cytaty z książki "Dialektyka oświecenia. Fragmenty filozoficzne"
katalog cytatów
T o , że h i g i e n i c z n a f a b r y k a i w s z y s t k o , c o się z t y m w i ą ż e , v o l k s w a g e n i pałac s p o r t u , t ę p y m n o ż e m z a r z y n a meta f i z y k ę , b y ł o b y jeszcze o b o j ę t n e , ale nie jest o b o j ę t n e , że w całości ż y c i a s p o ł e c z n e g o owa f a b r y k a , v o l k s w a g e n i pałac s p o r t u s a m e stają się m e t a f i z y k ą , i d e o l o g i c z n ą zasłoną, za k t ó r ą g n i e ź d z i się realne nieszczęście.
Niedawno odnaleziony list francuskiego fizjologa Pierre'a Flourens, który niegdyś zaznał smutnej sławy zwycięskiego rywala Victora Hugo w wyborach do Akademii Francuskiej, zawiera niezwykły fragment: „Nadal mam wątpliwości, czy należy udzielić zgody na stosowanie chloroformu
w powszechnej praktyce operacyjnej. Jak zapewne Panom wiadomo, poświęciłem temu środkowi rozległe studia i na podstawie doświadczeń ze zwierzętami jako pierwszy opisałem jego swoiste właściwości. Skrupuły moje opierają się na prostym fakcie, że operacja pod chloroformem, prawdopodobnie tak samo jak inne znane formy narkozy, stanowi oszustwo. Specyfiki te działają jedynie na pewne ośrodki motoryczne i koordynacyjne, jak również na szczątkową sprawność substancji nerwowej. Substancja ta pod wpływem chloroformu zatraca w znacznej mierze zdolność rejestrowania śladów wrażeń,
ale bynajmniej nie wrażliwość jako taką. Moje obserwacje wskazują - odwrotnie - że w połączeniu z ogólnym paraliżem systemu nerwowego bóle odczuwane są jeszcze gwałtowniej niż w stanie normalnym. Złudzenie publiczności wynika stąd, że pacjent po przeprowadzonej operacji niezdolny jest przypomnieć sobie, co zaszło. Gdybyśmy mówili naszym pacjentom prawdę, zapewne żaden z nich nie zdecydowałby się na ten środek, podczas gdy teraz, wskutek naszego milczenia, nalegają na jego użycie.
Chytrość, która polega na tym, że roztropny przybiera maskę głupoty, przeradza się w głupotę, gdy tylko maska zostaje zrzucona. Taka jest dialektyka wymowności. Od czasów antycznych aż po faszyzm wytykano Homerowi gadulstwo — zarówno bohaterów, jak narratora. Ale o wyższości Jończyka nad dawnymi i nowymi Spartanami świadczy to, że pokazał, jak zgubne skutki ma wymowa chytrego pośrednika dla niego samego. Mowa, która triumfuje nad siłą fizyczną, nie może się zatrzymać.
Rozrywka to przedłużenie pracy w późnym kapitalizmie. Poszukuje jej ten, kto chce się wymknąć zmechanizowanemu procesowi pracy, aby na nowo móc mu sprostać. Zarazem jednak mechanizacja ma taką władzę nad człowiekiem korzystającym z wolnego czasu i jego szczęściem, określa tak dogłębnie wytwarzanie artykułów rozrywkowych, że człowiek ten może zetknąć się jedynie z wtórnymi obrazami samego procesu pracy. Rzekoma treść to jedynie zblakły plan pierwszy; co się utrwala, to przede wszystkim zautomatyzowane następstwo unormowanych czynności. Procesowi pracy w fabryce i biurze można wymknąć się tylko przez dostosowanie się do niego w czasie wolnym. Na to cierpi nieuleczalnie każda rozrywka. Przyjemność zastyga w nudę, gdyż, aby pozostać przyjemnością, nie może znów kosztować żadnego wysiłku, toteż porusza się po wydeptanych szlakach skojarzeń.
