nie chciał opuszczać....nawet dla Józefy Szelińskiej, nazywanej przez siebie narzeczoną, tego nie zrobił i nie przeniósł się do Warszawy. Drohobycz, w którym się urodził, żył, tworzył i w końcu znalazł tragiczną śmierć z rąk SS-mana, i pozbawiony został pośmiertnego miejsca. Drohobycz, ktróry nigdy go nie znał tak do końca i nie docenił, w którym dzisiaj mało kto wie kim Bruno Schulz był. "Schulz pod kluczem" to świetnie i szybko się czytająca biografia nietuzinkowego człowieka, ale również miasta, które przechodziło jak on różne koleje losu, co zubożyło je pod każdym względem . Książka jest zaopatrzona w stare zdjęcia Drohobycza i rysunki Bruno Schulza, w tym jego autoportrety co dodatkowo podnosi jej wartość a poza tym mnóstwo przypisów, z których dokładnie poznajemy osoby, których wspomnienia pojawiają się na jej kartach. A Drohobycz, jak się okazuje był rodzinnym miastem wielu znakomitości..........znanych, mniej znanych i zupełnie nie znanych.
natanna - awatar natanna
oceniła na88 lat temu
Języki obce Jacek Dehnel
Języki obce
Jacek Dehnel
Zacznijmy od tytułu, który można odczytać na co najmniej trzy sposoby. Pierwsze skojarzenie – język obcy to język każdy język, który nie jest językiem polskim. Drugie – biologicznie, język obcy to każdy język, który nie jest językiem moim. Trzecie, zarezerwowane jedynie dla języka literatury, jest jednoznaczne z różnorodnością gatunków i rodzajów literackich. Dehnel robi użytek z każdej z tych interpretacji, jednak na spoiwo swojego najnowszego tomiku wybrał ten trzeci, najbardziej ‘poetyki’ element, dając czytelnikowi 50 stron kolażu form i stylizacji poetyckich. Autor pokazuje dość bogaty wachlarz możliwości, jakimi dysponuje ten gatunek. Otwierający tom cykl „Języki obce”, którym zawdzięczamy tytuł całego zbioru, takiego rozrzutu stylistycznego jeszcze nie zwiastuje. Wiersze które się tutaj pojawiają swoją bielą idealnie wpasowują się w ulubiony przez współczesnych poetów styl. Zamiast rymów i mnogości środków stylistycznych znajdziemy tutaj za to kilka ciekawych refleksji zainspirowanych zasłyszanymi w czasie Międzynarodowego Festiwalu Poezji anegdotkami. I tak Duńczyk opowiada o sposobie liczenia Grenlandczyków, Austriak dzieli się przemyśleniami z poprzedniej nocy, a Amerykanka opowiada o Zuzannie, znajomej Słowaczce. Wszystkie wiersze są ciekawe, nieco przewrotne, jednak jeszcze niczym nie zapowiadają istnej rewii, która stanowi zdecydowaną większość tomiku. [...] Co jeszcze napotka nas w trakcie wędrówki przez karty Języków obcych? W zamykającym tom cyklu „Mały śpiewnik piosenek miłosnych dla średnio zaawansowanych”, którego tematyka oczywiście oscyluje wokół tego najbardziej pospolitego uczucia na ziemi, czytelnik ma okazję doświadczyć prawdziwego festiwalu form. I tak spotkamy tutaj sonet, trzynastozgłoskowiec, piosenkę a nawet villanellę, wywodzącą się z renesansu pieśń polifoniczną, utwór chyba jeszcze bardziej zapomniany niż średniowieczny plankt. W „Pożytkach z romantyzmu” słychać z kolei echa cierpiących poetów pierwszej połowy XIX wieku, natomiast „Bajka o hurtowniku pietruszki” zadziwia swym morałem. Każdy z utworów czymś się wyróżnia, każdy jest inny. W każdym z nich doświadczymy czegoś innego i nawet, jeśli sąsiadujące ze sobą wiersze połączone są motywem miłości, to jednak nie można znaleźć między nimi jednoznacznego powiązania. W tym miejscu zbliżamy się do niebezpiecznego punktu, w którym czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy nie panuje tutaj zbyt duży rozgardiasz, czy zbiór ten nie jest prawdziwym cicer cum caule, w którym o zbłądzenie tym łatwiej, że nie dość, że poszczególne utwory nie przystają do siebie tematyką, to jeszcze ich forma przyprawia