-
Artykuły
Crime Story: pierwsze takie wydarzenie autorskie w Polsce
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Wielkanoc z książką i nie tylko – czytelnicze oraz kreatywne pomysły na prezent
LubimyCzytać3 -
Artykuły
Wielka Wiosenna Wyprzedaż w Matras.pl: tysiące książek nawet 80% taniej
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Jon Frederickson i jego książka „Kłamstwa, którymi żyjemy”, czyli o poznaniu samych siebie oczami psychoterapeuty
LubimyCzytać2
forum Oficjalne Akcje i konkursy
Co skrywa śnieg? Wygraj pierwszą część skandynawskiego thrillera Viveci Sten!
Co skrywa śnieg? Wygraj pierwszą część skandynawskiego thrillera Viveci Sten!
Zima w Åre potrafi być bezlitosna.
Śnieg tłumi dźwięki, mróz zaciera ślady, a pod idealnie białą powierzchnią kryją się tajemnice, których nikt nie chce mówić.
Gdy na wyciągu narciarskim zostają odnalezione zamarznięte zwłoki, spokojny szwedzki kurort zamienia się w miejsce pełne strachu i niedopowiedzeń. Ofiara to młoda dziewczyna, która niedawno zaginęła po obchodach Dnia Świętej Łucji, a jej śmierć wstrząsa lokalną społecznością. Do Åre przybywa Hanna Ahlander, policjantka ze Sztokholmu, która po zawodowym i osobistym kryzysie szuka schronienia w domu siostry. Jednak wiedziona niezawodnym instynktem angażuje się w śledztwo prowadzone przez inspektora Daniela Lindskoga. Każdy trop prowadzi do kolejnych podejrzeń i sugeruje, że zbrodnia nie jest odosobnionym aktem, lecz częścią znacznie mroczniejszej układanki. Hanna i Daniel muszą zmierzyć się z siecią kłamstw, która sięga głębiej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Czy zdążą odkryć prawdę, zanim zło pochłonie kolejne ofiary?
Co skrywa śnieg to pierwszy tom kryminalnej serii Viveci Sten Morderstwa w Åre, w której lodowaty krajobraz staje się niemym świadkiem ludzkiej chciwości, przemocy i moralnej hipokryzji. Na podstawie książki powstał wyprodukowany przez Netflix serial pod tytułem Morderstwa w Åre.

Weź udział w konkursie i wygraj książkę „Co skrywa śnieg”
Mamy dla Was 5 egzemplarzy książki „Co skrywa śnieg”.
Pytanie konkursowe:
Chociaż za oknami powoli wiosna, to wszyscy wciąż pamiętamy jak mocno tej zimy przymroziło! Bo jeśli w Wielkopolsce można było wyciągnąć sanki, to znaczy, że naprawdę mieliśmy w tym roku udaną zimę.
Wyobraźcie sobie, że właśnie są roztopy – co według z Was skrywa śnieg?
Zagubione rękawiczki? Dawno opłakany pierścionek, który zsunął się z palca?
Niech ten znaleziony przedmiot będzie początkiem kryminalnej zagadki!
Wasze odpowiedzi mogą mieć maksymalnie 1500 znaków ze spacjami.
Konkurs trwa od 3 do do 9 marca 2026r. włącznie.
Czekamy na wasze odpowiedzi!
Zapraszamy do zapoznania się z regulaminem konkursu TUTAJ.
odpowiedzi [56]
Konkurs został zakończony. Za wszystkie odpowiedzi dziękujemy!
Wybraliśmy zwycięskie prace:
Sisko
morkel
triste
Monikanap
wengose
Serdecznie gratulujemy! Z laureatami skontaktujemy się bezpośrednio.
Konkurs został zakończony. Za wszystkie odpowiedzi dziękujemy!
Wybraliśmy zwycięskie prace:
Sisko
morkel
triste
Monikanap
wengose
Serdecznie gratulujemy! Z laureatami skontaktujemy się bezpośrednio.
Konkurs zakończony.
Dziękujemy za wszystkie odpowiedzi.
Zwycięzców wyłonimy niebawem.
Konkurs zakończony.
Dziękujemy za wszystkie odpowiedzi.
Zwycięzców wyłonimy niebawem.
Spod białej warstwy śniegu zaczęły wychodzić rzeczy, które zimą magicznie zniknęły. Najpierw pojedyncza rękawiczka, potem klucze, które ktoś "na pewno miał w kieszeni". Rzeczy, które Polacy gubią co roku.
Pod parkową ławką znalazłem jednak coś znacznie dziwniejszego - małą zakładkę do książki. Niby nic niezwykłego, gdyby nie to, że ktoś dopisał na niej ołówkiem krótką notatkę: „Jeśli ją znalazłeś, to znaczy, że zgubiłeś coś ważniejszego”.
Brzmiało to jak początek zagadki. Tylko czego właściwie dotyczyła?
Na początku pomyślałem, że to żart. W końcu Polacy często gubią też poczucie humoru, zwłaszcza zimą.
Może jednak zakładka wcale nie była zgubiona przypadkiem, tak jak mnie czasem gubi się w pościeli w łóżku. Może ktoś zostawił ją specjalnie, jak wskazówkę w kryminalnej historii.
Może następny trop czeka właśnie między stronami jakiejś książki. A wtedy dowiem się, kim jest autor tej notatki i co właściwie zgubiłem, choć tej utraty do teraz nie zauważyłem? 👀
Spod białej warstwy śniegu zaczęły wychodzić rzeczy, które zimą magicznie zniknęły. Najpierw pojedyncza rękawiczka, potem klucze, które ktoś "na pewno miał w kieszeni". Rzeczy, które Polacy gubią co roku.
Pod parkową ławką znalazłem jednak coś znacznie dziwniejszego - małą zakładkę do książki. Niby nic niezwykłego, gdyby nie to, że ktoś dopisał na niej ołówkiem krótką...
