rozwińzwiń

Literatura od kuchni

Okładka książki Literatura od kuchni autora Bogusław Deptuła, 9788377478103
Okładka książki Literatura od kuchni
Bogusław Deptuła Wydawnictwo: W.A.B. kulinaria, przepisy kulinarne
320 str. 5 godz. 20 min.
Kategoria:
kulinaria, przepisy kulinarne
Format:
papier
Data wydania:
2013-06-26
Data 1. wyd. pol.:
2013-06-26
Liczba stron:
320
Czas czytania
5 godz. 20 min.
Język:
polski
ISBN:
9788377478103
Średnia ocen

6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Literatura od kuchni w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Literatura od kuchni



książek na półce przeczytane 517 napisanych opinii 321

Oceny książki Literatura od kuchni

Średnia ocen
6,6 / 10
52 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Literatura od kuchni

avatar
264
186

Na półkach: , ,

Erudycyjna książka do powolnego smakowania.

Erudycyjna książka do powolnego smakowania.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1829
957

Na półkach:

Najbardziej w tej książce podoba mi się autor, a w zasadzie jego pewność siebie, erudycja i literacki gust. Jest i wysublimowany, i nieoczywisty, bywa też jednak przystępny i niewyniosły. Coś na kształt zadzierania nosa i następującego po nim spuszczania z tonu, urocza kombinacja. Szczypta protekcjonalności i nonszalancji nadaje temu zbiorowi wyjątkowego smaku, który tak mi odpowiada.
Jak już wspomniałam, na książkę składają się felietony, które nie tylko pokazują szerokie spektrum zainteresowań twórcy, ale także objaśniają fabuły poszczególnych książek, przybliżają bohaterów, ich wybory, ciekawostki literackie, takież anegdoty. Uczta. Nie tylko dla kulinarnych praktyków (gdyż każdy felieton wieńczy właśnie przepis na literackie danie),ale też dla miłośników książek, których dobór uznaję za więcej niż dobry.
Dla przykładu, jest tutaj nieprzewidywalny Osip Mandelsztam (i przyporządkowana mu zupa ucha),jest także przewrotny Tuman Capote (przepis na pasty do bajgli, nawiązujący do Śniadania u Tiffany'ego),znalazł się też turpistyczny Roland Topor. Nie mogło oczywiście zabraknąć przesławnych magdalenek Marcela Prousta, bo jakżeby tak, bez maczanych w herbacie najsłynniejszych literackich ciastek?
Bogusław Deptuła serwuje nam literackie smaczki, służy czytelnikowi swoim oglądem artystycznej rzeczywistości, poetyckich obrazów, rozważa opisywane dzieła w różnych (nie tylko kulinarnych) kontekstach. Jego interpretacje są trafne, wykwintne (jak niektóre potrawy, np. grasica cielęca, czy żabnica faszerowana tapendą),a nade wszystko interesujące.
Na uwagę zasługuje też piękne wydanie, wzbogacone o adekwatne ilustracje Macieja Jędrysika.
Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Mam nadzieję, że nastąpi.


buchbuchbicher.blogspot.com

Najbardziej w tej książce podoba mi się autor, a w zasadzie jego pewność siebie, erudycja i literacki gust. Jest i wysublimowany, i nieoczywisty, bywa też jednak przystępny i niewyniosły. Coś na kształt zadzierania nosa i następującego po nim spuszczania z tonu, urocza kombinacja. Szczypta protekcjonalności i nonszalancji nadaje temu zbiorowi wyjątkowego smaku, który tak mi...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1945
790

Na półkach: , ,

Uwielbiam wszelakie książki o gotowaniu. Tu się niestety zawiodłam.
Autor operuje dosyć ciężkim, "uniwersyteckim" stylem pisania. Przez ten natłok tych informacji ciężko jest się przebić.
Zamieszcza fragmenty książek, których połowy nie znam. Nie jest to książka lekka i zabawna. Raczej bardzo przytłaczająca w swoim wyrazie.
Przepisy też nie porywają (pankejki, gazpacho każdy chyba zna...).

Uwielbiam wszelakie książki o gotowaniu. Tu się niestety zawiodłam.
Autor operuje dosyć ciężkim, "uniwersyteckim" stylem pisania. Przez ten natłok tych informacji ciężko jest się przebić.
Zamieszcza fragmenty książek, których połowy nie znam. Nie jest to książka lekka i zabawna. Raczej bardzo przytłaczająca w swoim wyrazie.
Przepisy też nie porywają (pankejki, gazpacho...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

252 użytkowników ma tytuł Literatura od kuchni na półkach głównych
  • 182
  • 64
  • 6
42 użytkowników ma tytuł Literatura od kuchni na półkach dodatkowych
  • 30
  • 4
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Literatura od kuchni

