cytaty z książki "Rok magicznego myślenia"
katalog cytatów
Kiedy opłakujemy to, co straciliśmy, zarazem opłakujemy samych siebie. Jakimi byliśmy. Jakimi już nie jesteśmy. To, że pewnego dnia nie będzie nas wcale.
Nie potrafię liczyć, ile razy w ciągu przeciętnego dnia przychodziło mi do głowy coś, o czym musiałam mu powiedzieć.
Wiem też, że jeśli mamy żyć sami, nadchodzi chwila, kiedy musimy uwolnić zmarłych, pozwolić im odejść, pozostać zmarłymi.
Nie możemy też przewidzieć niemającej końca nieobecności, która następuje później; pustki; zupełnego przeciwieństwa sensu; nieubłaganego pochodu chwil, kiedy będziemy się zmagać z doświadczeniem całkowitej bezsensowności.
Życie zmienia się szybko.
Życie zmienia się w jednej chwili.
Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, się kończy.
Kwestia żalu na sobą.
Rzucam klucze na stół za drzwiami i dopiero wtedy sobie przypominam. Nie ma nikogo, by wysłuchał nowiny; nie ma dokąd się udać z nieułożonym planem, niedokończoną myślą. Nie ma nikogo, by się zgodził, nie zgodził, odpowiedział. [...] Innymi słowy, wciąż od nowa zostajemy opuszczeni, nie mając innego przedmiotu uwagi prócz siebie samych [...].
Wszystko idzie jak zwykle, a potem nagle siedzisz po szyję w gównie.
Taka jest dola człowieka.
Nie jesteśmy wyidealizowanymi dzikimi stworzeniami.
Jesteśmy niedoskonałymi śmiertelnymi istotami świadomymi swojej śmiertelności, nawet jeśli ją od siebie odpychamy; nieudanymi właśnie z powodu własnej złożoności, tak skonstruowanymi, że kiedy opłakujemy to, co straciliśmy, zarazem na dobre i złe opłakujemy samych siebie. Jakimi byliśmy. Jakimi już nie jesteśmy. To, że pewnego dnia nie będzie nas wcale.
Żal po stracie, kiedy nadchodzi, zupełnie nie przypomina tego, czego się spodziewaliśmy.
Opuściła nas jedna osoba, a cały świat zdaje się pusty.
Małżeństwo to nie tylko czas: to także paradoksalnie zaprzeczenie upływu czasu. Przez czterdzieści lat patrzyłam na siebie oczyma Johna. Nie starzałam się.
Nie jesteśmy wyidealizowanymi dzikimi stworzeniami.
Jesteśmy niedoskonałymi śmiertelnymi istotami świadomymi swojej śmiertelności, nawet jeśli ją od siebie odpychamy; nieudanymi właśnie z powodu własnej złożoności; tak skonstruowanymi, że kiedy opłakujemy to, co straciliśmy, zarazem na dobre i złe opłakujemy samych siebie. Jakimi byliśmy. Jakimi już nie jesteśmy. To, że pewnego dnia nie będzie nas wcale.
Wiem, czemu staramy się utrzymać zmarłych przy życiu: staramy się ich utrzymać przy życiu, żeby ich zatrzymać przy sobie. Wiem też, że jeśli mamy żyć sami, nadchodzi chwila, kiedy musimy uwolnić zmarłych, pozwolić im odejść, pozostać zmarłymi. Pozwolić im się stać fotografią na stole.
Co ma być teraz „dawnym poziomem zadowolenia z życia", kiedy towarzyszą wieczna nieobecność i rozdzierające milczenie.
Bardziej niż jeden więcej dzień.
Żałoba to miejsce, które się poznaje dopiero, gdy się tam dotrze.
Trzeba wyczuć zmianę fali. Trzeba podążyć za zmianą.
Wieńce brązowieją, płyty tektoniczne się przemieszczają, głębinowe prądy suną przed siebie, wyspy znikają, pokoje zostają zapomniane.
Zdawało mi się, jakbym przekroczyła jedną z tych legendarnych rzek oddzielających świat żywych od zmarłych; znalazła się w miejscu, gdzie mogą mnie zobaczyć jedynie ci, którzy sami niedawno zostali osieroceni. Pierwszy raz zrozumiałam, jaką siłę ma obraz tych rzek - Styksu, Lete; odzianego w opończę przewoźnika z tyką.
Pierwszy raz zrozumiałam sens zwyczaju sati. Wdowy nie rzucają się na płonącą tratwę z rozpaczy. Przeciwnie: płonąca tratwa stanowi dokładną reprezentację miejsca, dokąd przenosi je ich rozpacz (nie rodzina, nie społeczność, nie obyczaj - ich rozpacz).
Ludzie świeżo przez kogoś osieroceni mają szczególny wyraz twarzy, rozpoznawalny zapewne tylko dla tych, którzy widzieli go na własnych twarzach. Widziałam go na swojej twarzy i teraz zauważam u innych. To wyraz całkowitej bezbronności, nagości, odsłonięcia. Wyraz twarzy kogoś, kto z rozszerzonymi źrenicami wychodzi z gabinetu okulisty w jasne światło dnia, albo kogoś noszącego okulary, komu nagle każą je zdjąć. Ludzie, którzy kogoś stracili, wydają się nadzy, bo sądzą, że są niewidzialni. Także ja przez pewien czas czułam się niewidzialna, bezcielesna.
W trudnych chwilach - uczono mnie od dzieciństwa - czytaj, dowiedz się więcej, opracuj problem, poszukaj w literaturze. Informacja oznacza kontrolę.
A może wiara i opłakiwanie to to samo?
W moim wypadku to zaburzone myślenie przebiegało w utajeniu, niezauważone, jak sądzę, przez nikogo, ukryte nawet przede mną, zarazem jednak miało charakter – widzę to z perspektywy czasu - jednocześnie natarczywy i nieustający. Z perspektywy czasu dostrzegam znaki, flagi ostrzegawcze, na które powinnam była zwrócić uwagę. Istniała na przykład kwestia nekrologów. Nie mogłam ich czytać. Trwało to od 31 grudnia, gdy ukazały się pierwsze, aż do 29 lutego, nocy rozdania Oscarów w 2004, kiedy zobaczyłam zdjęcie Johna w przygotowanej przez Akademię składance poświęconej jego pamięci. Widok tego zdjęcia pozwolił mi zrozumieć, czemu nekrologi tak mnie niepokoiły. Pozwoliłam innym ludziom myśleć, że on nie żyje. Pozwoliłam go pogrzebać za życia.
Nic nie rozumiesz, mówiłam. I rzeczywiście nie rozumiał. Ja też nie: byliśmy równie niezdolni wyobrazić sobie rzeczywistość życia bez siebie nawzajem.