Dzisiaj, po upływie czterech miesięcy od zniknięcia mojej ukochanej babci, zebrałam się w sobie i postanowiłam pójść do Domu Seniora „Tęczowy Las”, w którym to babcia mieszkała przez ostatnie 3 lata. Pójście tam było dla mnie bardzo trudne. Odebranie jej rzeczy osobistych, oznaczało że zaakceptowałam fakt, iż babcia już tam nie wróci i nigdy jej nie zobaczę. Policja uznała ją za zaginioną już miesiąc temu jednak ja ciągle miałam nadzieję, że się odnajdzie. Pogoda dzisiejszego dnia nie nastrajała optymistycznie, topniejący wszędzie śnieg odkrywał śmieci pozostawione przez ludzi prawdopodobnie jeszcze późną jesienią. Szarość na zewnątrz sprawiała, że moja niechęć do pójścia wzrastała. Przemierzając uwielbiany przeze mnie i babcię fragment parku zatrzymałam się, by usiąść na „naszej ławeczce” i powspominać wspólnie spędzone chwile. Było to także miejsce, w którym często sama babcia spędzała czas. Gdy wstawałam, by pójść dalej między brudną bryłą śniegu a błotem zauważyłam łańcuszek. Wydał mi się dziwnie znajomy, to łańcuszek z zawieszką mojej babci. Dostała go ode mnie w prezencie na 80 urodziny. Srebrna zawieszka była w kształcie serca z bursztynem, a na odwrocie był grawer: „Z miłością - Monika”. Zaskoczyło mnie to, tym bardziej, że babcia się z nim nie rozstawała. Dodatkowo, łańcuszek był urwany, a na zawieszce było widać jakieś drobne brunatne ślady. Czy to mogła być krew? Myślę, że policjanci z komisariatu w Olsztynie będą musieli ponownie przyjrzeć się tej sprawie…
Dzisiaj, po upływie czterech miesięcy od zniknięcia mojej ukochanej babci, zebrałam się w sobie i postanowiłam pójść do Domu Seniora „Tęczowy Las”, w którym to babcia mieszkała przez ostatnie 3 lata. Pójście tam było dla mnie bardzo trudne. Odebranie jej rzeczy osobistych, oznaczało że zaakceptowałam fakt, iż babcia już tam nie wróci i nigdy jej nie zobaczę. Policja uznała...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
To było jakieś 12-13 lat temu. Podobnie jak w tym roku, zima była wtedy mroźna, śnieżna i długa. Śniegu było tyle, że aż kupiliśmy sobie z mężem narty biegowe, przypinaliśmy je do butów tuż za furtką i trenowaliśmy na białych ścieżkach w pobliskim lesie. Cudowny sport, angażuje wiele partii mięśni, nie obciąża stawów, a do tego uprawia się go na świeżym powietrzu, bardzo polecam.
Zima naprawdę nie chciała odpuścić. Mroźne noce i śnieg dotrwały chyba aż do Świąt Wielkanocnych, można było lepić bałwana w kształcie zajączka.
Mój starszy syn, wtedy ok. dziewięcioletni, na znak protestu przeciw nieustępliwej pogodzie, rozegrał z kolegą z sąsiedztwa mecz badmintona na trawniku pokrytym grubą warstwą śniegu w połowie kwietnia!
Krótko potem śniegi wreszcie stopniały, odkrywając ziemię i rośliny budzące się do życia oraz niespodziewanie, ku wielkiej radości mojego młodszego syna, ukazując w kącie ogrodu jego ulubionego pluszowego kotka. Wszyscy myśleliśmy, że zabawka zgubiła się gdzieś jesienią, a okazało się, że przeleżała kilka miesięcy pod śniegiem. Kotek po wypraniu i wysuszeniu wrócił do rąk szczęśliwego chłopca.
To było jakieś 12-13 lat temu. Podobnie jak w tym roku, zima była wtedy mroźna, śnieżna i długa. Śniegu było tyle, że aż kupiliśmy sobie z mężem narty biegowe, przypinaliśmy je do butów tuż za furtką i trenowaliśmy na białych ścieżkach w pobliskim lesie. Cudowny sport, angażuje wiele partii mięśni, nie obciąża stawów, a do tego uprawia się go na świeżym powietrzu, bardzo...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Śnieg,czym on jest. Warstwa otulająca świat. Taka biała pierzynka dla ziemi podczas tych paru miesięcy, żeby przyjemniej się jej odpoczywało podczas snu. Nina szła sobie lasem ze swoim pieskiem i rozmyślała oglądając jak śnieg powoli zaczyna topnieć. Chodziła tymi ścieżkami prawie codziennie ponieważ tylko tu mogła się wyciszyć i w spokoju pomyśleć. Tym razem było inaczej. Coś było nie tak. Przyciągnęła bliżej siebie psiaka. Miała wrażenie że coś ją obserwuje. Idąc w głąb lasu to uczucie się nasilało. Rozejrzała się do okola ale nic nie zauważyła z wyjątkiem jeden rzeczy…. białe tulipany leżały na małym pagórku pod drzewem. Śnieg tam już dawno stpniał ukazujac brązowa trawe.
-Dziwne, tulipany w takim miejscu? I to teraz jak jeszcze nie nadeszła wiosna? Podeszła bliżej.Obok tulipanów leżał malutki lśniący przedmiot. Wyglądał jak stary wisiorek. Wokół tego były równo poukładane białe kamyczki.
-chwila pomyślała Nina.- kucnęła i przyjrzała się temu bliżej to nie były kamyczki. To były zęby, do tego ludzkie… śnieg odkrył to dziwne miejsce, ktore ktoś regularnie odwiedzał. Pies zaczął nagle ujadać. Nina się odwróciła i biegiem pobiegła w stronę ścieżki utylajac się przy tym o starą paskudną lalkę.
Śnieg,czym on jest. Warstwa otulająca świat. Taka biała pierzynka dla ziemi podczas tych paru miesięcy, żeby przyjemniej się jej odpoczywało podczas snu. Nina szła sobie lasem ze swoim pieskiem i rozmyślała oglądając jak śnieg powoli zaczyna topnieć. Chodziła tymi ścieżkami prawie codziennie ponieważ tylko tu mogła się wyciszyć i w spokoju pomyśleć. Tym razem było inaczej....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejLiczyłem, że to rękawiczka. Albo czapka - bo takich rzeczy pełno po każdej zimie, leżą przy chodnikach bezwstydnie, bezpańsko. Ale to były okulary. W cienkich metalowych oprawkach, z grubymi szkłami, jakich nie robi się już od lat. Leżały przy wejściu do biblioteki, pół metra od drzwi, jakby ktoś upuścił je w pośpiechu i nie wrócił po nie. Wziąłem je do środka. Pani Zofia - siedemnaście lat w wypożyczalni - zbladła, gdy je zobaczyła. - To okulary pana Henryka - powiedziała cicho - Nie był od grudnia. Pan Henryk. Emerytura, własne mieszkanie, kryminały co dwa tygodnie. Ostatnią książkę oddał piętnastego. Potem cisza. - Zgłaszaliście zaginięcie? - zapytałem. Pani Zofia pokręciła głową. Kto by zgłaszał? Może wyjechał. Może po prostu przestał czytać. Etui leżało w śniegu dwa kroki dalej. Otworzyłem je machinalnie. W środku zamiast ściereczki do szkieł był mały pendrive. Na naklejce, drobnym pismem: DOWÓD. Jeszcze tego nie wiedziałem, ale pan Henryk widział coś, czego nie powinien był widzieć - i liczył, że śnieg wytrzyma dłużej od niego. Śnieg to lojalny świadek. Milczy aż do wiosny...