Wszystkim udziela pociechy, że i dziś możliwe są mocne, autentyczne przeżycia i ich bezlitosne przedstawianie. Cudownie zwarte istnienie - którego podwajanie starcza dziś za ideologię — sprawia wrażenie tym potężniejsze, wspanialsze i bardziej monumentalne, im gruntowniej zaprawione jest niezbędnym cierpieniem. Przybiera wówczas aspekt losu. Tragizm sprowadzony zostaje do groźby, iż ten, kto nie współpracuje, będzie zniszczony, podczas gdy jego paradoksalny sens polegał kiedyś na beznadziejnym oporze przeciwko groźbie mitu. Tragiczny los przechodzi w sprawiedliwą karę, co zawsze było marzeniem mieszczańskiej estetyki. Moralność kultury masowej to zdegradowana moralność wczorajszych książeczek dla dzieci.
Człowiek w więzieniu to wirtualny obraz typu burżuazyjnego, jakim człowiek w rzeczywistości dopiero powinien się stać. Komu nie udało się wyrobić w świecie zewnętrznym, ten przejdzie w straszliwie czystej postaci obróbkę w więzieniu. Racjonalizacja istnienia więzień, powołująca się na konieczność oddzielenia przestępcy od społeczeństwa lub zgoła poprawy, rozmija się z istotą rzeczy. Więzienia to skrajnie konsekwentny obraz burżuazyjnego świata pracy, znak firmowy, symbolizujący nienawiść ludzi do tego, na co muszą się przerobić. Osobnik słaby, nie nadążający, zdegenerowany musi znosić porządek życia, fachowo narzucony mu przez tych, którzy porządku tego sami nie lubią; zawzięcie odbijają sobie na nim uwewnętrznioną przemoc.
Podporządkowanie wszystkich gałęzi duchowej produkcji jednemu celowi - zamknięcia ludzkich zmysłów od chwili wyjścia z fabryki wieczorem do chwili stawienia się pod zegarem kontrolnym następnego ranka pieczęciami procesu pracy, który w ciągu dnia sami ci ludzie muszą podtrzymywać — szyderczo czyni zadość pojęciu jednolitej kultury, które filozofowie osobowości przeciwstawiali umasowieniu.
Analogicznie w bajce Grimmów sąsiadka doradza matce, jak ma się pozbyć podrzutka-odmieńca: trzeba „zanieść podrzutka kuchni, rozpalić ogień i zagotować wodę w dwóch skorupkach od jajek: przyprawi to podrzutka o śmiech, a kiedy się roześmieje, już będzie po nim".
Prawdziwą naturą schematyzmu, który z zewnątrz dopasowuje wzajem do siebie to, co ogólne, i to, co szczegółowe, pojęcie i pojedynczy przypadek, okazuje się ostatecznie w aktualnej nauce interes społeczeństwa przemysłowego. Byt traktowany jest w aspekcie przetwarzania i zarządzania. Wszystko staje się powtarzalnym, zastępowalnym procesem, kolejnym przykładem abstrakcyjnych modeli systemu — także poszczególny człowiek, nie mówiąc już o zwierzęciu. Konflikt między nauką administrującą, urzeczowiającą, między duchem publicznym a doświadczeniem jednostki jest w tych warunkach z góry uchylony. Zmysły są zdeterminowane przez aparat pojęciowy, zanim jeszcze dojdzie do aktu postrzeżenia, burżuazja a priori widzi świat jako tworzywo, z którego sobie świat buduje. (...)
Nie dopuszcza żadnych innych określeń oprócz klasyfikacji społecznego przemysłu. (...)
Zgodność tego, co ogólne, i tego, co szczegółowe, zawiera się też już jawnie w intelekcie, intelekt bowiem postrzega to, co szczegółowe, tylko jako przypadek tego, co ogólne, to zaś, co ogólne - tylko jako tę stronę tego, co szczegółowe, od której można je ująć i posługiwać się nim. Sama nauka nie ma już żadnej świadomości siebie, jest narzędziem. Otóż oświecenie jest filozofią, która prawdę utożsamia z naukowym systemem. Próba uzasadnienia tej tożsamości, przez Kanta podjęta jeszcze w zamiarze filozoficznym, doprowadziła do pojęć, które nie mają żadnego sensu naukowego, nie są bowiem li tylko instrukcjami do manipulowania wedle reguł gry. Pojęcie samorozumienia się nauki sprzeczne jest z pojęciem samej nauki.