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Miłość dobrej kobiety Alice Munro
Miłość dobrej kobiety
Alice Munro
Alice Munro, Miłość dobrej kobiety, przekł. A. Pokojska, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa MMXIII. Kiedy otwierasz zbór opowiadań Munro na przypadkowej stronie i widzisz zdanie: „Pamiętaj- obecnie panujący król Francji jest łysy”. (s.387.) a przecież miałaś (-eś) zderzyć się z miłością i światem uczuć, co robisz? Odkładasz książkę na półkę bez zbędnej zwłoki? Przerzucasz kolejne strony? Zastanawiasz się: czy warto się pochylić nad prozą Noblistki? Zaczynasz lekturę od „łysego króla”, czyli siódmego z ośmiu opowiadań pt. „Przed zmianą”. W zacytowanym opowiadaniu ponownie pojawi się król w zdaniu: „Wydawało mi się, że nie jesteś pewien czy powiedzieć mi „dzień dobry”, więc ja odezwałam się pierwsza: „Były król Francji jest łysy” ( s.149.) I wszystko wydaje się być jasne. Jest i miejsce na relacje: „Zdjęłam z palca pierścionek z brylantem i cisnęłam. Potoczył się pod zaparkowany samochód. Kłócąc się, szliśmy ulicą nieopodal mojej stacji. Była zima jak teraz. Styczeń, luty. Walka toczyła się dalej”.( s.375) Krótkie opowiadanie, jak każde w przypadku Munro, wymaga niezwykłej siły narracyjnej i precyzji, by zapanować nad historią nie tylko młodych bohaterów, ale i relacjami w rodzinie (w tym przypadku bohaterki z ojcem - lekarzem). We wszystkich opowiadaniach: „Munro potrafi stworzyć całą powieść z zaledwie kilku tysięcy słów- to każe się zastanowić, co inni pisarze robią z wszystkimi tymi dodatkowymi stronami”. „ The Philadelphia Inquirer” Czas z lekturą opowiadań Munro należy zaliczyć do udanych. Nobel nie był przypadkową nagrodą, a prowincja kanadyjska została odsłonięta z niebywałą wnikliwością. 10/10
zoe - awatar zoe
ocenił na101 rok temu
Chyba za nami nie traficie Jacek Milewski
Chyba za nami nie traficie
Jacek Milewski
Jeszcze w latach 80-tych zeszłego wieku mój ojciec - reportażysta opisał Romską społeczność w wiejskiej Sobótce na Podlasiu. Reportaż „ROM NA HORYN – ROM NA…..?” pochodził z 1986 roku, czyli jeszcze z czasów PRL-u. Pamiętam, że znalazłem w archiwum pozostawionym po nim pożółkłe strony maszynopisu, wystukane sumiennie na maszynie i postanowiłem oczywiście zeskanować aby uwiecznić, ponieważ artykuł był według mnie bardzo ciekawy. Zamieszczony był również w jakiejś gazecie, być może w suwalskich „Krajobrazach”, ale tego nie jestem pewien. Jedynie dobry kolega, zarówno mój, jak i ojca, lokalny dziennikarz z Siemiatycz [Pan Jacek Wasilewski], tak mi wspomniał. Reportaż ojca tworzony był bez uprzedzeń, absolutnie nie rasistowski, a wręcz pisany z pozycji „przyjaciela” tej społeczności, stawiających ich tzn. Cyganów w bardzo pozytywnym świetle. Jestem też do dziś z siebie dumny, że reportaż jest umieszczony, od paru już lat zresztą, na romskiej stronie internetowej. Co prawda strona jest od dawna nie aktualizowana, ale to już nie mój problem. Myślę, po przeczytaniu ładnego omówienia książki Jacka Milewskiego pt. „Kim jest Rom”, że autor książki starał się pisać te opowiadania o Romach podobnie jak mój ojciec, czyli bez uprzedzeń i złych emocji. Wiadomo, że jest takie znane przyłowie, że: „kowal zawinił, a Cygana powiesili”. No i stereotyp, że „każdy Cygan to złodziej”. Ile już to razy słyszałem w swoim życiu. Przyznaję, że aż do znudzenia, i zawsze staram się przytaczać argumenty na korzyść tej intrygującej mniejszości narodowej. Natomiast recenzję książki Pana Jacka, bardzo zresztą pozytywną, pozwalam sobie „ukraść” z archiwalnego „Przekroju”, ponieważ wspomina o mało znanym fakcie, o którym sam się właściwie niedawno dowiedziałem, że Pan Milewski wraz ze śp. księdzem Jerzym Zawadzkim [ur. 1950 – zm. 2007] zakładał w 1993 roku pierwszą romską szkołę w Suwałkach. Do dziś zresztą ksiądz Zawadzki jest z tego względu bardzo szanowany, wręcz podziwiany w społeczności lokalnych Romów oraz również w lokalnych suwalskich mediach. Przypomina o tym fakcie m.in. lokalna rozgłośnia