Liczyłem, że to rękawiczka. Albo czapka - bo takich rzeczy pełno po każdej zimie, leżą przy chodnikach bezwstydnie, bezpańsko. Ale to były okulary. W cienkich metalowych oprawkach, z grubymi szkłami, jakich nie robi się już od lat. Leżały przy wejściu do biblioteki, pół metra od drzwi, jakby ktoś upuścił je w pośpiechu i nie wrócił po nie. Wziąłem je do środka. Pani Zofia -...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Kolejny czwartkowy poranek. Kolejna kawa wypita w biegu i slalom między zabawkami rozrzuconymi na podłodze. Błagam, niech przyjdzie już wiosna! Niech te dzieci wyjdą na zewnątrz, wyszaleją się, wybiegają i wywrzeszczą.
Rodzicielstwo jest trudne, ale zimą przybiera wymiar globalnej apokalipsy - niekończącego się maratonu antybiotyków, smarków i gorączki.
Niedbale zakładam kurtkę, przewiązuję szalik, daję buziaka żonie i zeskakuję po schodkach, które powinienem porządnie oczyścić po wszystkich śniegach i błotach tej zimy.
Rozstapiający się śnieg ukazuje brzydotę nawet odchodzącej farby. Podwórko potrzebuje dobrego sprzątania. Powinienem odnowić bramkę, odmalować płot, od ilu to już lat buduję magazyn na narzędzia…
Jak przyjemnie byłoby spędzić samotnie sobotę; poreperować, popracować fizycznie, zmęczyć się i oczyścić głowę z tych wszystkich bieżących spraw, problemów, terminów i wrzasków.
Z tych marzeń wyrywa mnie dźwięk upadających kluczy i w sekundę sprawia, że znów jestem tu i teraz. Z zimnej, śliskiej ziemi, pachnącej jeszcze wilgocią, chłodem i zimowym brudem, podnoszę pęk kluczy. Obok resztek zbitego śniegu widzę coś jeszcze. Niedawno stał tu bałwan Zenek, którego ulepiły dzieciaki. Z marchewki zrobiliśmy nos, a zamiast węgla Anka przyniosła korki od wina, które nadały mu nieco dziwacznego uroku.
Kawałek plastiku? Szkło? Nie. Odbija lekkie promienie słońca, które starają się przebić zza marcowych, grubych chmur. Odgarniam nogą topniejący już śnieg i rozpoznaję ten przedmiot - dowód osobisty. Podnoszę go z ziemi i kiedy czytam dane właściciela, cały mój świat zamiera. Marzenia o wolnej sobocie stają się nierealną mrzonką, oddaloną miliony świetlnych kilometrów stąd. Przestaję słyszeć wrzaski dzieci, a wszystkie prowadzone sprawy w kancelarii nagle wydają się prozaiczne. Alina Drzeworska, urodzona 24 marca 1986 roku w Dąbrowie. Ładna, uśmiechnięta twarz patrzy na mnie z kawałka plastiku.
Ala - sąsiadka spod numeru 62, mieszkająca na końcu ulicy, mama Adriana i Kai, nauczycielka w pobliskiej szkole średniej, spokojna i sympatyczna. Chętnie udzielająca się w życiu lokalnej społeczności, wielka fanka piłki ręcznej. Zaginiona od 3 miesięcy i 12 dni.
Kolejny czwartkowy poranek. Kolejna kawa wypita w biegu i slalom między zabawkami rozrzuconymi na podłodze. Błagam, niech przyjdzie już wiosna! Niech te dzieci wyjdą na zewnątrz, wyszaleją się, wybiegają i wywrzeszczą.
Rodzicielstwo jest trudne, ale zimą przybiera wymiar globalnej apokalipsy - niekończącego się maratonu antybiotyków, smarków i gorączki.
Niedbale zakładam...
Słońce grzało, więc przysiadłam na ławce. Pod nią leżało coś czerwonego, nieśmiało wychylającego się spod roztapiającego się śniegu. Wyglądało jak książka zawinięta w foliową torebkę (słusznie, pomyślałam sobie, jak gubić książkę w śniegu, to tylko w folii, inaczej się zniszczy). Podniosłam, otrzepałam, wyjęłam książkę – to był kryminał wypożyczony z biblioteki, pieczątka wskazywała na pobliską filię. Otworzyłam, a tam na pierwszej stronie wielki napis długopisem „Mordercą jest fryzjer”. Pod spodem drugi napis, też długopisem: „Zabiję cię za ten spoiler! Znajdę i zabiję!”
Wzdrygnęłam się.
Słońce grzało, więc przysiadłam na ławce. Pod nią leżało coś czerwonego, nieśmiało wychylającego się spod roztapiającego się śniegu. Wyglądało jak książka zawinięta w foliową torebkę (słusznie, pomyślałam sobie, jak gubić książkę w śniegu, to tylko w folii, inaczej się zniszczy). Podniosłam, otrzepałam, wyjęłam książkę – to był kryminał wypożyczony z biblioteki, pieczątka...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejPod topniejącym śniegiem najpierw pojawił się błysk — krótki, ostry refleks, jakby słońce odbiło się od kawałka szkła. Franek zatrzymał się i zmrużył oczy. Między brudnymi resztkami śniegu, tam gdzie jeszcze tydzień temu dzieci lepiły bałwana, coś lśniło wyraźnie i nienaturalnie. Odsunął butem mokrą breję i po chwili schylił się, żeby podnieść znalezisko. To nie był kapsel ani zgubiony breloczek. W dłoni trzymał złoty zegarek , ciężki, chłodny i zaskakująco elegancki jak na przedmiot znaleziony w przyblokowym skwerze. Wyglądał staroświecko, jakby należał do kogoś, kto bardziej cenił sekrety niż punktualność. Na odwrocie, wśród delikatnych zdobień, dostrzegł wygrawerowane inicjały: J. K. Zegarek nie wyglądał na przypadkowo zgubiony. Raczej na schowany. Albo porzucony w pośpiechu. Franek rozejrzał się wokół. Śnieg znikał z każdym dniem, odsłaniając to, co zima ukrywała przez tygodnie: połamane gałęzie, zardzewiałe puszki, pojedynczą rękawiczkę bez pary. Ale ten zegarek był inny. Zbyt cenny. Zbyt osobisty. Ostrożnie nacisnął zatrzask. Wieczko otworzyło się z cichym kliknięciem. Tarcza była pęknięta, a pod szkłem, tuż przy cyfrze szóstej, widniała ciemna, brunatna plama. Wieczorem Franek usłyszał od sąsiadki coś jeszcze. W styczniu, dokładnie w tym miejscu, policja przez kilka godzin przeszukiwała park. Oficjalnie chodziło o „rutynowe działania”. Nieoficjalnie — o mężczyznę, który zniknął bez śladu podczas największych mrozów. Nazajutrz Franek postanowił zanieść zegarek na komisariat. Nie zdążył. Ktoś już stał pod jego drzwiami.I najwyraźniej wiedział, co Franek znalazł pod śniegiem.