Behawioryści tylko pozornie o niej zapomnieli. Fakt, że stosują do ludzi te same formuły i rezultaty, jakie bez żadnych zahamowań uzyskują w trakcie potwornych eksperymentów na zwierzętach, poświadcza tę różnicę w szczególnie perfidny sposób. Wniosek, wyciągnięty z okaleczonych zwierząt, nie pasuje do zwierząt na wolności, pasuje natomiast do dzisiejszych ludzi.
Zapewne, w dawniejszych, przednowoczesnych okresach swej historii ten samego siebie kwestionujący rozum rzadko występował „w rozumnej formie"; znacznie częściej przybierał postać quasi-irracjonalnych żywiołów i mocy, jak mit i religia, tradycja i autorytet, wiara i ład etyczny „dawnych obyczajów". Przemawiał głosem proroków i religijnych reformatorów, różnych świeckich i świętych mędrców-nauczycieli życia, mistyków, kulturowych dewiantów i osamotnionych poetów.
Taka duchowa Winterhilfe rzuca pojednawcze cienie na pasma widzialności i słyszalności przemysłu kulturalnego, na długo nim przemysł ten z ram fabryki przeskoczy totalitarnie na społeczeństwo. Wielcy pomocnicy i dobroczyńcy ludzkości zaś, których naukowe osiągnięcia pismacy przedstawiać muszą jako akty miłosierdzia, aby wydobyć z nich pierwiastek fikcyjnych pobudek humanitarnych, funkcjonują jako namiestnicy przywódców narodowych, którzy wszak ostatecznie dekretują likwidację miłosierdzia i wytępiwszy wszystkich paralityków umieją zapobiegać zarazie.
Demonstrowanie złotych serduszek to sposób, w jaki społeczeństwo przyznaje się do powodowanych przez siebie cierpień: wszyscy wiedzą, że w tym systemie złote serca nie mogą pomóc nawet samym sobie, i ideologia musi to uwzględniać. Przemysł kulturalny nie zamierza tedy po prostu ukrywać cierpienia pod osłoną improwizowanego koleżeństwa, jego firmową ambicją jest po męsku patrzeć cierpieniu w twarz i znosić je z na siłę zachowywanym fasonem. Patos determinacji usprawiedliwia świat, który nie może obyć się bez determinacji.
W pewnym sensie wszelkie postrzeganie jest projekcją. Projekcja wrażeń zmysłowych to dziedzictwo animalnych praczasów, mechanizm służący celom ochrony i zdobycia pożywienia, przedłużony organ gotowości do walki, jaką wyższe gatunki zwierząt, ochoczo bądź niechętnie, reagują na każdy ruch, niezależnie od jego intencji. U człowieka projekcja jest zautomatyzowana, jak inne funkcje związane z atakiem i obroną, które stały się odruchami. W ten sposób konstytuuje się jego świat przedmiotowy, jako produkt owej „sztuki ukrytej w głębiach duszy ludzkiej, której prawdziwych tricków nigdy chyba nie odgadniemy w przyrodzie i nie postawimy ich sobie niezakrytych przed oczy". System rzeczy, stałe uniwersum, którego nauka jest tylko abstrakcyjnym wyrazem, to - jeśli przenieść Kantowską krytykę poznania na antropologię - nieświadomy wytwór zwierzęcych narzędzi w walce o życie, rezultat owej automatycznej projekcji. W ludzkim społeczeństwie, gdzie wraz z wykształceniem się indywiduum różnicuje się też życie emocjonalne i intelektualne, jednostka musi w rosnącej mierze kontrolować projekcję, musi się nauczyć zarazem ją wysubtelniać i powściągać. Pod presją ekonomiczną jednostka uczy się rozróżniać między cudzymi a własnymi myślami i uczuciami — tak powstaje różnica między światem zewnętrznym a wewnętrznym, możliwość dystansu i identyfikacji, samowiedza i sumienie.