radiowa „5” z Suwałk, zawsze w rocznicę urodzin księdza. Przytaczam więc całą recenzję z archiwalnego „Przekroju”, a pod nią link do reportażu mego ojca o Romach. Polecam: „Kim jest Rom” Marcin Kube [„Przekrój” nr 30 / 2013 r.] Jacek Milewski to człowiek od lat budujący pomost pomiędzy świa­tem cygańskim a „gadziami”, czyli obcymi, nie-Romami. Wraz z księdzem Jerzym Zawadzkim zakła­dał w 1993 r. romską szkołę w Suwał­kach, jedyną taką instytucję w Polsce. Jego najnowsze opowiadania „Chyba za nami nie traficie” to kronika współ­czesnych Romów, zapis kultury od­chodzącej w przeszłość. Zbiór otwierają cygańskie dziady - grupa Romów snuje historie o du­chach, które niepokoją swą obecno­ścią żyjących. Przyglądamy się staremu pokoleniu, trzymającemu się tradycji, żyjącemu według „zakonu”, gdzie największym nieszczęściem jest „ska­lanie” grożące ostracyzmem społecz­nym. To świat, gdzie w snach powracają konie i życie w taborach. Czytamy tak­że o młodych, dla których bagaż trady­cji już niewiele znaczy, a rygorystycz­ne normy uwierają. Bardziej pasjonują ich opowieści o rówieśnikach układa­jących sobie życie w Irlandii, Anglii czy w Ameryce. To opowieści o Romach rozpięte pomiędzy uliczną nędzą a bizantyj­skim luksusem - z lśniącymi hummerami i majątkiem przepuszczonym w kasynach. Obok anegdotycznych opowiastek pełnych cygańskiego folk­loru, języka i humoru autor potrafi szkicować również niezwykle przej­mujące miniatury, jak choćby „Dyna­ło Bambi” o chłopcu, który miał oczy jak jelonek z bajki Disneya. To spadek po matce, podobnie jak skłonność do zapadania się w sobie. Dziewczyny mówią o nim: „ładny, ale głupi”. Wraż­liwego Bambiego wykończą narkotyki. Dobrze, że Milewski jako narrator nie zakopuje się głęboko pod kołdrą obiektywizmu. Bez natręctwa rzuca tu i ówdzie komentarz, celną uwagę, czasem złośliwą, czasem pochleb­ną - w zależności, kto na co zasłużył. Nie boi się też dotykać negatywnych cygańskich stereotypów. Swoich romskich bohaterów nie traktuje ulgowo. Przytacza historie, w których droczy się z nimi i punktuje czasami niezbyt rozległe horyzonty - szerokie mniej więcej na ekran telewizora. Milewski może sobie na to pozwo­lić, dlatego że nie wyrwał się na mo­ment ze stolicy, by pobawić się w reportażystę, ale od lat pracuje w romskiej społeczności. Warto sięgnąć do jego najnowszego tomu opowiadań, ale też wcześniejszej książki (z 2008 r.) „Dym się rozwiewa”. Zwłaszcza że za moment filmowa „Papusza” Joanny i Krzyszto­fa Krauzów wywoła wzrost zainteresowania kulturą cygańską. Dzięki Milewskiemu można nabrać jeszcze szerszej perspektywy i wyostrzyć spojrzenie. Szczególnie na zaniedbania z "gadziowskiej” strony. Choć jak tytuł zbioru podpowiada - i tak do końca za Romami nie trafimy. https://www.cyganie.pl/rom-na-horyn-rom-na/
san-escobar - awatar san-escobar
ocenił na81 rok temu
Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu Jacek Dehnel
Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu
Jacek Dehnel
Zabieg to nierzadki, plagiatowany od dawna, kiedy bogatą felietonistykę po selekcji podług ustalonych kryteriów np. tematyki, wydaje się w postaci edycji książkowej, pod wymyślnym tytułem. Robił to Stefan Kisielewski, robi notorycznie z przesadą Rafał Ziemkiewicz, i wielu… wszyscy z pokusą większej popularyzacji pisarstwa. To tak jak celebryta, aktor, podsuwa swój wizerunek pod tandetną reklamę, z przyczyn oczywistych. A jest wielu pisarzy -felietonistów eseistów którzy wystrzegają się tej formy lansu, traktując felietonistykę zgodnie jej definicją i konwencją i umieszczając ja tylko zgodnie z jej przynależnym miejscem. Bo felietonistyka ma swój wymiar czasowy, żyje aktualną reakcją na rzeczywistość, i potem jej przesłanie wygasa, a zadane w niej ostrze tępi się erozją czasu, mody i zmiennych realiów. Tym bardziej, gdy tematyką jest polityka: zmienna, kontrowersyjna, karmiona incydentalnie. Albo wytykane absurdy życia codziennego, które są syndromem stricto danych czasów i obyczaju a dezaktualizują się w miarę