cytaty z książki "Szepty mroku"
katalog cytatów
Żałował, nie po raz pierwszy od kiedy stał się dorosły, że nie uważał, gdy wujek uczył go, jak rozmawiać ze Świętym Ludem.
Kurz zniknął, gdy pojazd zagłębił się w labirynt wąwozów, które tak poszatkowały dolinę z powodu erozji, że przypominała olbrzymią groteskową kołdrę.
Granitowa czapa płaskowyżu, której piaskowcowe podłoże uległo erozji, pękła wzdłuż krawędzi pod własnym ciężarem.
Wrócił do biurka - tęgi, grubokościsty, zmęczony mężczyzna, który wydawał się jednocześnie potężny i niezdarny.
Rogacz nie chce, żeby mu ciągle przypominano o rogach, a nieudacznik, żeby mu wypominano porażkę.
Był niskim mężczyzną o okrągłej twarzy, z beczkowatą klatką piersiową charakterystyczną dla ludzi mieszanej krwi Navajo-Pueblo.
Kiedy ponownie wsiadał do samochodu, zobaczył sowę. Przeraziła go. Miał wrażenie, że leci niemal prosto na pickupa.
Myśl o sowie nie opuszczała go, gdy ostrożnie pozwalał pickupowi zjeżdżać ze stromego brzegu i gdy później jechał po miękkim dnie.
Ciało leżało tuż przy drodze, a reflektory samochodu najpierw oświetliły podeszwy butów. O mały włos, a Joseph Begay przejechałby je.
Młody mężczyzna ubrany był w dżinsy i czerwoną koszulę, na nogach miał miejskie buty. Leżał na plecach, z nogami lekko rozsuniętymi, prawą ręką odrzuconą w bok, a lewą złożoną na piersi. Nadgarstek i dłoń były dziwnie wygięte i sztywne.
Doszedł do wniosku, że ta stara plotkara wiedziała więcej o incydentach z czarownikami, niż była gotowa przyznać.
Pamiętał, że gdy jego ojciec zbliżał się czyjegoś domu, zawsze zatrzymywał się przy bramie i wołał "Dzień dobry!", dopóki nie zauważono jego obecności. Wśród ludzi, których prywatność zależała raczej od odległości sąsiadów, niż od żaluzji, był to praktyczny nawyk.
Kapelusz przykrywała teraz warstewka popiołu, ale na wyblakłym filcu wciąż widniał ciemny zarys połączonych kół w miejscu, gdzie ciężkie srebrne concho chroniło kiedyś materiał przed słońcem.
Światło zachodzącego słońca migotało w kryształkach lodu tworzących się w cienkim, mroźnym powietrzu w górnych warstwach chmury. Nagle jej strukturę rozświetlił od środka silny błysk.
Pies stal się człowiekiem. Wielkim mężczyzną ze skóra wilka na ramionach, z pustą czaszką na głowie. Przeszedł przez plamę księżycowego światła i zniknął za krzakami u stóp zachodniego urwiska.
Człowiek ten trzymał coś w prawej dłoni, coś co miało może stopę długości, było metalowe i odbijało światło księżyca. Był to pistolet z długą lufą i magazynkiem sterczącym przed spustem. Pistolet maszynowy.
W ciemnościach wszystko wydawało się najzupełniej oczywiste. Mężczyzna, który go śledził, był bez wątpienia szaleńcem. Nie mogło istnieć żadne inne racjonalne wytłumaczenie.
Na dnie kanionu po piasku szło się łatwo, wkrótce nastał świt. zatrzymał się w miejscu, gdzie w wyżłobieniu skalnym zebrało się trochę wody.
Wydawało się mało prawdopodobne, by ten człowiek zostawił ich przy życiu, skoro wiedzieli, że popełnił morderstwo.
Sowa pójdźka, z rozpostartymi skrzydłami, uniosła się z pustaci pod nim i znalazła niewidzialny komin powietrza, który wyniósł ją na płaskowyż.
Sosnowy trzonek trafił go prosto w pierś. Nie było najmniejszych szans, by żył. Czarny kapelusz leżał obok głazu, słońce odbijało się od bogatego srebra jego concho.
Lata mijają,
Czas leczy rany,
Martwi nie cierpią,
I my też skonamy.
Historia, którą słyszeli (z czwartej ręki), jest taka, że gdzieś w kanionie na zachodnim zboczu znajduje się jaskinia Wilków Navajo. Podobno czarownicy zbierają się tam w okresie wznoszenia letnich hoganów, znęcają się nad zwierzętami i robią to, co zwykle. I, tak jak zawsze, historie różnią się w zależności od tego, którą plotkę zasłyszysz.