o zawrót głowy. Po pierwszej lekturze sama odniosłam takie wrażenie. Po fascynacji różnorodnością zamieszczonych w zbiorze utworów, zaczęłam się zastanawiać, czy za pomocą "Języków obcych" autor nie chciał czasem dokonaj demonstracji swoich możliwości poetyckich. „Patrzcie, jaki jestem uniwersalny, jak wiele utworów potrafię napisać! Ha, nawet wiem co to jest villanella!” Jednak nawet, jeśli to właśnie taka była motywacja autora do stworzenia tego tomu (nigdy nic nie wiadomo),to mimo wszystko chyba ten eksperyment zakończył się powodzeniem. Zwłaszcza, że po każdej kolejnej przygodzie z najnowszym dziełem poety, w głowie czytelnika zaczyna powstawać mapa połączeń pomiędzy kolejnymi tekstami, udowadniająca, że jednak dobór tekstów i ich rozmieszczenie nie jest kwestią przypadku. Gdyby tylko podwoić (a nawet i potroić) rozmiar tomu, "Języki obce" mogłyby zostać nazwane antologią (na wskroś subiektywną) form i utworów poetyckich. I chociaż Dehnel bawi się z formą, to jednak wciąż porusza się po bezpiecznym, dobrze mu znanym obszarze. Dlatego prawdopodobnie znajdzie większe zrozumienie wśród tych czytelników, którzy lubią tą klasyczną, bardziej zachowawczą odmianę poezji, niż w gronie młodych gniewnych, którzy nie zaprzątają sobie głowy rymami i innymi środkami stylistycznymi. Chociaż kto wie, może przewrotność pojawiających się tu utworów (Dehnel nie jest bowiem epigonem i wie jak tchnąć ducha w skostniałe ramy wiersza) zachęci do lektury również i tych drugich? Warto spróbować, bo lektura tych tekstów jest ciekawym doświadczeniem. Pełna recenzja: http://literatkakawy.booklikes.com/post/802022/jezyki-obce
LiteratkaKawy - awatar LiteratkaKawy
ocenił na712 lat temu
Mikrogramy Robert Walser
Mikrogramy
Robert Walser
przenikliwe obserwacje ogólno-szczególne w "systemie ołówka" - "metoda ołówka" jako kod skrytości, niezauważenia, wchłonięcia przez świat - pisarstwo quasi-automatyczne by nie zaistnieć... wybór ze zbioru "Aus dem Bleistiftgebiet" (Z obszaru ołówka)... jeden z ulubionych pisarzy Franza Kafki... *** "Termin "mikrogramy" nie jest kwalifikacją gatunkową, lecz odnosi się do sposobu zapisu. Obcując z dziełem Roberta Walsera, musimy dokonać znamiennej operacji rozszerzyć rozumienie literatury tak, by objęło ono też aspekty czysto fizyczne, czynność ręki kreślącej litery, materiał i narzędzie pisarskie. Sam Walser, wypowiadając się o swoim pisarstwie, nieraz sięgał po określenia i obrazy akcentujące materialną stronę przedsięwzięcia. W prozie zatytułowanej Eine Art Erzählung (Pewnego rodzaju opowiadanie) znajdujemy deklarację: "Wiem, że jestem czymś w rodzaju powieściopisarza-rzemieślnika. […] Gdy jestem dobrze usposobiony, to znaczy w dobrym humorze, zszywam, sczepiam, stapiam, dopasowuję, zesztukowuję, skuwam albo zbijam linijki, których treść każdy od razu rozumie. Jeżeliby ktoś miał na to ochotę, może mnie nazwać pisarskim tokarzem"." *** " Materialnie mikrogramy to zbiór 526 kart zapełnionych przy użyciu ołówka pismem tak drobnym, że nie daje się go odczytać bez specjalnych przyrządów. Papier jest różnego rodzaju, pochodzenia i formatu, znajdują się tu arkusiki papieru ilustracyjnego, wizytówki, urzędowe formularze, kwity, jednostronne druki, karty kalendarza, arkusze korektorskie, skrawki gazet, blankiety telegramów, listy i pocztówki, na których zostało trochę pustej przestrzeni, kwity itp., zawsze starannie przycięte do formy niewielkiego prostokąta. Linijki są bardzo regularne, litery mają najwyżej 2 mm wysokości. Na jednej karcie mieści się niekiedy kilka różnych tekstów, włamanych jeden w drugi i często złożonych tak, że kartę trzeba obracać. Zawartość 526 kart mikrogramów odpowiada ok. 4000 standardowych stron druku."
