200 uczonych w anegdocie. Księga I

Okładka książki 200 uczonych w anegdocie. Księga I
Andrzej Kajetan Wróblewski Wydawnictwo: Świat Książki publicystyka literacka, eseje
344 str. 5 godz. 44 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
2010-05-26
Data 1. wyd. pol.:
2010-05-26
Liczba stron:
344
Czas czytania
5 godz. 44 min.
Język:
polski
ISBN:
9788324718535
Średnia ocen

                7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup 200 uczonych w anegdocie. Księga I w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki 200 uczonych w anegdocie. Księga I

Średnia ocen
7,0 / 10
17 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1101
86

Na półkach: , ,

Dużo ciekawostek. Sympatyczny, gawędziarski styl.
Materiał w znacznym stopniu znany z wcześniejszych książek autora.

Nie przekonuje mnie układ alfabetyczny,
który nadaje tej książce encyklopedyczny charakter
i sprawia, że przedstawieni naukowcy
stają się w pewnym sensie oderwani od swojej epoki.

Dużo ciekawostek. Sympatyczny, gawędziarski styl.
Materiał w znacznym stopniu znany z wcześniejszych książek autora.

Nie przekonuje mnie układ alfabetyczny,
który nadaje tej książce encyklopedyczny charakter
i sprawia, że przedstawieni naukowcy
stają się w pewnym sensie oderwani od swojej epoki.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

67 użytkowników ma tytuł 200 uczonych w anegdocie. Księga I na półkach głównych
  • 44
  • 23
17 użytkowników ma tytuł 200 uczonych w anegdocie. Księga I na półkach dodatkowych
  • 10
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki 200 uczonych w anegdocie. Księga I

Inne książki autora

Andrzej Kajetan Wróblewski
Andrzej Kajetan Wróblewski
prof. dr hab. Andrzej Kajetan Wróblewski - polski fizyk. Rodowity Warszawiak. Absolwent UW. W latach 1986-1989 dziekan Wydziału Fizyki UW (potem rektor UW, 1989-1993). Członek PAN. Wiceprezes Polskiej Akademii Umiejętności. Zajmuje się fizyką cząstek elementarnych oraz ogólnie historią fizyki. Doktor honoris causa 4 szkół wyższych (w Niemczech, USA, Szkocji i Polsce). Wybrane książki: "Prawda i mity w fizyce" (Iskry, 1987), "Warszawiacy jak leci. Czyli wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Warszawie ale boicie się zapytać" (praca zbiorowa, Wydawnictwo CiS, 1997), "Z powrotem na ziemię. Spór o pochodzenie cywilizacji ludzkich" (praca zbiorowa, Prószyński i Ska, 2000), "Historia fizyki" (PWN, 2006), "200 uczonych w anegdocie" (Świat Książki, 2010).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Granice niewiary Jan Woleński
Granice niewiary
Jan Woleński
"Granice niewiary" Jana Woleńskiego to arcydzieło logicznej argumentacji. Każdy, kogo frapują zagadnienia styku filozofii oraz religii powinien zapoznać się z tą książką. Bogactwo jej treści oraz szerokość horyzontów autora są wprost niebywałe. Oczywiście można się nie zgadzać z Jego stanowiskiem (lecz należy się tu mocno intelektualnie wysilić), ale nie można przejść obok niego obojętnie. Jan Woleński zaznacza zresztą na początku, iż "uwagi zaprezentowane (...) zostaną skwitowane jako zbyt negatywne w stosunku do katolicyzmu", ale ma on już tylu chwalców w Polsce, że nie potrzebuje, aby tego typu agnostyk stawał w jego obronie. Chłodny, poukładany oraz rzeczowy język pracy nie ma w sobie nic z zajadłości, tak często spotykanej w trakcie tego typu rozważań. Po prostu Woleński z góry zaznacza, iż nie wszystkie wypowiedzi podlegają takim samym regułom