Dzięki temu z Horkheimera i Adorna mogą więc czerpać wprost i pełną garścią również ci „ponowocześni" badacze i krytyczni „dekonstruktorzy" represyjno-opresyjnych form kulturowego „dyskursu" nowoczesności, którzy - jak Lacan i Foucault, Beaudrillard i Deleuze, Derrida i Lyotard - na rozmaitych płaszczyznach i w bardziej lub mniej płodny sposób sięgają jednak niezmiennie do tej samej figury hermeneutycznej, jaka dominuje w Dialektyce oświecenia. Jest nią bezlitosne ściganie mitu od początku obecnego w samej podmiotowości oświeconego rozumu i przez nią w różnych „wielkich narracjach" systematycznie budowanego. A mit ten — z całą źródłową metaforyką świetlistej mocy suwerennego Ja - jest już panowaniem samym: bezwstydną, niczym nie osłoniętą władzą eksploatacji i ekskluzji, autorytarnym panoszeniem się menedżera i eksperta, kontrolera i nadzorcy, prokuratora wraz z psychiatrą, więziennym strażnikiem i katem. Ofiarą jest także wciąż ta sama, stłumiona i zniewolona iskra autentycznego człowieczeństwa, która musi gasnąć pod przemożnym naciskiem wszystkich tych sprzymierzonych potęg psychicznego, językowego, kulturalnego i polityczno-społecznego „panowania". Ponieważ zaś jest to już panowanie właściwie niczyje, bo nawet mit Człowieka jako Wielkiego Podmiotu sam siebie rozpuścił wraz z wszystkimi innymi mitami w monopolistycznej, ale już bezosobowej „władzy dyskursów", która zarazem jest wszechobecna dominacją anonimowego „systemu" - tedy triumf spełnionego oświecenia, jako nowa niewola ludzi na „spustoszonej ziemi", wydaje ich ponownie na pastwę ślepej przemocy.
Miejsce nauki w społecznym podziale pracy łatwo jest rozpoznać. Zadaniem jej jest gromadzić możliwie najwiękesze ilości faktów i funkcjonalnych związków między faktami. Układ musi być przejrzysty. Ma umożliwiać poszczególnym przemysłom natychmiastowe odnalezienie żądanego towaru intelektualnego w poszukiwanym asortymencie. Już gromadzenie odbywa się w znacznej mierze pod kątem określonych zleceń przemysłowych.
Również historyczne dzieła mają dostarczać materiału. Możliwości jego wykorzystania szukać należy nie bezpośrednio w przemyśle, ale — pośrednio - w administracji. Już Machiavelli pisał na użytek książąt i republik, i podobnie dziś pracuje się dla gospodarczych i politycznych komitetów. Historyczna forma stała się przy tym przeszkodą, lepiej układać historyczny materiał od razu według określonych zadań administracyjnych: manipulacji cenami towarów albo nastrojami mas. Prócz administracji i przemysłowych konsorcjów chętnymi klientami są związki zawodowe i partie.
Tak funkcjonującej nauce służy oficjalna filozofia. Jako swego rodzaju tayloryzm ducha ma pomagać w udoskonalaniu jego metod produkcji, racjonalizować układ wiadomości, zapobiegać marnotrawstwu intelektualnej energii. Ma wyznaczone sobie miejsce w podziale pracy tak samo jak chemia czy bakteriologia.
Chodzi o opowieść o Lotofagach — zjadaczach lotosu. Kto skosztuje ich pożywienia, przepadnie — jak ten, kto usłyszał głos syren albo kogo dotknęła różdżka Kirke. Nie czeka go wszelako nic strasznego: „Nie myśląc zgubić
naszych ludzi, dali im Lotofagowie skosztować lotosu". Grozi im tylko zapomnienie i zatrata woli. Zaklęcie skazuje jedynie na stan bez pracy i walki pośród „żyznej ziemi": „Skoro jednak
ktoś zje lotosu miodny plon, już ani wracać nie chce, ani dać wieści o sobie, tak i ci woleli zostać u Lotofagów, razem z nimi zrywać lotos i zapomnieć o powrocie". Na taką idyllę, przypominającą wszak szczęście narkotyku, dzięki któremu w surowszych ustrojach społecznych warstwy ujarzmione zdolne są znosić nieznośne warunki, rozum samozachowania swoim ludziom nie zezwala. Idylla ta to w istocie tylko pozór szczęścia, tępa wegetacja, uboga jak egzystencja zwierząt. W najlepszym przypadku byłby to brak świadomości nieszczęścia. Szczęście jednak zawiera w sobie prawdę. Jest zasadniczo rezultatem czegoś. Rozwija się na gruncie zniesionego cierpienia. Toteż cierpliwie wytrzymujący wszystko Odyseusz ma słuszność, gdy nie może wytrzymać u Lotofagów. Reprezentuje przeciwko nim ich własną sprawę, urzeczywistnienie utopii przez dziejową pracę, podczas gdy proste trwanie w błogości odciąga siły niezbędne do tej pracy. Gdy jednak racjonalność — Odyseusz - spostrzega słuszność swoich racji, z konieczności staje po stronie nieprawości. Bezpośrednim skutkiem jest jego działanie na rzecz panowania. Rozum samozachowania nie może aprobować owego szczęścia „na uboczu świata" 18, podobnie jak bardziej niebezpiecznych form szczęścia w późniejszych fazach. Leniwi zostają sterroryzowani i przetransportowani na galery: „Gwałtem sprowadziłem płaczących na okręty i tam przykułem do ław wioślarskich".
