-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać371 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać30 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać141
Cytaty z tagiem "klan smoka" [7]
Znaczące go w realnym świecie tatuaże tutaj wydawały się ciemniejsze i groźniejsze. Rozrywały jego skórę, rozcinały postać i przywodziły na myśl wrota do innych, mrocznych wymiarów. Ciemność sączyła się z nich jak upiorna, oleista posoka i oblepiała jego ciało gęstym oparem. Kształtowała go od nowa, dając mu inną formę, w niewielkim stopniu zbliżoną do ludzkiej.
Dużo większym zaskoczeniem okazała się dla niego sama Yuno. „Toż to prawie dziecko!” – stwierdził z zakłopotaniem. Była szczupła, wręcz wychudzona, o bladej cerze i podkrążonych oczach, w których próżno by szukać iskierek radości tak właściwych dziewczętom w jej wieku. Wydawało się, jakby lżejszy podmuch wiatru mógł ją złamać wpół. A jednak to właśnie była mistrzyni Yuno, ta sama, o której od kilku miesięcy krążyły plotki i pieśni. Ta, która spektakularnie pokonała na południu wiedźmę Uthę i wyzwoliła ludzi spod jej terroru. Spodziewałby się kogoś starszego, pewnego siebie, promieniującego siłą. A widział widmowo bladą, chudą dziewczynę o martwej twarzy.
Yuno tańczyła. Błyskawice pełgały po jej skórze, włosach, sypały się za nią skwierczącym deszczem. Osmolone strzępy ubrań łopotały porywane widmowym wiatrem. W jej rękach wirowały jaśniejące kolorami smugi magii, niby chaotyczne, niby nieopanowane, a jednak potworne w swojej celności. Dopadła jednego z szamanów. Darł się w jej pętach wniebogłosy, kiedy uniosła go w powietrze, a potem z impetem wbiła w ziemię, miażdżąc mu kręgosłup.
A może tak będzie lepiej? Może lepiej się poddać żarłoczności jej wypaczonej magii.
Zgubić się tutaj i zasnąć. Zniknąć.
Naprawdę chciała zniknąć. Przestać istnieć. Przestać śnić koszmary.
Krzyczący Sokół nonszalancko opierał się o ścianę jurty, a zgromadzeni na placu wojownicy szczerzyli się do nich w złośliwych uśmiechach.
– Wiecie – zaczął pozornie obojętnie Sokół – ten słup nie jest tak stabilny, jak byście chcieli.
Uśmiechnęła się do swojego dzikiego zaklęcia. Do jedynej istoty, która nigdy nie oceniła jej marzenia o odejściu. Istoty, która wiernie i niestrudzenie próbowała odpowiedzieć na jej rozpaczliwe błaganie. Pilnowała jej drogi odwrotu jak wierny druh.
– Dziękuję – westchnęła z wdzięcznością. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję...
Krzyczący Sokół spojrzał na ciało rozciągnięte u kopyt konia Mira i uśmiechnął się złośliwie.
– Co, będziesz rzygał?
Zdziwił się, kiedy blady chłopak poderwał głowę i spojrzał na niego zwężonymi oczami. Coś migotało w głębi jego źrenic. Otaczała go dziwna poświata.
– Nie – odparł cicho. – Zabiję ich.
Magia pomknęła w dół jego ramion jęzorami płomieni. Wylała się na ziemię, w mgnieniu oka podpalając trawy. Znad pożogi podniósł się czarny, duszący dym.