szybko, dużo szybciej niż następstwo generacji. W danym przypadku, czy felietonistyka dotycząca pisania, czytania i bibliofilomanii nie podlega podobnej zasadzie - dezaktualizacji. Wydawałoby się, że nie. Jacej Dehnek zabawił się w księgowego, z racji samouznania wiekowego w młodszego, poszperał w swoim splikowanym stosie felietonów pisanych na zlecenie portalu Wirtualnej Polski tudzież Polityki,… ze starannością buchaltera powybierał te wdg subiektywnej samooceny waloru i nośności i powpinał ( kopiuj i wklej ) tematycznie do opatrzonych dość manierycznym tytułem rozdziałów ( ksiąg ) i wyszła książka, hybryda nie podlegająca żadnemu kanonowi. Z minimalizacją wysiłku, z wyświechtanym konceptem, aby dobić swój dorobkowy wolumin. Gdyby nie pióro, które skrzy swoistą satyra, ironią i prześmiewczością, i talent, książkę uznać by można jako z gatunku tych pomijanych, wobec innych o większym kuriozum na rynku literackim. Naszły czasy, literackiego galimatiasu i literackiej bitwy, kiedy walor literacki nie ma siły przebycia pod naporem kiczowatego komercjalizmu literackiego, a quasi - krytyka rozpanoszyła się nad tą rangi profesjonalizmu, i dobrze wirtualnie spozycjonowana przez wydawnictwa ( facebookowe rekomendacje ),zabiega z pazurami o czytelnika-klienta. Nasuwa się konkluzja, czy ten profil edycji niejako nie dezawuuje pisarza, podważa renomę, zarzuca pójście na łatwiznę, bo pisarstwa Dehnela meandruje, unika fabularyzacji z kreacją postaci, co nieraz odsłania autentyczny kunszt pisarstwa. W tych „zaksięgowanych „ felietonach trudno połapać się, kiedy każdy z nich został napisany. Niczym hurmem wrzucony wdg kryterium tematyki, a w przypadku felietonu istotny jest czas publikacji bo jest pisany pod refleksję czytelnika, pod jego interpretację bieżących wydarzeń. W felietonach dostrzega się opcję polityczną autora, podteksty, insynuacje na pewne osoby zaangażowane w politykę, ale chcąc skonkretyzować źródło takiej reakcji, potrzebna jest znowuż data zapisu. Co więcej wizyty autora na międzynarodowych spotkaniach literackich, biennalach, konwentach, festiwalach, stypendiach czy promocjach jego książek wszystko enigmatycznie czasowo. Zaczyna się od definicji terminu - krytyk literacki. I Dehnel sam osobie, jakoby nim nie jest, nie terminuje w tym profilu pisarstwa a ponad wszystko jest czytelnikiem. Trudno zgodzić się z tym samo - osądem, argument brnący w ślepą uliczkę z ukrytą subtelnie hipokryzją, co dalej pokazuj treść zapisu. Wszak ocenia poezje, co więcej w stylu i schematem dawnej Poczty Literackiej, maximum krytykanctwa i negacji minimum aprobaty czy pochlebstwa. Jak sam przyznaje ciężko zdobyć się na aplauz w jego nawyku surowej oceny. A jednakowoż infantylizme literacki, znajduje akceptacje na necie w pewnych sferach odbioru. Nie zmylą go gierki słowne, gierki składniowe, pod publikę internetową, składową której są również subkultury i przeróżnego autoramentu ludzi z wsobnym gustem. Każdy krytyk jest czytelnikiem, z istoty tego zajecia, żeby ocenić trzeba przeczytać wnikliwie. A czy felieton, esej, czy recenzja napisana w aspekcie zapisu wrażenia po przeczytanej książce nie jest „miękką „ krytyką literacką, która Dehnel niby zwodniczo uprawia pełną para i z wzięciem. A czy opowiedzenie się za taką a nie innym dziełem literackim, za takim a nie innym pisarzem, nawet w formie rekomendacji nie jest wyrazem arbitrażu, podlegającego w zakres krytyki.? Czy jego afront wobec mody na „misery books” tak zawłaszczającej, że książki o tym profilu tematycznym- w fabule granych na cierpienie ludzkie ( autor nazywa to „pornografią nieszczęścia ‘’ ) zapełniają szumnie regały biblioteczne. Krytyka z zasady ma coś z sarkazmu, złośliwości (rzadko pochwały ),podparta jadem lub pejoratywnością, czego w dehnelowskim upodobaniu oceny czegokolwiek, nie brakuje. Dziedzinę jakąkolwiek profesjonalnie ocenia ten, która ją uprawia. Trudno odmówić Dehnelowi wyrobionego smaku, wrażliwości na estetykę, sztukę i znawstwa dzieł literackich. Od małego