Pod topniejącym śniegiem najpierw pojawił się błysk — krótki, ostry refleks, jakby słońce odbiło się od kawałka szkła. Franek zatrzymał się i zmrużył oczy. Między brudnymi resztkami śniegu, tam gdzie jeszcze tydzień temu dzieci lepiły bałwana, coś lśniło wyraźnie i nienaturalnie. Odsunął butem mokrą breję i po chwili schylił się, żeby podnieść znalezisko. To nie był kapsel...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
To prawda – ta zima w Wielkopolsce dała nam popalić. Widok sanek na poznańskich górkach to rzadkość, więc tym bardziej widać, że natura postanowiła zaszaleć. A teraz, gdy biały puch ustępuje, odsłania nie tylko zapomniane psie niespodzianki czy „ulubione” rękawiczki, które zawsze gubią się parami.I oto, idąc skrajem Lasku Marcelińskiego twój wzrok odnajduje wypolerowany, mosiężny kompas, w którym igła nie wskazuje północy. Leży tam, wciśnięty między korzenie starego dębu. Wygląda, jakby przeleżał tam wieki, a nie tylko dwa miesiące. Kiedy podnosisz go z ziemi, czujesz dziwny chłód, a kiedy otwierasz wieczko, okazuje się, że igła szaleńczo wiruje, dopóki nie skierujesz jej w stronę… opuszczonej willi na drugim końcu miasta.Ale to nie wszystko. Na wewnętrznej stronie wieczka wygrawerowano inicjały, które należą do lokalnego polityka, zaginionego w tajemniczych okolicznościach dokładnie tej samej nocy, kiedy spadł pierwszy, rekordowy śnieg.
I tu zaczyna się twoja nowa, niekoniecznie przyjemna przygoda…
To prawda – ta zima w Wielkopolsce dała nam popalić. Widok sanek na poznańskich górkach to rzadkość, więc tym bardziej widać, że natura postanowiła zaszaleć. A teraz, gdy biały puch ustępuje, odsłania nie tylko zapomniane psie niespodzianki czy „ulubione” rękawiczki, które zawsze gubią się parami.I oto, idąc skrajem Lasku Marcelińskiego twój wzrok odnajduje wypolerowany,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejCo za cholerne błoto! Co za cholerna wieś! Wracała z porannych zakupów jak zawsze w podłym nastroju. Co ją podkusiło, żeby w ogóle się tu przenieść? Miłość, dobre sobie. On już dawno się wyprowadził, do tlenionej blondi do centrum miasta. Ona została. Z ukochanym domem, ukochanym psem i totalnym bałaganem w głowie. Jeszcze ta popaprana pogoda… Ucieszyła się, kiedy zaczęły się roztopy, wreszcie mogła dostać się choćby do sklepu, ale i tej wiecznej pluchy miała dość. Jeszcze ten dziwny przedmiot… Tuż za domem znalazła gryf od gitary. Musiał przeleżeć pod śniegiem całą zimę. Nikt z sąsiadów nie był specjalnie muzykalny, a ona ten rozdział miała dawno za sobą. Od czasu pojawienia się w jej domu tego niedorzecznego znaleziska zaczęła mieć dziwne sny. Nie potrafiła tego wyrzucić, ale z drugiej strony przez senne mary powoli popadała w paranoję… Czy mieszkanie na odludziu powodowało, że wariowała? Czy ktoś specjalnie podrzucił akurat ten element, żeby przypomnieć jej dawne życie? Życie, do którego bardzo nie chciała wracać….
Co za cholerne błoto! Co za cholerna wieś! Wracała z porannych zakupów jak zawsze w podłym nastroju. Co ją podkusiło, żeby w ogóle się tu przenieść? Miłość, dobre sobie. On już dawno się wyprowadził, do tlenionej blondi do centrum miasta. Ona została. Z ukochanym domem, ukochanym psem i totalnym bałaganem w głowie. Jeszcze ta popaprana pogoda… Ucieszyła się, kiedy zaczęły...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejBłoto powoli odsłaniało to, co zima próbowała wymazać z pamięci osiedla. Spod brudnej, lodowej skorupy najpierw wyłonił się róg skórzanego portfela, a tuż obok niego coś, co w marcowym słońcu błysnęło nienaturalnie zimnym blaskiem. Nie był to jednak zagubiony pierścionek ani klucze, lecz ciężki, mosiężny kastet z wygrawerowaną datą, która dla lokalnej policji oznaczała dzień zniknięcia jedynego świadka w sprawie koronnej. Gdy podniosłem przedmiot, zauważyłem, że między metalowymi ogniwami wciąż tkwi pasmo jaskrawoczerwonej wełny – dokładnie takiej, z jakiej zrobiony był szalik znaleziony dwa miesiące temu przy pustym samochodzie na poboczu.
Błoto powoli odsłaniało to, co zima próbowała wymazać z pamięci osiedla. Spod brudnej, lodowej skorupy najpierw wyłonił się róg skórzanego portfela, a tuż obok niego coś, co w marcowym słońcu błysnęło nienaturalnie zimnym blaskiem. Nie był to jednak zagubiony pierścionek ani klucze, lecz ciężki, mosiężny kastet z wygrawerowaną datą, która dla lokalnej policji oznaczała...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejŚnieg topniał powoli. Na ciemnej ziemi pojawiały się wilgotne liście, śmieci szybko wyrzucone z jadącego auta, i... pektoralik. Trudno było go otworzyć, ale kiedy uległ naciskowi zwinnych rąk komisarza, pokazał portrecik ładnej, zielonookiej blondynki. Z tyłu widniał grawerunek "Na zawsze Twoja". Dlaczego łańcuszek był zerwany? Oznaka pośpiechu, silnych emocji czy szamotaniny? Komisarz miał nie lada orzech do zgryzienia.
Śnieg topniał powoli. Na ciemnej ziemi pojawiały się wilgotne liście, śmieci szybko wyrzucone z jadącego auta, i... pektoralik. Trudno było go otworzyć, ale kiedy uległ naciskowi zwinnych rąk komisarza, pokazał portrecik ładnej, zielonookiej blondynki. Z tyłu widniał grawerunek "Na zawsze Twoja". Dlaczego łańcuszek był zerwany? Oznaka pośpiechu, silnych emocji czy...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejŚnieg skrywa błoto. Błoto ma kolor brązowy. Ale to Ty decydujesz czy to kolor czekolady czy kupy 😄
Śnieg skrywa błoto. Błoto ma kolor brązowy. Ale to Ty decydujesz czy to kolor czekolady czy kupy 😄
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamŚnieg skrywał dźwięk. Dopiero na roztopach usłyszałem go pierwszy raz, krótkie metaliczne „klik” spod chodnika przy przystanku, tam gdzie zimą wszyscy tupią i nikt nie patrzy pod nogi, bo para z ust i wiatr. Woda zeszła, breja odsłoniła kratkę od studzienki, a w niej tkwił brelok z numerkiem jak do szatni, tylko że cięższy, mosiężny, starty od palców, pachnący smarem i starym tytoniem. 17. Wziąłem go do domu, opłukałem pod letnią wodą, i dopiero wtedy zobaczyłem na krawędzi zarysowany rysunek, nie serduszko, nie inicjały, tylko prosty plan trzech drzwi i strzałka, jakby ktoś bardzo nie chciał się pomylić. W piwnicy jest siedemnaście komórek, znam to, bo tu trzyma się sanki, rowery i słoiki, więc gdy wsunąłem brelok w zamek, poczułem opór i potem miękkie puszczenie, jak oddech. W środku nie było ani roweru, ani ogórków, tylko mokra kurtka z kieszeniami wypchanymi solą drogową i jedna rzecz, od której robi się cicho w głowie: identyczny brelok, też 17, ale świeży, jeszcze ciepły od czyjejś dłoni. I wtedy dotarło do mnie, że śnieg nie ukrywał zguby, tylko zmusił kogoś, żeby wrócił po swoje dokładnie wtedy, kiedy wszystko zaczyna kapać i słychać każdy krok.