sensu - "W ogólności mogę przyjąć pluralizm sensów, ale nie tezę, że wypowiedzi teologów i wypowiedzi fizyków znajdują się na tych samych poziomach". Woleński utożsamiając "wiarę" z "zaufaniem", umożliwia niewierzącym wiarę w sensie wiary niereligijnej. Autor w bardzo klarowny sposób wyjaśnia stanowiska teisty, ateisty oraz agnostyka. Zajmuje się kwestią relacji wiary do wiedzy, gdzie jedną z kardynalnych spraw jest ta, iż to na teiście spoczywa ciężar dowodu odnośnie twierdzenia - "Bóg istnieje". Zastosowanie logiki i filozofii do teologii ukazuje sporo ciekawych konstatacji: "skoro Bóg jest wszechmocny, to mógłby zapobiec złu, ale nie uczynił tego na mocy swego swobodnego wyboru. Z kolei jako wszechwiedzący od zawsze przewidział każdy ludzki postępek, jest więc też zań odpowiedzialny". "Jasne jest też, iż z teologicznego punktu widzenia nie mogę mieć racji, bo staram się zgłębić tajemnicę, która jest z jednej strony niepojęta dla ducha skończonego i jego ograniczonej wiedzy, ale z drugiej strony absolutnie prawdziwa". "Parafrazując raz jeszcze Wittgensteina, powiem, że teologia jest albo powyżej nauki albo poniżej, ale nigdy obok. Ta metafora znaczy, że niemożliwy jest język wspólny dla teologii i nauki, a co za tym idzie - nie można wyprowadzać wniosków na temat świata danego empirycznie z tezy o istnieniu Boga i na odwrót. Nauka i teologia są niewspółmierne, językowo i logicznie. Teologia nie jest nawet wiedzą, tj. zbiorem prawdziwych uzasadnionych przekonań. Oczywiście teologowie mają przekonania teologiczne. Czy prawdziwe? Trudno ustalić". "Z tego powodu nie tylko nie wierzę, że Bóg istnieje, ale wierzę, że nie istnieje, aczkolwiek w żadnej mierze tego nie wiem". Te kilka powyższych cytatów tylko w marginalnym stopniu oddają istotę tematyki poruszanej w książce. Warto sięgnąć po nią, aby rozjaśnić sobie te niesamowicie interesujące zagadnienia. Warto to zrobić szczególnie w naszym kraju, ponieważ "Od dawna zresztą wiadomo, że tam, gdzie królują Prawdziwe Wartości, zwyczajnym wiedzie się znacznie gorzej".
Munk - awatar Munk
ocenił na 10 4 lata temu
Uczeni w anegdocie Andrzej Kajetan Wróblewski
Uczeni w anegdocie
Andrzej Kajetan Wróblewski
W ręce wpadła mi prawdziwa perełka z biblioteki - swoisty katalog humoresek o wielu znanych naukowcach. Podstawą tego zbioru anegdot o znanych uczonych są teksty, którymi przez prawie dziesięć lat Andrzej Kajetan Wróblewski (wykładowca historii fizyki i nauki na Uniwersytecie Warszawskim) co miesiąc wzbogacał ostatnią stronę miesięcznika "Wiedza i Życie". Teksty zostały przejrzane, uzupełnione, poprawione i przystosowane do wydania książkowego. Dane o życiu uczonych i anegdoty zostały zaczerpnięte z wiarygodnych źródeł, których wykaz znajduje się na końcu książki. Podane są zarówno smakowite dziwactwa znanych osób, ich wady, talenty poboczne, jak i trzy lub czterostronicowe biogramy przedstawicieli nauk przyrodniczych i ścisłych - biologów, chemików, astronomów, fizyków i matematyków - od XVI wieku do ery atomowej, wraz z licznymi ciekawostkami na ich temat. "Chęć obserwacji przejścia Wenus przed tarczą Słońca była też przyczyną perypetii wielkiego pechowca, jakim był francuski astronom Guillaume Legentil (1725-1792). Przejście Wenus, oczekiwane 6 czerwca 1761 roku, miało być najlepiej widoczne z południowej Azji, toteż Legentil wybrał się do miasta Pondicherry w Indiach, należącego wówczas do Francji. Na nieszczęście w owym czasie toczyła