MrOrinow - awatar MrOrinow
ocenił na82 miesiące temu
Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty Marek Bieńczyk
Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty
Marek Bieńczyk
Czy wędrowaliście kiedykolwiek poprzez meandry literackiego labiryntu, zbudowanego z mglistych metafor, niekończących się powtórzeń, wyliczeń, alegorii, cytatów po to tylko, by na samym końcu zatoczyć pełne koło i odkryć nic ponad bezkresną pustkę? W taki właśnie sposób wykreowana jest “Melancholia” Bieńczyka, który w mistrzowski sposób pisze o stracie, nieobecności organizującej istnienie. Autor poruszając wszelkie możliwe figury melancholii, wyliczając każdy jej przejaw, sposób, w jaki niewidzialny czarny duch rozpaczy atakuje nas, stara się oswoić problem, wyznaczyć granice. Dla Bieńczyka melaine koina staje się nie tylko stanem (chorobowym),lecz kulturowym uwarunkowaniem stwarzającym jednostkę nowoczesną. Dojmujące, obezwładniające ducha i ciało uczucie straty buduje zatem poczucie nietrwałości istnienia, przemijalności wszelkiego piękna, kruchej delikatności stworzenia. W tej pozornie luźno skomponowanej konstrukcji tkwi siła kreatorska, chęć eksploracji i empiryczność nastawienia. Równocześnie teksty kreślą wyjątkową sieć tkaną z delikatnych, ale i kanciastych, chropowatych słów. Są to maski przywdziewane przez Bieńczyka, cierpiętnika wykorzystującego wachlarz form odpowiednich, oksymoronicznych do wyrażenia słynnego „nic, które boli”, dojmująco odczuwanego całym ciałem i duchem. Melancholia w ujęciu autora zionie brakiem nadziei, czystą, niezgłębioną rozpaczą. Podmiot piszący jest uwięziony w fantasmagorycznej wizji rzeczywistości, w której czarna żółć sączy się spomiędzy wyrazów. Ucieczka między słowa jest jednak pozorna, akt pisania jest jedynie rondem, cieniem pochwyconej idei. Ponadto jest próbą uchronienia przed bezsensownością istnienia, to stwarzanie struktur świata przez narrację. Melancholia to także osobliwy filtr, przez który podmiot spogląda na otaczające realia – zaczernione, nieprzeniknione, zimne realia, nieprzyjazne i zobojętniałe. Rzeczywistość trwająca wokół to rodzaj pokoju, metaforycznej przestrzeni, zagraconej przez stosy piętrzących się przedmiotów; to świat zawalony rupieciami, w którym każdy z nich, w mniejszym lub większym stopniu, przypomina o niemożliwej do odzyskania utracie.
Paula Kulig - awatar Paula Kulig
ocenił na81 rok temu
Powrót centrali. Literatura w nowej rzeczywistości Przemysław Czapliński
Powrót centrali. Literatura w nowej rzeczywistości
Przemysław Czapliński
Przebija z tej książki podskórne poczucie niespełnienia obietnicy roku 1989 (szczególnie tej związanej ze światem literatury) – mogło być tak dobrze, a kończy się (skończyło?) tak, jak zwykle, „bidą i rozczarowaniem”. Co gorsza, lepiej już raczej nie będzie. W roku 1989, rzekomo, upadł w Polsce komunizm. Odeszły więc w niebyt wszelkie cenzuralne ograniczenia, próby narzucenia jedynej słusznej drogi, powiało Zachodem, rację bytu utracił drugi obieg – bo jeśli wszystko wolno, to nie istnieje logiczna potrzeba ukrywania własnych poglądów. Dlaczego zatem, skoro trafiło się tyle dobrego, system odszedł tylko „rzekomo”? A może wcale nie zniknął, ale przetrwał kilka lat w stanie hibernacji i znów podniósł łeb? To nawet prawdopodobne, skoro po dziś dzień istnieją ludzie (i rodzą się nowi),którzy świętują urodziny Jaruzelskiego i wspominają, jak to się dobrze żyło za wujka Gierka (często nie mając bladego pojęcia o tamtych czasach; nie chcę tu nikogo pouczać, ale naprawdę nie ma nic trudnego w otworzeniu chociażby Bożego igrzyska Daviesa i pobieżnym przejrzeniu pasjonujących stronic o komunie). Cóż ze światem literatury? Tutaj sprawa wygląda podobnie, zdaje się twierdzić Przemysław Czapliński, wskazując na bardzo interesujące daty graniczne. Całą historię – rozpatrując rzecz chronologicznie – można zacząć od narastającej frustracji lat 70., frustracji wywołanej kompromitującymi działaniami polskich władz komunistycznych (one i tak były skompromitowane, ale im dalej w las, tym więcej drzew – im dłużej trwały, tym większy był blamaż),co w krótkim czasie doprowadziło do powstania KOR-u i drugiego obiegu wydawniczego. Równie istotny jest rok 1986, który można (w dużym uproszczeniu) uznać za narodziny