Śnieg skrywał dźwięk. Dopiero na roztopach usłyszałem go pierwszy raz, krótkie metaliczne „klik” spod chodnika przy przystanku, tam gdzie zimą wszyscy tupią i nikt nie patrzy pod nogi, bo para z ust i wiatr. Woda zeszła, breja odsłoniła kratkę od studzienki, a w niej tkwił brelok z numerkiem jak do szatni, tylko że cięższy, mosiężny, starty od palców, pachnący smarem i...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejRoztopy zawsze mają w sobie coś z porządków po długiej zimie. Śnieg mięknie, osuwa się z krawężników i nagle oddaje rzeczy, które przez miesiące leżały w nim cicho jak w szufladzie. Tego ranka szłam powoli wzdłuż parku, uważając na kałuże, gdy przy ławce zobaczyłam coś połyskującego w mokrym śniegu. Najpierw pomyślałam, że to zwykła spinka do włosów, jedna z tych tanich, które dziewczyny gubią zimą razem z rękawiczkami. Podniosłam ją jednak i zobaczyłam, że to mały srebrny pierścionek z wygrawerowaną datą i dwoma literami w środku.Pierścionek był lodowaty i dziwnie ciężki jak na tak drobną rzecz. Usiadłam na ławce, żeby przyjrzeć mu się dokładniej, i wtedy zauważyłam coś jeszcze. W śniegu obok wystawał kawałek czarnej tasiemki, jak od medalika albo breloczka. Pociągnęłam ją ostrożnie i wyciągnęłam mały kluczyk, przywiązany do tej samej tasiemki. Na główce klucza był numer, wyraźny mimo rdzy, a ja nagle przypomniałam sobie, że dokładnie taki numer widziałam kiedyś na drzwiach starej komórki przy dawnej pralni osiedlowej, tej zamkniętej od lat.Stałam chwilę z tym kluczem w dłoni i pomyślałam, że śnieg bywa jak milczący świadek. Przez całą zimę przykrywa wszystko równą warstwą, a potem wiosną oddaje przedmioty po kolei, jakby chciał powiedzieć, że każda historia w końcu wypłynie na powierzchnię. I wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że może ten pierścionek nie został zgubiony przez przypadek.
Roztopy zawsze mają w sobie coś z porządków po długiej zimie. Śnieg mięknie, osuwa się z krawężników i nagle oddaje rzeczy, które przez miesiące leżały w nim cicho jak w szufladzie. Tego ranka szłam powoli wzdłuż parku, uważając na kałuże, gdy przy ławce zobaczyłam coś połyskującego w mokrym śniegu. Najpierw pomyślałam, że to zwykła spinka do włosów, jedna z tych tanich,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Kiedy śnieg zaczął topnieć, park wyglądał jak po długim śnie. Zniknęły białe zaspy, a spod nich wychodziły rzeczy, które zima skrzętnie ukryła – zgubione rękawiczki, kapsle, dziecięce łopatki.
Przy starej ławce zauważyłem coś czarnego wystającego ze śniegu.
To był mały notes.
Okładka była przemoczona, ale kartki w środku wciąż dało się otworzyć. Na pierwszej stronie ktoś zapisał tylko jedno zdanie:
„Jeśli to czytasz, znaczy że śnieg już stopniał.”
Poczułem dziwny dreszcz.
Na kolejnych stronach były krótkie notatki – daty, godziny i jedno nazwisko, powtarzające się kilka razy. Obok niego ktoś dopisywał różne miejsca w mieście.
Wyglądało to jak czyjś plan.
Na ostatniej stronie znajdowało się zdanie zapisane dużymi literami:
„Następny będzie ten, kto znajdzie ten notes.”
Roześmiałem się nerwowo. Pewnie głupi żart.
Zamknąłem notes i chciałem odłożyć go na ławkę.
Wtedy zauważyłem coś jeszcze.
Na tylnej okładce było przyklejone małe zdjęcie.
Spojrzałem na nie uważniej.
Zdjęcie przedstawiało… mnie.
Kiedy śnieg zaczął topnieć, park wyglądał jak po długim śnie. Zniknęły białe zaspy, a spod nich wychodziły rzeczy, które zima skrzętnie ukryła – zgubione rękawiczki, kapsle, dziecięce łopatki.
Przy starej ławce zauważyłem coś czarnego wystającego ze śniegu.
To był mały notes.
Okładka była przemoczona, ale kartki w środku wciąż dało się otworzyć. Na pierwszej stronie ktoś...
Kiedy śnieg zaczął znikać z trawnika przed blokiem, zobaczyłam coś, co od razu ścisnęło mnie w środku. Mały, dziecięcy but. Ten sam model, który nosił mój brat, zanim… zanim zniknął tamtej styczniowej nocy.Podniosłam go drżącą ręką. Był cały przemoczony, ale na języku wciąż widniała naklejka, którą sama mu przykleiłam: żółte słońce. Nikt poza nami nie wiedział, co znaczyła. To był nasz znak — „wrócę zaraz”.Zamarłam. Przecież policja przeszukała wtedy każdy centymetr okolicy. A jednak but leżał tu, jakby ktoś celowo położył go na wierzchu, czekając aż śnieg stopnieje.Obok, w roztopionym błocie, zauważyłam coś jeszcze. Kartkę. Zgiętą na pół, mokrą, ale czytelną. Jedno zdanie, napisane jego charakterem pisma, tym krzywym, dziecięcym: "Nie szukaj mnie".
Serce waliło mi jak oszalałe. Bo to nie był apel o pomoc. To było ostrzeżenie. I ktoś — albo coś — właśnie przypomniało mi, że ta historia wcale nie skończyła się zimą. Ona dopiero zaczynała wychodzić spod śniegu.