się miedzy Francją i Anglią wojna siedmioletnia, która nie ominęła kolonii obu państw w Indiach. Wypadki wojenne tak opóźniły podróż Legentila, ze przybył na miejsce już po tym wydarzeniu astronomicznym. Ponieważ następne przejście Wenus przed tarczą Słońca miało nastąpić za osiem lat, 3 czerwca 1769 roku, Legentil postanowił przeczekać ten okres na miejscu, nie chcąc znów ryzykować spóźnienia. Ale pech chciał, że w tym dniu w okolicy, w której przebywał, niebo zasnuły chmury, chociaż poprzedniego i następnego dnia była piękna pogoda. Na kolejne przejście Wenus trzeba by było czekać ponad 100 lat, do roku 1874, toteż zawiedziony astronom zwinął manatki i wyruszył do Francji. Po drodze statek, którym płynął dwukrotnie się rozbijał, a kiedy wreszcie, pokonując przeciwności losu, powrócił do Paryża po przeszło jedenastu latach nieobecności, okazało się, że wszyscy uważali go za zmarłego, zaś jego majątek został już dawno podzielony między spadkobierców." Warto poszukać w bibliotekach lub antykwariatach, bo lektura jest świetną rozrywką, przezabawną, pisaną lekkim piórem, arcyciekawą! 😁😂
Melissa Tygrys - awatar Melissa Tygrys
ocenił na 8 2 lata temu
Kim jesteśmy? Wyzwania dla amerykańskiej tożsamości narodowej Samuel P. Huntington
Kim jesteśmy? Wyzwania dla amerykańskiej tożsamości narodowej
Samuel P. Huntington
Zacznijmy od tego, że pytanie zadane przez Autora w tytule może postawić sobie dziś właściwie każda wspólnota narodowa na świecie. I choć prawdopodobnie było one zadawane po wielokroć w historii społeczeństw lecz odpowiedź na nie, wydaje się być coraz mniej oczywista i prosta. W szczególności w krajach uchodzących za demokratyczne. Wprawdzie na warsztat wzięta została wspólnota amerykańska, ze wszystkimi swoimi coraz ostrzejszymi antynomiami i napięciami jednak uniwersalizm niektórych opisanych tu trendów pozostawił nas z palącym poczuciem niepokoju, że zapytanie samych siebie: no dobrze, ale właściwie kim my jesteśmy i co oprócz geografii, języka i pewnych podobieństw w bożonarodzeniowym menu sprawia, że wciąż stanowimy jakiś rodzaj wspólnoty. I czy właściwie można mówić jeszcze w dorzeczu Odry i Wisły o jakimś "my". Czy istnieje jeszcze jakieś poważne spoiwo czyniące z nas wspólnotę i czy my właściwie wciąż jeszcze chcemy ją wspólnie budować? I czy nie jest tak, że wielu z nas z chęcią powierzyłoby w znaczenie większym stopniu niż to funkcjonuje obecnie brzemię administracji naszymi doczesnymi sprawami bardziej kompetentnym, brukselskim urzędnikom? I co gorsza odpowiedzi na te pytania, pomimo blizn, resentymentów i pęknięć nękających Amerykanów, które bezlitośnie punktuje Huntington, wydają się być dla naszego podwórka jeszcze mniej łatwe. *** Uniwersalna wydaje się być również tendencja klasy średniej do odrzucenia tradycyjnie pojętej symboliki patriotycznej. Na rzecz światopoglądu, pozornie statutowo opartego na różnorodności, ostatecznie zaskakująco homogenicznego i jednolitego. I to, że przeciętnemu jej członkowi zdecydowanie łatwiej znaleźć wspólny język ze swoim odpowiednikiem z Francji, Hiszpanii czy innych Niemiec niż z człowiekiem u którego naprawia samochód czy kupuje pomidory. Nie dało by się już chyba zliczyć dysput, które zaliczyliśmy w okolicach tego tematu z różnymi bliźnimi, a że jak mawiał podobno de Montaigne, chcemy zawsze być gwelfami dla gibelinów i gibelinami dla gwelfów to jakoś cholera zawsze w ostatnich czasach robimy jednak za gwelfów. Smutne.