fascynuje go książka a on sam traktuje literaturę i i bibliofilstwo jako pasję życia. Felietonistyka nie jest łatwa w aspekcie wyszukiwania tematów ale w nie w przypadku Jacka Dehnela. Zwykle wydawca sugeruje temat, albo go zamawia pod komentarz społeczny, sprawdzając ciągle angaż czytelnictwa np w necie. Jaki by nie był temat, wyobraźnia pisarska Dehnela upora się z każdym i go rozświetli, i jeszcze w tak finezyjny sposób To magia pisarstwa tego autora, wspartego oczytaniem, erudycją, ogiką i swobodą w doborze metafory, w szastaniu słowotwórstwem aby finalnie sprowadzić rzecz do anegdoty, humoreski i połechtać swoim ciętym językiem. Z błahego tematu, potrafi nie tylko powydobywać kwintesencje, ale spenetrować go na wszystkie możliwe strony, aby wycisnąć z niego resztki merytoryki, to coś niewidoczne, to coś snujące się i nieuchwytne, nie dla każdego zauważalne. Efektem tego zabiegu jest, że to co nikłe, z pozoru lipne urasta do waloru literackiego, jak sam metaforyzuje : jest potrzeba „dooliwienia, doheblowania aby powstała jakość ‘’. Pokazuje jak wielu popada w złe nawyki zaczepiania o tematy nowożytnej historii( np. martyrologia Holocaustu, Powstanie Warszawskie… ),które nie ważne że wzięte i chwytliwe ale rządzą się zasadą nietykalności ( w aspekcie pisania o nich ) dla tych, którzy tego nie doświadczyli lub byli świadkami, bo wychodzą z interpretacją na podstawie drugiego przekazu, co prowadzi do przekłamania historii. I barwią prozę, wiersz na całego i zrozpędu, emocjami, weną, mylną wyobraźnią ( Jerzy Kosiński, Hermann Rosenblat ). „Bo Holocaust to samograj, poruszy twarde serca”. W rozdziale „kopniętej muzy’’ ujmująco profanuje literacki kicz. Bywa, że z ocena jego waloru, książkowym blurb, recenzja są zmistyfikowane. Podaje przykład klanu rodzinnego literackiego ze swoich rodzinnych rewirów: matka , ojciec , syn którzy działają w zwartej produktywnej grupie: jeden pisze, drugi recenzuje ( czytaj :gloryfikuje ),trzeci wydaje. A przy tym rzucane ładnie utkanym werbalizmem hasła niczym aforyzmy, że dziedzictwo to bełkot, dezaktualizacja, czas na novum literackie, niejako w imię sensacji ściągają czytelników. Taki proceder, wywraca rynek literacki do góry nogami. Dehnel z zuchwalstwem i tupetem gani tych z płomienną aspiracją do pisania: ich pozorowany artyzm ( Wiena-Mond- Kozłowska ),albo cel agitacyjny ( Witold Gadowski z neosocjalistyczną propagandą ) nie poparte żadną słuszną krytyką, okazują się tylko groteskową miernotą w swojej wymowie. W rozdziale „Ksiega szpargałów” jest sugestywnie o rzeczach których znaczenie poszło do lamusa, prócz antykwarycznej wartości. A jednakowoż nie do końca wdg autora jest to prawda, ot chociażby zachowane sztambuszki, dawne pamiętniki wpisów, na prowadzenie których była dziewczęca moda ( może gdzieniegdzie jeszcze praktykowana ). I z tych niby trywialnych wpisów, wychodzi dawny obyczaj, maniera, i ten styl pisania zdezaktualizowany grany wtedy na patriotyzm i tożsamość polską. Autora fascynuje każdy dokument minionej epoki : czy to gazety, czasopisma przedwojnia lub świeżo po wojnie, czy nawet retrospekcja o bajkach z personifikacjami zwierząt (przypisem każdemu zwierzęciu cech charakteru człowieka ),czy nawet przedwojenne katalogi sklepowe i o dziwo z rekomendacją zakupu gadżetów erotycznych co w tych czasach wydawałoby się tematem tabu, czy nawet katalogi renomowanych domów wysyłkowych edytowane sto lat wstecz ( np.: katalog firmy Sears-Rembuch ) po których można rozpoznać jak narastały potrzeby w miarę upływu lat, jak zmieniała się moda, preferencje i hierarchia punktów widzenia. Rzec by można, że ten zbiór felietonów to wypisz wymaluj epizodyczny materiał autobiograficzny autora. Poznajemy jego inklinacje do poezji wdg jego uznania mistrzowskiej. Exemplum: Miłosz, który jak zauważył oprócz geniuszu, posiadał jeszcze coś w swoim charakterze:. był propagatorem każdego rodzaju poezji ( nie dość wspomnieć o jego antologii poezji światowej ) w kontekście oceny debiutów poświęcał