Mityczny przymus słowa w praczasach trwa nadal w nieszczęściu, jakie oświecone słowo ściąga samo na siebie. Udeis, który nie może się powstrzymać, by nie wyznać, iż jest Odyseuszem, ma już rysy Żyda, który w śmiertelnym strachu obstaje przy swej wyższości, wywodzącej się z tegoż strachu przed śmiercią, a motyw zemsty godzącej w pośrednika nie pojawia się u kresu społeczeństwa burżuazyjnego, ale u jego początku, jako negatywna utopia, ku której nieodmiennie dąży wszelka przemoc.
Jeżeli za Kirchhoffem przyjąć, że wizyta Odyseusza w świecie podziemnym należy do najstarszej, we właściwym sensie legendarnej warstwy epopei54, to zarazem w tej najstarszej warstwie — podobnie jak w przekazie o wyprawie Orfeusza i Heraklesa do podziemi - odbywa się najbardziej stanowcza rozprawa z mitem: wszak motyw zburzenia bram piekielnych, pokonania śmierci, stanowi rdzeń wszelkiej myśli antymitologicznej.
Dzisiejsze z a ł a m a n i e c y w i l i z acji m i e s z c z a ń s k i e j s t a w i a p o d z n a k i e m z a p y t a n i a nie t y l k o instytuc j o n a l n ą p r a k t y k ę n a u k i , lecz także jej SENS.
Podporządkowanie wszystkich gałęzi duchowej produkcji jednemu celowi - zamknięcia ludzkich zmysłów od chwili wyjścia z fabryki wieczorem do chwili stawienia się pod zegarem kontrolnym następnego ranka pieczęciami procesu pracy, który w ciągu dnia sami ci ludzie muszą podtrzymywać — szyderczo czyni zadość pojęciu jednolitej kultury, które filozofowie osobowości przeciwstawiali umasowieniu.
Przemysł kulturalny, najbardziej niezłomny ze wszystkich stylów, okazuje się tedy celem dążeń liberalizmu, tego samego liberalizmu,
któremu zarzuca się brak stylu. Ze sfery liberalnej, z oswojonego naturalizmu tak jak z operetki i rewii wywodzą się kategorie i treści przemysłu kulturalnego, a ponadto nowoczesne koncerny kultury stanowią to miejsce w ekonomii, gdzie wraz z odpowiednimi typami przedsiębiorców żyje jeszcze jakaś cząstka skądinąd właśnie likwidowanej sfery cyrkulacji. Ostatecznie temu czy owemu może się tam jeszcze poszczęścić, jeśli tylko nie upiera się zanadto przy swoim i można się z nim dogadać. Cokolwiek stawia opór, może przeżyć wyłącznie pod warunkiem, że stanie się elementem systemu.
Wobec triumfu przeświadczenia, iż liczą się jedynie fakty, nawet nominalistyczne credo Bacona byłoby dziś podejrzane jako metafizyka i podpadałoby pod zarzut jałowości, o którą Bacon oskarżał scholastykę. Władza i poznanie to synonimy. Bezpłodne szczęście poznania jest dla Bacona występkiem - tak samo jak dla Lutra. Nie chodzi bowiem o owo spełnienie,
jakie człowiekowi daje prawda, ale o operation, o skuteczną metodę; „prawdziwym celem i funkcją nauki" są nie „przekonywające, zabawne, zasługujące na szacunek albo efektowne przemowy lub takie czy inne nieodparte argumenty, ale działanie, praca i odkrywanie nieznanych przedtem szczegółów, po to, by zyskać lepsze wyposażenie i pomoc w życiu". (...)