Novik - awatar Novik
ocenił na 7 3 lata temu
Żuk w pudełku oraz 99 innych eksperymentów myślowych Julian Baggini
Żuk w pudełku oraz 99 innych eksperymentów myślowych
Julian Baggini
Generalnie zgadzam się ze słabszymi ocenami, to nie jest żadna wybitna książka. Powiedziałbym nawet, że jest dosyć słaba. Niektóre eksperymenty myślowe czy dylematy moralne mogłyby być ciekawe ale są bardzo pobieżnie omówione i nie za bardzo tam czuć jakieś głębokie przemyślenia ;) No nie jest to forma rozkminiania dylematów filozoficznych, do której byłbym przyzwyczajony (wolę raczej coś głębszego). Ale jako czysta rozrywka do szybkiej konsumpcji książka nie byłaby może zła, jednak odsłuchałem ją zamiast przeczytać i myślę, że to był błąd - akurat tą książkę lepiej by się czytało, a tak to leciała z tematami, chwilkę się człowiek zagapi, już umknęła mu cała historia - oczywiście cofałem ale gdyby czytać, nie byłoby tych problemów... Ogólnie jednak wolę głębsze książki, ta była taka "tabloidowa"... Ale mi się nie podoba treść tej recenzji, jakoś zawile napisałem ale trudno było przekazać wprost to co myślę :D To jest po prostu tak, że jest krótko przedstawiona historia, jeszcze krócej jakieś wnioski, czasem pytanie filozoficzne. Koniec. I dalej. Brakuje mi tu najbardziej rozwinięcia tej części filozoficznych rozważań - te kilka haseł (bo tak to można nazwać) przy każdej historii to za mało, moim zdaniem zmarnowany potencjał... ...co nie znaczy że nic z niej nie wyniosę. Na temat kilku poruszonych kwestii, chciałbym coś dodać: "20. Skazana na życie": "Kto wie, czy nie oszukujemy samych siebie, traktując jako problem to, że życie jest za krótkie. Ponieważ nie mamy wpływu na jego długość, dramat jego ulotności nie jest naszą winą. Trudniej jest przyznać, że spoczywa na nas odpowiedzialność za to, jaki użytek zrobimy z przysługującego nam czasu. Być może więc zamiast: „gdybym tylko miał więcej czasu”, powinniśmy zacząć myśleć: „gdybym tylko lepiej spożytkował czas, który mam”." - skłania do przemyśleń ;) "29. Jego życie w twoich rękach": "Najistotniejsza analogia polega na tym, że aby uwolnić się od niechcianej roli maszyny podtrzymującej życie, zarówno kobieta w ciąży, jak i Dick muszą zrobić coś, co doprowadzi do śmierci zależnej od nich istoty. Z tego, jak twoim zdaniem powinien zachować się Dick, wynika więc pośrednio, co według ciebie powinna zrobić kobieta w ciąży." - w zasadzie tak: uważam że zarówno Dick jak i kobieta w ciąży powinni zrobić to co uznają za stosowne i tylko oni mogą o tym zdecydować. Mogę co najwyżej stwierdzić co ja bym zrobił na miejscu Dicka - zapewne pozostał podłączony do tego człowieka na 9 miesięcy... ale ciąża to jednak zupełnie inna sprawa :D (trudniejsza). "51. Życie w kadzi": "W jednej z niedawno opublikowanych prac sugerowano wręcz, że jest bardzo prawdopodobne, iż żyjemy w rzeczywistości wirtualnej, ale nie jako mózgi w kadzi, lecz jako sztucznie stworzona inteligencja. Zgodnie z tym rozumowaniem za jakiś czas albo my, albo jakaś inna cywilizacja z pewnością będzie w stanie stworzyć sztuczne inteligencje oraz wirtualne rzeczywistości, w których będą one mogły żyć." - ej, to mnie zaintrygowało! A może tak jest? Może to nic nadzwyczajnego, ze