cytaty z książek autora "Paweł Skrobanek"
Był już późny wieczór i panował półmrok. Szła nabrzeżem stacji Orbitium, wzdłuż stalowoszarych hangarów okalających ją pierścieniem. Znajdowała się w części przeznaczonej dla mniejszych statków kosmicznych. Po swojej prawej stronie miała krawędź. Jeżeli ktoś spojrzałby w dół, o ile można tutaj było mówić o górze i dole, zobaczyłby lekko drgające gwiazdy. Drgania wywoływało pole energii stanowiącego granice lokalnej ekosfery - dalej była już tylko próżnia. Stacja Orbitium nie była duża - miała wielkość małego, kilkutysięcznego miasteczka. Obrona standardowa: pole siłowe, wyrzutnie antymaterii i konwencjonalna obrona naziemna.
Dopiero teraz Somya zwróciła baczniejszą uwagę na otoczenie. Jej też wydały się jakieś znajome. Otaczał ich las drzew podobnych do amerykańskich sekwoi, tylko dwa razy wyższych i o bujniejszych liściach… Drzewa rosły na tyle rzadko, że mimo ogromu ich rozmiarów, co pewien czas prześwitywały promienie zachodzącej gwiazdy. Było raczej ciepło, zapewne dwadzieścia kilka stopni, a poszycie składało się w dużej mierze z mchu i zielonej trawy…
Kolejnego dnia pracy w kopalni było podobnie, choć trochę udało jej się przywyknąć do zachowania obcych. Przekazano jej informacje, że w innych miastach wszyscy wiedzą i są gotowi. Zdawała sobie sprawę, że nie maj już odwrotu. Wcześniej czy później Narranie i tak się od kogoś dowiedzą podczas sprawdzenia, ale najwyraźniej nie miało to już dla Pretendentów znaczenia. Zdawało jej się, że czują ulgę, jakby wieki ich trudu, poświęcenia i tułaczki, tak czy inaczej, miały się skończyć. Widziała, że lawiny, którą nieświadomie uruchomił Aren, nie da się już zatrzymać, i że Pretendenci pogodzili się już ze swoim losem, a nawet ze śmiercią – tylko dlaczego ją w to wplątano! Nikt się o nic nie pytał, wszystko działo się jakby poza nią. Niezależnie od tego, czy opowieści Arena o pierścieniu i królewskiej dynastii były prawdziwe, czuła się jak pionek na szachownicy. Usiadła na chwilę na kamieniu.