Zastępują pojęcie formułą, przyczynę - regułą i prawdopodobieństwem. Przyczyna to ostatnie z filozoficznych pojęć, przeciwko któremu zwróciła się naukowa krytyka, ono jedno bowiem już tylko pozostało z dawnych idei — ostatni akt sekularyzacji twórczej zasady. Definiować w języku epoki substancję i jakość, stan czynny i bierny, byt i istnienie - było od czasów Bacona sprawą filozofii, nauka zaś radziła sobie bez takich kategorii. Pozostały jako idola theatri dawnej metafizyki i już wówczas uchodziły za pomniki istot i potęg zamierzchłej przeszłości. Przeszłości, dla której mity były wykładnią i tkanką życia oraz śmierci. Kategorie, w których filozofia zachodnia określała swój wieczny porządek natury, wypełniły miejsca zajmowane niegdyś przez Okeanosa i Persefonę, Ariadnę i Nereusa. Moment przejścia odnajdujemy w kosmologiach presokratycznych. Wilgotność, niepodzielność, powietrze, ogień - występujące tam jako pratworzywo natury - to właśnie dopiero co zracjonalizowane osady oglądu mitycznego.
(...) myśl ofiary, ta myśl, za którą ją zamordowano, była błędna.
L o g i k a f o r m a l n a b y ł a w i e l k ą s z k o ł ą u j e d n o l i c a n ia . Podsunęła o ś w i e c e n i u s c h e m a t o b l i c z a l n o ś c i ś w i a ta .
M i t o l o g i z u j ą c e z r ó w n a n i e idei z l i c z b a m i w o s t a t n i c h p i s m a c h P l a t o n a w y r a ż a t ę s k n o t ę w s z e l k i e j d e m i t o l o g i z a c j i : liczba stała się k a n o n e m o ś w i e c e n i a . T e s a m e r ó w n o ś c i rządzą m i e s z c z a ń s k ą s p r a w i e d l i w o ś c i ą i w y m i a n ą t o w a r ó w .
Na tle masowej produkcji złorzeczenia megiery, która w każdym razie zachowała swą odrębną twarz, stają się znakiem człowieczeństwa, brzydota staje się śladem ducha. Jeśli w minionych stuleciach dziewczyna wyrażała swoje podporządkowanie melancholijnymi rysami i miłosnym oddaniem — jako wyobcowany obraz natury, jako estetyczny przedmiot kulturalny - to wszak megiera na koniec odkryła nowe powołanie kobiety.
Potem relacje czasowe przesunęły się. już w pierwszych sekwencjach podany zostaje motyw akcji, aby w toku rozwoju rozpętać nad nim furie zniszczenia: pośród wrzawy publiczności główny bohater poniewiera się w charakterze lumpa. W ten sposób ilość zorganizowanej rozrywki przechodzi w jakość zorganizowanego okrucieństwa. Samozwańczy cenzorzy przemysłu filmowego, jego powinowaci z wyboru, czuwają nad długością sekwencji niegodziwości, rozciągniętej jak polowanie z nagonką. Rozbawienie eliminuje wszelką rozkosz, jaką mógłby sprawiać widok uścisku, i przesuwa zaspokojenie na dzień pogromu. O ile filmy trickowe poza pzyzwyczajeniem zmysłów do nowego tempa w ogóle jeszcze coś mogą osiągnąć, wbijają w mózgi starą prawdę, że nieustające cięgi, łamanie wszelkiego indywidualnego oporu, jest warunkiem życia w tym społeczeństwie. Kaczor Donald z komiksów i nieszczęśnicy w rzeczywistości dostają baty, aby widzowie przywykli do razów, które spadają na nich samych.
Frajda, jaką sprawia przemoc wymierzona w przedstawione postaci, przechodzi w przemoc wobec widza, rozrywka przechodzi w wysiłek. Zmęczone oko nie może pominąć niczego, co eksperci wykoncypowali jako efekt stymulujący, wobec sprytnego produktu nie wolno wyjść na durnia, trzeba nadążać i samemu zdobywać się na brawurowe tempo, jakie demonstruje i propaguje oferta. W rezultacie staje się problematyczne, czy przemysł kulturalny jeszcze w ogóle spełnia funkcję rozrywki, czym tak się szczyci.