Kiedy śnieg zaczął znikać z trawnika przed blokiem, zobaczyłam coś, co od razu ścisnęło mnie w środku. Mały, dziecięcy but. Ten sam model, który nosił mój brat, zanim… zanim zniknął tamtej styczniowej nocy.Podniosłam go drżącą ręką. Był cały przemoczony, ale na języku wciąż widniała naklejka, którą sama mu przykleiłam: żółte słońce. Nikt poza nami nie wiedział, co znaczyła....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Kiedy śnieg wreszcie zaczął ustępować, Marek wyszedł na spacer wzdłuż skraju lasu. Ziemia była miękka, pachniała wilgocią i czymś
jeszcze… jakby wspomnieniem zimy. Wtedy zobaczył błysk. Coś czarnego, obdrapanego, wystawało spod topniejącej bryły lodu.
To był pager. Prawdziwy, z lat dziewięćdziesiątych, z pękniętym ekranem. Marek wziął go do ręki – i wtedy urządzenie
zawibrowało, jakby tylko czekało na dotyk. Na ekranie pojawił się komunikat: "Znalazłeś mnie. Teraz zakończ to, co zaczęliśmy".
Marek poczuł, jak zimno wraca, wciska się pod kurtkę. Nie znał tego numeru. Ale ciąg cyfr wyglądał znajomo – jak współrzędne. Wpisał je w telefon. Wskazywały na starą stację kolejową, od lat zamkniętą po „niejasnym incydencie”.
W głowie Marka coś drgnęło. Wspomnienie? Albo tylko strach. Pager zawibrował ponownie. Druga wiadomość była krótsza: "Nie każ mi czekać".
Marek rozejrzał się. Las był pusty, ale miał wrażenie, że ktoś obserwuje każdy jego ruch. Zacisnął palce na zimnym plastiku i ruszył w stronę stacji, choć każdy krok mówił mu, że to zły pomysł.
Ale przecież ktoś musiał wiedzieć, że tu przyjdzie.
Ktoś, kto pamiętał więcej niż on sam. I ktoś, kto właśnie wrócił po to, co zostawił pod śniegiem.
Kiedy śnieg wreszcie zaczął ustępować, Marek wyszedł na spacer wzdłuż skraju lasu. Ziemia była miękka, pachniała wilgocią i czymś
jeszcze… jakby wspomnieniem zimy. Wtedy zobaczył błysk. Coś czarnego, obdrapanego, wystawało spod topniejącej bryły lodu.
To był pager. Prawdziwy, z lat dziewięćdziesiątych, z pękniętym ekranem. Marek wziął go do ręki – i wtedy urządzenie
...
Marcowy śnieg topniał powoli na skraju lasu pod Poznaniem. Woda spływała do rowu przy starej drodze, odsłaniając to, co przez całą zimę było ukryte. Najpierw zobaczyłam coś ciemnego między brudnymi bryłami śniegu. Myślałam, że to rękawiczka. Okazało się, że to skórzany portfel.
W środku była tylko jedna rzecz - dowód osobisty. Nazwisko rozpoznałam od razu. Kilka lat wcześniej lokalne media pisały o zaginięciu młodego kierowcy ciężarówki. Zniknął bez śladu w drodze do pracy. Policja podejrzewała ucieczkę za granicę albo wypadek w lesie, ale niczego nie znaleziono.
Śnieg odsłonił też coś jeszcze. Kilka metrów dalej wystawał fragment zardzewiałej tablicy rejestracyjnej. Kiedy rozgrzebałam mokry śnieg butem, zobaczyłam krawędź starego zderzaka.Samochód leżał w rowie, przykryty ziemią i zimowym śniegiem tak długo, że nikt go nie zauważył z drogi. Wyglądało to jak zwykły wypadek… dopóki nie otworzyłam portfela jeszcze raz.
Za dowodem była wsunięta mała kartka. Tylko jedno zdanie, zapisane długopisem: „Jeśli ktoś to znajdzie, nie był to wypadek.”
Marcowy śnieg topniał powoli na skraju lasu pod Poznaniem. Woda spływała do rowu przy starej drodze, odsłaniając to, co przez całą zimę było ukryte. Najpierw zobaczyłam coś ciemnego między brudnymi bryłami śniegu. Myślałam, że to rękawiczka. Okazało się, że to skórzany portfel.
W środku była tylko jedna rzecz - dowód osobisty. Nazwisko rozpoznałam od razu. Kilka lat...
Gdy śnieg zaczął ustępować, na skraju parku pojawiło się coś, czego wcześniej nie było widać — mały, metalowy kluczyk. Leżał samotnie w mokrej trawie, jakby ktoś bardzo się spieszył i zgubił go w najgorszym możliwym momencie. Kluczyk był stary, ciężki, z numerem wybitym na główce: 27. Problem w tym, że w okolicy nie było żadnych drzwi z takim numerem. Ciekawość wygrała. Zaczęło się od sprawdzenia skrzynek w starej piwnicy kamienicy przy parku. W jednej z nich — dokładnie oznaczonej 27 — klucz pasował idealnie. W środku nie było jednak roweru ani słoików z ogórkami. Była walizka. A w niej trzy rzeczy: elegancki zegarek, plik pożółkłych listów i wycinek z gazety sprzed dziesięciu lat. Artykuł opisywał tajemnicze zaginięcie lokalnego przedsiębiorcy. Ciała nigdy nie znaleziono. Na odwrocie wycinka ktoś dopisał ołówkiem jedno zdanie: „Jeśli to czytasz, znaczy, że śnieg w końcu zdradził mój sekret.” Najdziwniejsze było jednak coś innego. Zegarek w walizce właśnie zaczął tykać...
Gdy śnieg zaczął ustępować, na skraju parku pojawiło się coś, czego wcześniej nie było widać — mały, metalowy kluczyk. Leżał samotnie w mokrej trawie, jakby ktoś bardzo się spieszył i zgubił go w najgorszym możliwym momencie. Kluczyk był stary, ciężki, z numerem wybitym na główce: 27. Problem w tym, że w okolicy nie było żadnych drzwi z takim numerem. Ciekawość wygrała....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Śnieg, ten biały wspólnik, przez miesiące lojalnie milczał,przykrywając wstydliwe sekrety puszystą kołdrą. Ale marzec nie zna litości –
słońce powoli odkleja lód od chodnika, a brudna woda odsłania to, co miało
zniknąć na zawsze.Wszyscy spodziewali się smutnych pamiątek zimy - przemoczony
paragon, jedna słuchawka douszna, kapsel. Tym razem jednak, w cieniu
topniejącej zaspy pod starym dębem w parku, błysnęło coś, co nie pasuje do
miejskiego krajobrazu.Mosiężny klucz do zegara z grawerem 23:58. Ciężki,
zaśniedziały i przywiązany do kawałka czerwonej, jedwabnej wstążki, która mimo
wilgoci wciąż zachowała jadowity odcień szkarłatu.Dlaczego to istotne?W całym mieście, dokładnie w momencie, gdy śnieg zaczął
topnieć, stanęły wszystkie mechaniczne zegary. Każdy z nich wskazuje tę samą
godzinę. Dwie minuty przed północą.Grawer na kluczu odpowiada numerowi seryjnemu zabytkowego
zegara szafkowego, który skradziono z lokalnego muzeum... trzydzieści lat temu.