tworzymy sztuczną inteligencję, może my też jesteśmy sztuczną inteligencją? :P "59. Cudzymi oczami": "Gdybyś mógł spojrzeć na świat oczami innych ludzi, co byś zobaczył? To pytanie przestało być dla Cecylii czysto hipotetyczne czy metaforyczne. Właśnie wypróbowała niezwykłą U-View – Uniwersalną Sieć Wymiany Wizualnej. Pozwala ona podłączyć się do innej osoby w taki sposób, że widzi się dokładnie to co ona i tak jak ona. Dla każdego byłoby to wyjątkowe doświadczenie. Ale dla Cecylii było jeszcze bardziej zdumiewające. Kiedy bowiem popatrzyła oczami swojego przyjaciela Luke’a, cały świat jakby wywrócił się do góry nogami. Dla Luke’a pomidory były koloru, który ona uważała za niebieski. Niebo było czerwone. Banany, dojrzewając, zmieniały się z żółtych w zielone. Kiedy ludzie z firmy U-View dowiedzieli się o doświadczeniach Cecylii, poddali ją dalszym testom. Okazało się, że widzi ona świat w – jak to określili – odwróconym spektrum: każdy kolor wyglądał jak kolor dopełniający. Ale oczywiście, ponieważ różnice miały charakter regularny, gdyby nie U-View, nikt by się nigdy o tym nie dowiedział. Cecylia przecież tak jak wszyscy dookoła prawidłowo określała pomidory jako czerwone. Czy może być tak, że widzisz świat podobnie jak Cecylia? Gdybym mógł spojrzeć twoimi oczami, czy pomyślałbym, że dla ciebie zachodzące słońce jest niebieskie?" - dokładnie nad tym zastanawiałem się już w przedszkolu! :D Serio, to jedno z moich najwcześniejszych (jeśli nie w ogóle najwcześniejsze) filozoficznych przemyśleń :D W sensie, wiadomo: wszyscy nazywamy trawę zieloną, a niebo niebieskim, ale może ktoś patrząc na trawę widzi kolor, jaki ja widzę na niebie i odwrotnie? :D "67. Paradoks papadamu" - a tych rozkmin w tym "paradoksie" zupełnie nie rozumiem... zacytuję fragment: "Saskia uważała się za zwolenniczkę wielokulturowości. To znaczy, bardzo podobała jej się kulturowa różnorodność, charakterystyczna dla zróżnicowanego etnicznie społeczeństwa. Ale by ta różnorodność istniała, ludzie musieli pozostać etnicznie odrębni. Mogła cieszyć się przeskakiwaniem z jednej kultury do drugiej, tylko jeśli inni pozostawali mocno zakorzenieni w jednej. Żeby ona mogła być multikulturowa, inni musieli być monokulturowi. Ale co wtedy z jej ideą wielokulturowego społeczeństwa?" - ja też się uważam. Lecz także uważam, że jeśli jedna osoba czerpie z wielu kultur, to nie tylko społeczeństwo pozostaje wielokulturowe ale nawet pojedyncze osoby. Mam nadzieję, że wyjaśniłem :D A jeśli by kiedyś (w końcu) wszyscy się do siebie w swej multikulturowości upodobnili, to tym lepiej - jak już nie będzie multikulturowości to i ja nie będę zwolennikiem multikulturowości :D "93. Zombi": "Przyjmujemy, że inni ludzie nie są zombi, głównie dlatego, że tak jest najwygodniej. Jeśli chodzą tak jak my, mówią jak my, i mają mózgi i ciała jak my, można zakładać, że są tacy jak my pod wszystkimi istotnymi względami, w tym odczuć wewnętrznych. Byłoby to bardzo dziwne, gdyby system nerwowy, dzięki któremu mam świadomość, nie dawał jej innym. Ale właśnie w tym punkcie przykład z zombi staje się interesujący. Dlaczego mielibyśmy bowiem sądzić, że podobieństwa fizyczne wskazują na podobieństwa pod względem