szczodrze czas każdemu bez wyjątku, który porywał się na poezję. Miłosz nigdy nie był rywalem dla nikogo, aczkolwiek epigonem Iwaszkiewicza, którego de facto przerósł dorobkiem i talentem. Pomijając klasyków z uznaną estymą: Rilke (Austriak ),Brodski (poeta rosyjsko-amerykański),Herbert, Kawafis (Grek ),Osip Mandelsztan (poeta rosyjski, którego tłumaczył ),wystarczy wdg Dehnela wspomnieć XX-stowieczny chociażby panteon polskiej poezji zmuzykowanej i wyśpiewywanej a więc znanej ogółowi : Osiecka spopularyzowana w muzyce pop, Jeremi Przybora w swoich sentymentalnych mówiono-śpiewanych frazach, czy Karczmarski jako bard rewolucyjny ( solidarnościowy ). Dehnel opowiada o swoim czytelnictwie, jego pierwsze oglądanie zbioru obrazków w domowych albumach jakby oswajanie i przymierzanie się do kontaktu z książka, potem wczesna nauka czytania, i stopniowe przeskakiwanie poziomów, do coraz do bardziej wyrafinowanych pozycji , usystematyzowanych na regałach - aż po sufit - w pracowni matki-malarki. Jako dziecko chrome pozbawione tymczasowej mobilności, czytał. Każdemu, jak zapewnia wszak okres choroby z dzieciństwa kojarzy się z książką w tamtych czasach, którą pochłaniało się w łóżku, przy odchorowywaniu. W jego rodzinie pasja czytania przechodziła z pokolenia na pokolenie: dziadkowie, rodzice i on jako ostatnia sukcesja. Obok czytania było zbieranie i gromadzenie książek, tych z których łączyła się osobliwa historia: książka jako prezent, jako spadek po kimś ważnym, to znowuż zakup po wytrwałym szperactwie na dany temat. A także z potrzeby posiadania jako tej spod mistrzowskiego pióra, albo tej ulubionej i wzorcowej w przesłaniu w pewnym etapie życia, bo wystawiona książka na regale zdradza osobowość jest „ jej rebusem i aluzją”. Wspomina nauczycielki -polonistki na przestrzeni lat szkolnych, szczególnie tej jednej , która podsycała miłość do literatury i sztuki ( aczkolwiek to z rodziny wyszły pierwsze zaszczepy i motywacje i nawyki ),poprzez zachęty, wypady do muzeów, na wernisaże.. Ale były i takie, które prezentowały bylejakość nauczania, zbyt rygorystyczny i formalistyczny według programu. Gdańsk miasto Grassa, Huella, Chwina jest miastem jego dzieciństwa i wczesnej młodości, i jakby dobijał do szeregu jego literackich luminarzy. Raz zaglądnąwszy do mieszkania babci i zastawszy je w jakimś chaosie, poustawiał na powrót wszystko tak jak byo dawniej za czasów jego dzieciństwa w imie dochowania reliktu pamięci, aby chociaż przez chwile wrócił sentyment i niezwykłość tamtych lat. Warszawska kawalerka 22 metrów kwadratowych, była miejscem bibliofilskich dylematów: każdy zakup książki, wiązał się z pożegnaniem tej wysiedzianej na półce. Podczas licznych przeprowadzek , jego pedantyzm pakowania wynikał z respektu do książki, o którą zabiegał aby nie była niszczona podczas każdej zawieruchy. Dla pisarza, który uznaje pisarstwo za uprawiany zawód, materiałem, który „przerabia” jest język. Dehnel przyznaje ile trzeba czujności, reaktywności aby sprostać mutacji ( nie tej fizjologicznej ) języka idącym z naturalnej zmienności kultury, postępującej cyfryzacji, rozpychającej się łokciami inteligencji sztucznej. Ale jako tłumacz wie najlepiej, że każdy język ojczysty zachowuje swój rodowód, ma duszę, ciągnie za sobą balast mody, lokalnego obyczaju, swoistej rdzennie kultury (obcej dla tłumacza ). Nie można dokonać wiernej transformacji jeden w drugi- ojczysty w obcy- wychodzą przekłamania, samoistne dezintensyfikacje jego aury i nośności, a rolą tłumacza jest odnaleźć balans : miedzy minimum zdzierania swoistości języka tłumaczonego a maksimum w wykreowaniu obrazów czytelnych i swoistych na język tłumaczony. Podaje recepturalnie pewne zasady pisania. W poezji bardziej niebezpieczna nie jest nawet arogancja słowa ( bluzgi, nietakty, wulgaryzmy…) ale wytarte, zużyte poetycko „despekty” słowne, np.: miłość, noc, samotność, dusza, Bóg, serce, kwiat … Regułą jest że wielkie słowa rezonują przy otoczeniu małych, efekty językowe wymagają