Problem w tym, że klucz wygląda na niemal nowy.Śnieg topnieje dalej.Tuż obok klucza, w topniejącym puchu, ukazała się dłoń – ale
nie ludzka. To dłoń manekina krawieckiego, w której zaciśnięty jest bilet na
pociąg z datą... jutrzejszą.Śnieg nadal ustępuje. Pytania się mnożą. Czy zima była
jedynym więzieniem, które chroniło nas przed tym, co ten klucz ma otworzyć?
Śnieg, ten biały wspólnik, przez miesiące lojalnie milczał,przykrywając wstydliwe sekrety puszystą kołdrą. Ale marzec nie zna litości –
słońce powoli odkleja lód od chodnika, a brudna woda odsłania to, co miało
zniknąć na zawsze.Wszyscy spodziewali się smutnych pamiątek zimy - przemoczony
paragon, jedna słuchawka douszna, kapsel. Tym razem jednak, w cieniu
topniejącej zaspy...
Śnieg jest wyjątkowy, nie tylko ze względu na to co może stworzyć i jak pięknie wyglądać, ale również przez to jak wiele może pod sobą skrywać.
To był dzień jak każdy inny.
Przez noc spadła świeża pokrywa białego puchu, która rano wyglądała niesamowicie.
Nienaruszona biała kołderka, nienaruszona nawet przez ptaki.
Wybrałam się na poranny spacer w swoje ulubione miejsce. Rzadki las, często uczęszczany przez pobliskich mieszkańców, ale nie dziś.
Byłam pierwsza, wszystko wyglądało tak jak zawsze, prawie wszystko.
Znikąd najpierw dostrzegłam ślady butów, co nie było nadzwyczajne, ale z każdym krokiem czułam jak moje ciało przeszywa trudne do opisania uczucie.
Szłam dalej przed siebie, aż pod jedną z brzóz dostrzegłam coś czego nigdy tam nie było.
Podeszłam trochę bliżej, byłam przekonana, że to złamana gałąź, która spadła pod ciężarem śniegu.
To było coś zupełnie innego, niespodziewanego, powiedziałabym, że dziwnego na swój sposób.
Co w środku lasu, w otulinie śniegu robiła laska, pięknie zdobiona, drewniana, zakrwawiona? Co się stało z jej właścicielem?
Śnieg jest wyjątkowy, nie tylko ze względu na to co może stworzyć i jak pięknie wyglądać, ale również przez to jak wiele może pod sobą skrywać.
To był dzień jak każdy inny.
Przez noc spadła świeża pokrywa białego puchu, która rano wyglądała niesamowicie.
Nienaruszona biała kołderka, nienaruszona nawet przez ptaki.
Wybrałam się na poranny spacer w swoje ulubione miejsce....
lutowy poranek 1909
śnieg który zakrywał
Bożonarodzeniowe wspomnienia
sanki bombki czapki szaliki
zabawki wrzaski pierniczki
Mikołaja renifery prezenty
topniejąc odsłaniał
spłynął też z dachu kamienicy przy Chmielnej
ociepliło się
pierwsze promienie słońca zajrzały
przez szybę
tam zamarznięta 37 latka
Julia de domo Dlohnier
dla niej już za późno
ona już pod tym śniegiem została
przy łóżku śpiewnik ewangelicki
na ostatniej stronie "Nolla Sepoltud Siculi"
tajemnicze słowa łamanej łaciny
jak "Mane Tekel Fares"
dziś scena z filmu
o rewolucji stanowi kontynuację
ręka która owe słowa napisała
to holograM- Margoloh
zagadka sprzed tysięcy czy sprzed setek lat kto kiedy jak dlaczego
dziś albo jesteśmy bliżsi odpowiedzi
niż kiedyś albo nam się tylko tak wydaje
lutowy poranek 1909
śnieg który zakrywał
Bożonarodzeniowe wspomnienia
sanki bombki czapki szaliki
zabawki wrzaski pierniczki
Mikołaja renifery prezenty
topniejąc odsłaniał
spłynął też z dachu kamienicy przy Chmielnej
ociepliło się
pierwsze promienie słońca zajrzały
przez szybę
tam zamarznięta 37 latka
Julia de domo Dlohnier
dla niej już za późno
ona już pod tym śniegiem...
Zamarznięte morze! Och cóż za widok! Dla takiego widoku każde pokonane km są warte, idę sobie pomiędzy zamarzniętymi falami, to już ostatni moment przed roztopem, dlatego trzymam się blisko brzegu. Ale uczucie! Nagle coś zwraca moją uwagę. Czy tam dalej jest but? Wstaje jak wryta. Robię kilka kroków naprzód, bojąc się żeby lód pod moim ciężarem nie popękał. Nagle powietrze przerywa głośny wrzask. Mój wrzask. Wokół mnie nie ma nikogo. Pomiędzy zamarznięte fale wystaje noga z wody. Reszta ciała jest w wodzie, w tym miejscu lód już się roztopił. Znalazłam ciało. Wokół mnie nie ma żywej duszy, a mnie paraliżuje strach. Jeśli podejdę do ciała wpadnę do wody.
Zamarznięte morze! Och cóż za widok! Dla takiego widoku każde pokonane km są warte, idę sobie pomiędzy zamarzniętymi falami, to już ostatni moment przed roztopem, dlatego trzymam się blisko brzegu. Ale uczucie! Nagle coś zwraca moją uwagę. Czy tam dalej jest but? Wstaje jak wryta. Robię kilka kroków naprzód, bojąc się żeby lód pod moim ciężarem nie popękał. Nagle powietrze...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
To pierwszy spacer na jaki wychodzę z przyjemnością. W tym roku zima dała nam popalić, a ja tego zimowego popalania nie lubię. Grube kurtki, czapki i szale nie są moim ulubionym strojem, a czerwony od zimna nos ulubionym dodatkiem. Jednak dziś widzę błękitne niebo, słońce i tylko miejscami dostrzegam nieśmiałe pozostałości szarego śniegu. Mogłabym wędrować i wędrować, do wszystkich ukochanych miejsc. Zwłaszcza gdy mogę to robić z moim czworonożnym przyjacielem, jesteśmy w tym pokonywaniu kilometrów niezmordowani. Różnica zasadnicza jest taka, że jak wędruję podziwiając okolicę, a Snoopy porusza się za swoim nosem, który z intensywnym podrygiem nadaje kierunek tej wędrówce. Dziś zaniosło nas do parku nad rzeką, pełnego pięknych starych drzew i pozbawionego o tej porze dnia ludzi.
Snoopi przed chwilą pognał gdzieś na rzekę, zapewne znów wróci cały mokry. Woda to w końcu jego żywioł. Już biegnie do mnie, macha zadowolony ogonem i ma coś w pysku. Nie ma jak to wygrzebać coś ze śmieci rzuconych w krzaki.