umysłowym? Problem ze świadomością polega właśnie na tym, że trudno wytłumaczyć, jak czysto fizyczne obiekty takie jak mózg mogą zrodzić subiektywne doświadczenia. Dlaczego pobudzenie włókien C w mózgu daje w ogóle jakieś odczucia? Jaki owo zjawisko w tkance nerwowej ma związek z doznaniem bólu? Jeśli te pytania wydają się poważne i trudno udzielić na nie zadowalającej odpowiedzi, wynikałoby z nich, że nie ma żadnej logicznej sprzeczności w wyobrażeniu sobie procesów zachodzących w mózgu, takich jak pobudzenie włókien C, bez towarzyszących temu doznań. Innymi słowy, idea zombi – ludzi pod każdym względem takich jak my, a jednak pustych wewnętrznie – jest zupełnie spójna. Zatem możliwości, że inni ludzie są takimi właśnie stworami, choć jest nieprawdopodobna, nie da się wykluczyć." - tu nie mam nic do dodania :D ale to ciekawe rozważania ;) (czytana/słuchana: 11-13.08.2025) 3/5 [6/10]
lex - awatar lex
ocenił na 6 7 miesięcy temu
Rzeczy najmniejsze Stefan Kisielewski
Rzeczy najmniejsze
Stefan Kisielewski
Myśli S. Kisielewskiego zebrane w książeczce „Rzeczy najmniejsze” — nie wszystkie jego własnego autorstwa — są błyskotliwe, bez zadęcia i czyta się je z przyjemnością. W tej publikacji nie chodzi o literackie pionierstwo, czy też „pokonanie” słynnych aforystów, bo przecież jak pisał sam S.K. „Nie ma nowych myśli, są tylko nowe formy”. Kisiel był osobowością ubiegłego wieku; jako publicysta, pisarz, (kompozytor) był chętnie czytany i cytowany. Kisiel — krytyk muzyczny, pedagog, poseł na Sejm PRL — miał wpływ, brylował, spełniał się w proklamowaniu idei. Nie zdziwiłabym się, gdyby osobiście wyznawał zasadę: „Mówić trzeba o wszystkim, to paraliżuje czyny pochopne”. Tudzież gdyby sam utożsamiał się z przytoczoną w zbiorze myślą prof. Tatarkiewicza „Rozrywki męczą, praca uspakaja”. I dlatego, proszę nie przeoczyć 10 zasad Kodeksu Człowieka Pobłażliwego, bo to jest świetne. Zawsze lubiłam literackie zabawy słowem, ale tym razem dał mi Kisiel do myślenia. Czy pobłażliwość jako postawa społeczna w dzisiejszych czasach nie jest już w odwrocie? Samo słowo co raz częściej wypierane jest — w mediach, w polemikach społecznych — przez bliskoznaczne: poprawność polityczną i neutralność — dewizy nowej ery technologicznej. Tymczasem wiek XX był czasem gdzie upominano się o przyzwoitość, godność, solidarność i zaangażowanie, opowiadanie się za lub przeciw. Kierowanie się na codzień zasadą „pobłażliwości” było wystarczającym środkiem nieprowadzącym do eskalacji konfliktów (a nie unikającym dyskusji na tematy także kontrowersyjne — które dziś należy przemilczeć dla „dobra sprawy” albo od razu zbojkotować). Była niezłym patentem osób grzecznych z natury, kierujących się sercem — wiedziano kiedy „odpuścić”, ale nie pozostać nieczułym, obojętnym. Kisiel to barwna postać PRL-u, prawdziwy człowiek renesansu. Można tę książeczkę potraktować jak preludium do zapoznania się z jego felietonami, autobiografią. Warto wracać do jego myśli i je w rozmowach przytaczać. Jak choćby tę „Ci co nie mogą zrobić kariery pochlebstwami, postanowili sprobować szczęścia w krytyce” oraz „Koniec kultury myśli związany jest z degeneracją słów: gdzie upada język, zastępuje go twórczość obrazkowa”.