przerywników, wyrzut wytrawnego słowa, neologizm nabiera wydźwięku przy tonacji stylistycznej zrównoważonej stabilnej, bo w literaturze ekscytuje to co robi wrażenie : słowo, fraza, koncept, fabuła. Jako przykład podaje powieść „Pnin” Nabokowa, w której jedno zdarzenie w życiu profesora pełne groteskowej niefrasobliwości smutku, że coś się udało i radość idąca z tego faktu – ocalenie wazy- triumfuje wobec całościowego jego nieudacznictwa życiowego. Dehnel wychodzi z przestrogą, że wygasa poprawność pisania, Internet stawia wymogi: zwięźle, lapidarnie, krzykliwie dla atencji. Recenzje sprowadzają się do konkluzji bez uzasadnienia : że czyta się łatwo albo nudno, z pseudoautorytatywnym orzeczeniem czy warto przeczytać, czy nie.. Pojawił się nowy wariant recepcji: siecioholizm, facebookolizm. Wiara w słowo pisane to „obumierający kult dawnego Bożka”. Literatura jest postrzegana jako „zafiksowane hobby” zestawiane z manieryczna pasją. Ale jakże inne jest jego credo i lojalność wobec książki. Książka służy „do pracy na samym sobą”, język jest nieograniczonym kreatorem myśli, poglądów…a literatura i tak zapuszcza się dalej w niezbadane rewiry. I nic nie zastąpi radości z przewracania stron.
benek - awatar benek
ocenił na714 dni temu
Dolce vita Jarosław Mikołajewski
Dolce vita
Jarosław Mikołajewski
Jarosława Mikołajewskiego znałem jedynie ze znakomitego i przejmującego reportażu „Wielki przypływ”. Ujął mnie tym, że potrafi na tak poważne problemy pisać bez patosu, egzaltacji i szantaży emocjonalnych a wręcz przeciwnie – subtelnie, delikatnie ale też dosadnie i bez owijania w bawełnę i popadania w skrajności. Tym chętniej sięgnąłem po jego opowiadania „Dolce Vita” by sprawdzić jak poradzi sobie w tej formie i przyznaję, że po raz drugi mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Wspólnym mianownikiem zbioru „Dolce Vita” jest miejsce akcji – Rzym, miasto w którym autor spędził kilka lat i które jest mu bardzo bliskie. Co też widać w jego opowiadaniach. A opowiadania te są bardzo zróżnicowane – czasem groteskowe jak np. „Szwedzki gil na Foli Imperiali” czy „Awizo” (ciekawa satyra na biurokratyzację),inne na poły fantastyczne, nierealne, coś z pogranicza jawy i snu (np. „Szklane domy” czy „Sztaby i gwiazdy”) jeszcze inne są pełne nostalgii i zadumy („Przemijanie”, „Grom z jasnego”). Są też niepojące („Telenowela”, „Susanna i starzec”) jak i zabawne, na swój sposób absurdalne („Dolce Vita”, „Przeprowadzka”). Autor znakomicie miesza ze sobą style i gatunki tworząc z tego wielobarwną mozaikę. Śmiało polecam zarówno miłośnikom Mikołajewskiego jak i miłośnikom opowiadań. Jedni i drudzy na pewno znajdą coś dla siebie. Opowiadania są na różnym poziomie aczkolwiek jak dla mnie nie ma w nim szczególnie słabych momentów. Pomimo wielu negatywnych opinii i zarzutów o „nierówność zbioru” dla mnie nie ma w nim opowiadania, które byłoby złe. Może przestałem być obiektywny w kwestii autora? Może to są po prostu piekielnie dobre opowiadania? A może i jedno i drugie…
Queequeg - awatar Queequeg
ocenił na86 lat temu
Uczta bogiń Maria Poprzęcka
Uczta bogiń
Maria Poprzęcka
„W wieku 90 lat zdawała się w apogeum sił twórczych. Z roku na rok jej kalendarium staje się obszerniejsze, jej twórczość bogatsza w dzieła. Jej coraz pokaźniejsze prace- monumentalne, wykonane z użyciem wielu materiałów i technik – w niczym nie przypominają twórców starczych rąk. Co więcej, są żywotną manifestacją erotyzmu, pożądań i kobiecości”. (s. 178) Maria Poprzędzka, Uczta bogiń. Kobiety, sztuka i życie. Wyd. Agora, Warszawa 2012. Dwie dodatkowe podpowiedzi: • W 1980 artystka kupiła w Brooklynie dawną fabrykę odzieży wraz z wyposażeniem- maszynami, meblami … • W 2000 roku w Tate Modern – powstała galeria z przebudowanej elektrowni (Londyn),a przed dawną halą maszyn witał zwiedzających… M. Poprzęcka zaprasza Czytelnika na „Ucztę bogiń”, w której oprócz gości zwraca uwagę trójkątny stół. Na każdym z boków 13 nakryć, są talerze, kielichy, sztućce. Na nakryciach widnieją