- Chodź tu Pupi, daj to. Znów będę jeździć z tobą do weta i to po nocy. Wiesz, że wtedy wszystko razy dwa, no dalej oddawaj - idę w jego stronę z wyciągniętą ręką. Nie jest szczęśliwy, że chcę zabrać jego znaleziony skarb. - Pokaż co tam masz. - mówię z uśmiechem, który chwilę później zamiera mi na ustach. To ludzki palec, on trzyma w pysku ludzki palec!!!
To pierwszy spacer na jaki wychodzę z przyjemnością. W tym roku zima dała nam popalić, a ja tego zimowego popalania nie lubię. Grube kurtki, czapki i szale nie są moim ulubionym strojem, a czerwony od zimna nos ulubionym dodatkiem. Jednak dziś widzę błękitne niebo, słońce i tylko miejscami dostrzegam nieśmiałe pozostałości szarego śniegu. Mogłabym wędrować i wędrować, do...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejGdy śniegi topnieją, a świat budzi się do życia, znudzony przechodzień spaceruje po parku. Wdycha przyjemny, świeży zapach wilgoci i kieruje twarz w stronę nieśmiałych promieni słońca. Między korzeniami wielkiego, starego dębu zauważa tajemniczy przedmiot. Podchodzi bliżej debatując sam ze sobą co to może być. Rękawiczka? Czapka? Zwykła szmata? W momencie kiedy znajduje się przy podejrzanej rzeczy podnosi przezornie leżący obok kijek i delikatnie ją trąca. Przy pomocy patyka unosi... skarpetę? Jest ciemna i twarda. Pierwszą myślą przechodnia jest - to od mrozu. Być może jeszcze nie odmarzła. Odważa się dotknąć ja dłonią. Pociera ja pomiędzy palcami i... farba? A może krew? Krew?! Stara się nie panikować. Bierze kilka głębokich wdechów, a w głowie kłębią mu się najgorsze myśli. Czy była ona świadkiem morderstwa? A może narzędziem zbrodni? Rozgląda się dookoła, szuka telefonu po kieszeniach. Policja zjawia się w ciągu kilku minut. Zamykają teren, przesłuchują go, po czym wypuszczają. Natarczywe myśli jednak nieustannie napierają. Czyja to skarpeta? Czemu była przesiąknięta krwią? Co policja z nią zrobi? I czy ta sytuacja zaburzy wszechobecny spokój?
Gdy śniegi topnieją, a świat budzi się do życia, znudzony przechodzień spaceruje po parku. Wdycha przyjemny, świeży zapach wilgoci i kieruje twarz w stronę nieśmiałych promieni słońca. Między korzeniami wielkiego, starego dębu zauważa tajemniczy przedmiot. Podchodzi bliżej debatując sam ze sobą co to może być. Rękawiczka? Czapka? Zwykła szmata? W momencie kiedy znajduje się...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Codziennie patrzę na ten śmieszny pagórek ze starego,
brudnego śniegu, który ktoś usypał któregoś zimowego wieczora. Gdy weszliśmy rano
do biura, on już tam był.
Gapiący się w okna. Zamiast nosa ktoś wcisnął nieduży metalowy pręt. Dziś, kiedy słońce rozpuszczało śnieg bez litości, nagle, obcesowo rozprawiało się z zimą. Wyłączyłam ekspres, wzięłam w dłonie gorący kubek kawy. Spojrzałam na smugę światła na szybie. Podeszłam do okna, grzejąc palce gorącą kawą. Spoglądam jeszcze raz na kupkę śniegu, która jeszcze wczoraj była pokracznym, szarym bałwanem.Odkrywam nagle, że w trzewiach śniegowego stwora wyłania sięokrągła, brudnobordowa masa. Kolejny promień słońca odbija się o fragment
jasnej skóry, chyba czoła.Gdy dostrzegam kępki mokrych włosów, upuszczam kubek z kawą na pięknie wypolerowane płytki. Nawet nie widzę już tego, że moje szpilki pokryły się aromatycznym napojem.
Codziennie patrzę na ten śmieszny pagórek ze starego,
brudnego śniegu, który ktoś usypał któregoś zimowego wieczora. Gdy weszliśmy rano
do biura, on już tam był.
Gapiący się w okna. Zamiast nosa ktoś wcisnął nieduży metalowy pręt. Dziś, kiedy słońce rozpuszczało śnieg bez litości, nagle, obcesowo rozprawiało się z zimą. Wyłączyłam ekspres, wzięłam w dłonie gorący kubek...
Minęły cztery miesiące od zaginięcia. Choć codzienność brutalnie wyciągała go z tęsknoty i rozpaczy, to każdy piąty dzień miesiąca, boleśnie go tam wrzucał. Ten dzień oznaczał, że minął kolejny miesiąc.
Więcej słońca i wyższe temperatury wielu napełniały optymizmem. Nie jego. Nie potrafił cieszyć się, z topniejącego śniegu. Do tej pory świat zdawał się zatrzymać, w oczekiwaniu na jakiekolwiek informacje o jego żonie. Teraz, wskazówki zegara, zaczynały rozmarzać. Nie chciał tego.
Bał się, że wraz ze śniegiem, znikną potencjalne ślady, mogące pomóc w poszukiwaniach.
Auto pod centrum handlowym, telefon, torebka bez dokumentów i osiem produktów spożywczych. Tyle zostało po Annie. Wszystko wskazywało na to, że sama postanowiła zniknąć. Nie wierzył w to, a desperacja zamieniła się w obsesję. Musiał się z tego wyrwać. Dlatego siedział teraz w rabacie różanej z sekatorem w ręku. Nie miał rękawic. Chciał, żeby kolce boleśnie przywracały go do rzeczywistości, gdy zacznie błądzić myślami. Jadnak nawet one nie były w stanie powstrzymać lawiny teorii, przewalającej się właśnie przez jego głowę. Wywołał ją kawałek papieru zaplątany w łodygi. Najwyraźniej wiatr wywiał go z samochodu, a śnieg ukrył w rabacie.
Był to paragon. Rozmazany i zniszczony, ale czytelny. Data i miejsce się zgadzały. Lista zakupów też. Z drobnym wyjątkiem. Było na niej dziewięć, a nie osiem produktów.
Anna była wtedy w domu, a ktoś bardzo się napracował, aby to ukryć. Ktoś, dla kogo kupiła dziewiąty produkt.
Minęły cztery miesiące od zaginięcia. Choć codzienność brutalnie wyciągała go z tęsknoty i rozpaczy, to każdy piąty dzień miesiąca, boleśnie go tam wrzucał. Ten dzień oznaczał, że minął kolejny miesiąc.
Więcej słońca i wyższe temperatury wielu napełniały optymizmem. Nie jego. Nie potrafił cieszyć się, z topniejącego śniegu. Do tej pory świat zdawał się zatrzymać, w...