Hanzadonna - awatar Hanzadonna
oceniła na 10 3 miesiące temu
Nowe kroniki wina Marek Bieńczyk
Nowe kroniki wina
Marek Bieńczyk
Ge- nial- na!!! Książka dla każdego - zarówno konesera wina jak i dyletanta, takiego jak jak ja, który uwielbia wina choć za cholerę na nich się nie zna. W niniejszej opinii posłużę się cytatami Bieńczyka bo dokładnie opisuje takich jak "znawców" tego szlachetnego trunku. A zatem: "słyszę dość często zarzuty, że pisanie o winach powinno być bardziej dla"ludzi" nie uciekać w nadmierne szczgóły, nie mówić o winach, których inni nie piją. Kiwam głową, ale nie mam większych złudzeń. Kto połknął bakcyla wina, chce wiedzieć wszystko. Kto się tylko trochę interesuje, nie interesuje się w ogóle. Owszem przeczyta raz, drugi, że chablis powstaje zc gron chardonnay, że jak Mendoza że to raczej malbec, że grand cru w Burgundii to nie to samo, co grand cru w Bordeaux, ale jeszcze miesiąc, jeszcze dwa, o wszystkim zapomni..." To tak jak ja, ha, ha... I dalej "...musimy pogodzić się z myślą, że przy stole na którym stawiamy kolejne butelki i dania, nikogo tak naprawdę nie interesuje porównanie malbeca z Mendozy i z Cahors, i że nie będzie nas słuchała i czytała cała Polska, co najwyżej tacy jak my - obdarzeni podobną, jakże słodką, świadomością." I ma rację Bieńczyk gdy pisze (dalej)"... wiedza o winie pociąga naprawdę małą liczbę osób, którzy czynią z niej swój cel i swą rozkosz; cała reszta żyje dalej, gdyż ma inne cele i inne rozkosze. Mój ukochany przyjaciel, którego wielbię i cenię nad życie, od dobrych kilku lat czyta niemal wszystko co o winie publicznie napiszę. Wypiliśmy razem nie wiem ile butelek; ma znakomity nos i mówi o winie, które właśnie pije, znakomite rzeczy, na poziomie, o którym marzyć mógłby nie jeden degustator ze mną włącznie. Za każdym razem opowiadam mu, skąd wino pochodz, co i jak. A on dzwoni do mnie wczoraj, by spytać, CZY SRAH TO SZCZEP WINOROŚLI, CZY MOŻE JAKAŚ APELACJA. PO DZIEWIĘCIU LATACH(!) WSPÓLNEGO SMAKOWANIA (wielkie litery moje)..." Nic dodać ani nic ująć! Koniecznie trzeba przeczytać!!!