imiona (tylko kobiet) takich, jak: Safona, Wirginia Woolf czy Ethel Smyth. Ów stół to: dzieło Judy Chicago „Dinner Party” (1974-79),które znalazło miejsce w Brooklyn Museum w Nowy Yorku. Przesłanie jest proste: przywrócić kobietom miejsce w historii. Maria Poprzęcka nawiązuje do pomysłu z ucztą, by przedstawić artystki awangardowe (nie zabrakło artystek rosyjskich). Z indywidualności wymienić należy, m.in. Elizabeth Siddal czy Gorgię O` Keeffę. Każdy esej z wizerunkiem artystki, są i obrazy. Wybierzmy jeden (Rozdz. „Amazonka awangardy”) Bohaterką jest artystka: • paradująca o ulicach Moskwy z twarzą pomalowaną w abstrakcyjne wzory; • prowokatorka, dyskutantka, traktująca swa sztukę z powagą; • niezależna, energiczna, otwarta na nowe idee; • pochodziła z inteligenckiej rodziny, stara szlachta (majątek w tulskiej guberni) • jak stwierdzi po poznaniu malarstwa van Goga, Gauyguina, Cezanne`a: „Nie jestem Europejką, Eureka”. • odmówiła spotkania z F. T. Marinettim (twórcą włoskiego futuryzmu): „Ten jegomość mnie nie interesuje”. Wystawa w 1913 r. (800 prac) wzbudziła skrajne emocje („Sensacja jednego wieczoru”, „Antyartysta”). Warto zwrócić uwagę na jedno dzieło (inne do odkrycia): „Ewangeliści” (dla jednych arcydzieło, dla innych zgorszenie). Przedstawia, jak napisze krytyka: „oberwanych dziadów nazwanych w katalogu Ewangelistami”. Tu ciekawostka: obraz zdjęto z wystawy (ale na krótko). W obronie artystki wystąpiły autorytety. Obraz ma swój własny format i niezwykle indywidualny rys. Zatrzyma Każdego (mierzącego się ze Sztuką). Jak stwierdzi Cwietajewa: „Jej życie dzieli się na to, co „W Rosji i poza Rosją”. NATALIA GONCZAROWA Niezwykle interesująca i inspirująca artystka rosyjska znalazła miejsce w znakomitej „Uczcie bogiń” Marii Poprzęckiej. Nikt JEJ I INNYM należytego miejsca w sztuce nie odbierze. ŻADEN CZAS I ŻADNA HISTORIA. Duch czasu da o sobie znać w 1957 roku, (został wystrzelony pierwszy radziecki sputnik),powstał wtedy cykl obrazów na podobieństwo Kosmosu. 10/10
zoe - awatar zoe
ocenił na104 miesiące temu
O przekładzie na przykładzie. Rozprawa tłumacza z „Europą” Normana Daviesa Elżbieta Tabakowska
O przekładzie na przykładzie. Rozprawa tłumacza z „Europą” Normana Daviesa
Elżbieta Tabakowska
Mam z tą książką spory problem: z jednej strony, czyta się ją z wypiekami na twarzy i z pewnością postronnym czytelnikom odsłania rąbek warsztatu tłumacza, a adeptom daje wiele cennych wskazówek, z drugiej, bardziej obeznany z historią i tłumaczeniem literackiem czytelnik miewa wątpliwości, czy autorka czasem nie koloryzuje swoich "przejść"w czasie pracy nad tłumaczeniem "Europy". Bo czy możliwe, żeby profesor UJ i anglistka miała problem z określeniem "drôle de guerre", które powinno być chyba znane każdej wykształconej osobie, nie mówiąc o tym, że występuje nawet w angielsko-polskim (sic!) słowniku Stanisławskiego, o Kopalińskim i Słowniku wyrazów obcych nawet nie wspominając? Albo że biedziła się przez trzy tygodnie nad wyrażeniem "roman limes", gdy tłumaczyła rozdział o imperium rzymskim itd? Jeśli dać wiarę (a nie chce mi się wierzyć, by szacowna profesor UJ nie wiedziała tak podstawowych rzeczy),że były to autentyczne kłopoty, a nie wymyślone przez autorkę "przypowiastki edukacyjne", to stanowiłoby to potwierdzenie tezy, że książki historyczne powinni przekładać tłumacze z wykształceniem historycznym. Z drugiej jednak strony ta szczerość autorki i gotowość do opowiadania o swoich trudnościach jest w jakiś sposób sympatycznie bezpretensjonalna. Uwagę zwraca też liczba pomocników, którzy wspierali podczas tłumaczenia Tabakowską, zazwyczaj nawet przy tak obszernych książkach jak "Europa" cały ciężar poszukiwania terminologii, nazw i nazwisk spoczywa wyłącznie na tłumaczy, później ewentualnie włącza się redaktor/konsultant naukowy, ale w zasadzie nie należy na to liczyć.
abel - awatar abel
ocenił na73 lata temu

Cytaty z książki Literatura od kuchni

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Literatura od kuchni