Oto więc skąd Dialektyka oświecenia czerpie swą imponującą żywotność; książka ta zawiera kwintesencję „niepamiętnie starej" samowiedzy naszych czasów najnowszych. Jest źródłem i skarbnicą jej głównych archetypów — poczynając od tego, który każe wytrwale tropić i bezlitośnie demaskować wszelkie myślowe i uczuciowe archetypy. To jej oskarżycielski patos, podnoszący do wyższej potęgi całą „sztukę podejrzeń" w wydaniu takich jej dawnych mistrzów jak Marks, Nietzsche, Freud czy Lukacs, rozbrzmiewa pełnym głosem w europejskiej filozofii drugiej połowy stulecia i wciąż daje się usłyszeć jako dominujący ton również w tak dziś donośnym chórze „ponowoczesnych" krytyków nowoczesności. Bo też cała ta formacja wywodzi się - choć sama rzadko do tego się przyznaje - wprost z Dialektyki oświecenia. Tak zwany postmodernizm — i to w obu swych głównych nurtach, późnoheideggerowskim i „poststrukturalistycznym" - na każdym kroku zdradza objawy tego, jak dalece jest poczęty z jej ducha, a więc także zależny od niej i wobec niej wtórny.
Sensem praw człowieka było obiecywać szczęście także tam, gdzie nie ma żadnej władzy. Ponieważ oszukiwane masy domyślają się, że obietnica ta, jako ogólna, pozostaje kłamstwem dopóty, dopóki istnieją klasy, wzbudza to ich furię; czują się wydrwione. Muszą wciąż na nowo tłumić myśl o owym szczęściu, nawet jako możliwość, nawet jako ideę, zaprzeczają jej tym gwałtowniej, im bardziej jest aktualna. Gdziekolwiek myśl ta wydaje się zrealizowana - pośród zasadniczych rozczarowań
— muszą powtarzać ucisk, jakiego doznała ich własna tęsknota. To, co stwarza okazję do takiego powtórzenia, choćby samo było
bardzo żałosne, Ahaswer i Mignon, obcość, która przypomina o ziemi obiecanej, piękno, które przypomina o płci, zwierzę, potępione jako budzące wstręt, które przypomina o promiskuityzmie - wywołuje wolę zniszczenia u cywilizowanych, którzy bolesnego procesu cywilizacji nigdy nie zdołali doprowdzić do końca. W oczach tych, którzy kurczowo opanowują naturę, natura udręczona podniecająco odzwierciedla pozór bezsilnego szczęścia.
Myśl o szczęściu bez władzy jest nie do zniesienia, ponieważ ono dopiero byłoby w ogóle szczęściem.
To, czego człowiek się boi, zostanie mu wyrządzone. (...)
W chaotyczno-regularnych reakcjach ucieczki niższych zwierząt, w obrazach mrowiącej się ciżby, w konwulsyjnych ruchach torturowanych przejawia się to, co z nędznego życia mimo wszystko nie daje się nigdy od końca opanować: impuls mimetyczny. W śmiertelnej walce, w sferze skrajnie przeciwstawnej wolności, wolność prześwieca nieodparcie jako przekreślona determinacja materii.
Z prostego zestawienia dat widać, że tekst Horkheimera, który właściwie nie daje się oddzielić od tekstów z Dialektyki oświecenia, został pomyślany, napisany i opublikowany przed najważniejszymi manifestami Heideggerowskiej krytyki naukowo-technicznej nowoczesności, które wszystkie pochodzą z okresu po słynnym „zwrocie" - czy raczej „nawróceniu się"- Heideggera, czyli z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. (Por. M. Heidegger, List o „humanizmie" (1947-1949); Pytanie o technikę (1949— 1953); Nauka i namysł (1953—1954); Budować, mieszkać, myśleć (1951-1952). Wszystko w tomie: M. Heidegger, Budować, mieszkać, myśleć. Eseje wybrane, red. K. Michalski, Czytelnik, Warszawa 1977.
Utrata pamięci jako transcendentalny warunek nauki. Wszelkie urzeczowienie jest zapomnieniem.