trzeciego obiegu, czyli wszelkich –zinów i najróżniejszych alternatyw dla niemieszczących się w binarnym układzie „za władzą” i „przeciw władzy”. Rok 1989, pozorna transformacja, rzekoma śmierć scentralizowanego systemu zarządzania literaturą, zgon drugiego i trzeciego obiegu. Wreszcie 1996/1997 – powrót centrali. Dużo się mówi o tajemniczej „centrali”, a czym ona właściwie jest? Za wujka Edwarda cały świat literacki był zarządzany odgórnie, państwowo. Wszystkie (albo większość) wydawnictw była w rękach komunistycznych władz, podobnie z czasopismami literackimi, krytykami, najczęściej również z twórcami. Po roku 1989 społeczeństwo radowała myśl, że oto skończyło się planowanie i rozpoczęła prawdziwa wolność. I faktycznie, mówi Czapliński, potrwała ta wolność parę lat, ale później centrala powróciła. Bo oto największe współczesne wydawnictwa dzierżą rynek książki, skutecznie podcinając skrzydła wydawnictwom małym i biednym. Zanikają punkty biblioteczne, a cały bibliotekarski interes zamyka się w największych miastach. Co więcej, państwo coraz mniej zainteresowane jest utrzymywaniem bibliotek, które wszak zysku nie przynoszą. Zniknęły gdzieś mniejsze czasopisma literackie, a duże cienko przędą (bo państwu przestało na nich zależeć). Krytyka literacka utraciła swoją dawną funkcję i coraz częściej krytycy błaznują w największych czasopismach, nie mając kompletnie żadnego wpływu na opinię społeczeństwa. Książka, ten wszakże najistotniejszy składnik literatury, stała się dobrem luksusowym. Już nie wystarczy jej wydrukować i dodrukować (bo za komuny i tak cały nakład zszedł natychmiast),trzeba ją jeszcze „wybłaznować”, uczynić zjadliwą dla mas. Ktoś taki jak czytelnik nie istnieje, jest tylko bezimienny i ogłupiony tłum. Mocne, ale prawdziwe. A przecież – parafrazując słowa milicjanta z Zabić księdza – to nie tak miało być. Nie mieliśmy być kolejną ofiarą Zachodu, lecz szukać własnej, atrakcyjnej ścieżki. Profesor Czapliński (miałem i mam szczęście uczestniczyć w prowadzonych przez niego zajęciach) nie chce straszyć, pokazuje tylko, że to wszystko dzieje się na naszych oczach. Centrala powróciła, w zupełnie innym kształcie, ale nadal istnieje, nadal dzieli i rządzi. A my, jako skromni i nieco bardziej ambitni czytelnicy, musimy oddać się w jej dłonie. Dostosować, bo inaczej czeka nas całkowita cisza i wyłączenie z obiegu publicznego. Jak pisze profesor Czapliński w zakończeniu: „W ramach tej opowieści, w odpowiedzi na centralizm nowej sytuacji tworzymy scentralizowaną kontropowieść – narrację bezsilnych. Oto jej rys zasadniczy: podział świata na dwie części, z których jedna, obejmująca nas, pełna jest wartościowych inicjatyw, bezinteresownych działań, tekstów pełnych znaczeń, druga natomiast dysponuje siłą tłumiącą, jest interesowna, zideologizowana i redukcyjna”. Stało się więc, niestety (ale to nic nowego, zdaję sobie sprawę),że literaturę wtłoczono w ramy społeczeństwa konsumpcyjnego. Nakazano jej „istnieć”, błyskać jak gwiazda, pod postacią nowego arcydzieła, i równie szybko umierać, żeby zrobić miejsce kolejnemu i kolejnemu arcydziełu. A krytyk musi, ku własnemu pohańbieniu, pełnić rolę podwójną: kogoś, kto odkrywa wartościowe nowości, błyskotliwe talenty i jednocześnie błaznuje w mainstreamowych mediach, pisząc króciutkie zachęty na skrzydełka obwoluty. Mędrzec i błazen. Włączony w „przemysł kultury”, „przemysł literatury”. Co najgorsze – to wszystko na naszych oczach. Zatem kolejny raz można dojść do wniosku, że transformacja, jaką się dawno temu zachłysnęliśmy, to czysta fikcja. „Przeszłość odkreślamy grubą linią”, czyli zapominamy o grzechach i grzeszkach nie tylko wybitnych literatów, ale i jednostek zupełnie innego rodzaju (dopuszczając je do dyskursu publicznego i traktując jak autorytety),a także – akceptujemy istnienie przemysłowego molocha, produkującego literaturę i zapotrzebowanie na nią (pamiętając, ale to odnosi się do mniejszości, o dawniejszych, prawdziwych arcydziełach). Bo moloch, nie tylko literatury, nie umarł w roku 1989, przetrwał, udoskonalił się i znów pochłania. Z nienasyconym apetytem.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na61 rok temu

Cytaty z książki Lesie, ojcze mój

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Lesie, ojcze mój