Kaliber48 - awatar Kaliber48
ocenił na 10 3 lata temu
Testament Kisiela Stefan Kisielewski
Testament Kisiela
Stefan Kisielewski Piotr Gabryel
Wywiad ze słynnym konserwatywnym liberałem. No ale właśnie. Czy aby na pewno konserwatywnym liberałem? Z jednej strony Kisiel mówił, że najbliżej mu do Korwina, ale z drugiej twierdził, że on nie wyznaje żadnej ideologii i kieruje się czystym pragmatyzmem. Jakby tak faktycznie było, to po co podawałby swoje rozróżnienie na lewicę i prawicę? Lewica jest według niego internacjonalistyczna i chce urządzić cały świat na jedną modłę, jedną metodą. Prawica zaś zajmuje się powierzonym jej wycinkiem świata i nie ma narzędzi, nie rości sobie prawa do doradzania ludziom na drugim końcu globu, by uspołecznili środki produkcji. Sam oczywiście w tym rozróżnieniu uważa się za prawicowca, a więc czy aby na pewno nie przypisuje żadnych łatek? No jeśli potraktujemy to rozróżnienie czysto psychologicznie to nie. Lewica to te osoby, które, mówiąc Jordanem Petersonem, nie posprzątały swojego pokoju, a z fanatyzmem chcą „sprzątać” świat, podczas gdy prawicowcy to osoby dojrzałe emocjonalnie, świadome immanencji cierpienia w świecie, a więc i jego nawrotów mimo chwilowej ulgi, toteż racjonalniej kierują swoją energię. W każdym razie jest to wywiad z Kisielem. Postacią bardzo znaną pod koniec PRL-u, a którą współcześnie ludzie co najwyżej kojarzą z mema z cytatem „Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju!”. Niektórym młodszym osobom może obiła się też o uszy Nagroda Kisiela, choć mało kto się tym de facto interesuje i słusznie. Nie ma czym się interesować. Kisielewski rozwodzi się na różne tematy związane z transformacją. Raz szanuje Balcerowicza, czy Michnika, innym razem ich krytykuje. Ten drugi element mnie nie interesuje, a profesora się czepiał głównie za zbyt wolną prywatyzację. Tak, dobrze czytacie. Za ZBYT WOLNĄ, a nie za prywatyzację W OGÓLE. Bo nie ma niczego dobrego w publicznej własności środków produkcji, czego autor (dziwne określenie na osobę, z którą przeprowadzany jest wywiad, ale trudno) jest świadom do tego stopnia, że krytykuje nawet ideę oddania fabryk pracujących w niej ludziom. Jak prywatnemu przedsiębiorcy na zachodzie dobrze się wiedzie, to wtedy dopuszcza akcjonariuszy. Polacy chcieliby zacząć od podziału akcji, podczas gdy nie wiadomo, czy będzie jakiś zysk do dzielenia, czy raczej deficyt. Uściślając jego czasem mętne na publicystyczną modłę wywody: pracowniczy akcjonariat nie rozwiąże problemu braku kapitału. W pewnym sensie jest to prawda, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by pracownicy sprzedali swoje akcje jednej osobie, a byłoby to sprawiedliwsze, bo to aktualni użytkownicy własności państwowej powinni być potraktowani jako jej faktyczni właściciele, skoro nie można ustalić, która ukradziona podatnikowi złotówka wywędrowała gdzie. Podobał mi się też postulat utworzenia teologii zysku i zwalczenia „pobożnego socjalizmu” typowego dla polakkatolickiego homo sovieticus. Szkoda tylko, że Kisiel nie okazał tutaj umiaru i wpadł w zachwyt skrajnie deterministycznym kalwinizmem. To chyba tyle z najważniejszych kwestii. Reszta mnie zanudzała. Było o konieczności utrzymywania dobrych stosunków z Rosją, było trochę o życiu prywatnym autora, było o bieżących wydarzeniach politycznych, było również o zjednoczeniu Niemiec, czemu towarzyszył przytomny komentarz, że deal ziemie zachodnie za Kresy nie jest dla Polski taki zły. Więcej nie pamiętam, ale zainteresowanym historią najnowszą zdecydowanie rekomenduję i to mimo tego, że zdarza się Kisielowi popaść w „nie znam się, to się wypowiem”. No bo nie jest tak źle.
Sofiofilia - awatar Sofiofilia
oceniła na 7 7 lat temu

Cytaty z książki 200 uczonych w anegdocie. Księga I

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki 200 uczonych w anegdocie. Księga I