Kiedy byliście mali, być może ktoś wam czytał banalną bajeczkę - słowo "banalną" znaczy tutaj: "niewartą czytania" - o chłopczyku, który wywoływał wilka z lasu.
A nawet Wioletka była bardzo ostrożna i zdenerwowana, gdy wyłączała lampę z kontaktu i przyglądała się uważnie samej wtyczce.
Stefano uważnie patrzył na wszystkich po kolei i wyraźnie się wahał, czy ma zadośćuczynić faktom, czyli "przyznać się, że jest Hrabią Olafem i knuje niecne plany", czy też kontynuować mistyfikację, czyli "kłamać, kłamać i jeszcze raz kłamać".
- Z powodu wyjątkowej sytuacji musiałam użyć wytrycha - wyjaśniła spokojnie Wioletka.
- Nie jest pan chyba najwłaściwszą osobą do udzielania dzieciom nauk umoralniających - zgromił go pan Poe.
Bohaterem tej bajeczki jest mały męczydusza, który krzyczy: „Wilk! Wilk!”, chociaż wilka wcale nie ma w pobliżu, i za każdym razem łatwowierni wieśniacy pędzą mu na pomoc, aby przekonać się, że to był tylko żart. Ale raz chłopczyk krzyknął: „Wilk! Wilk!” wcale nie dla żartu tylko, że nikt mu już nie przybiegł na pomoc. Wilk zjadł dowcipnisia, i na tym, Bogu dzięki, bajeczka się kończy.
Morał z niej płynie oczywisty: „Nie osiedlaj się tam, gdzie wilki hasają na wolności” – chociaż ten, kto wam czytał tę bajeczkę, na pewno twierdził, że jej morał brzmi: nie kłam, bo pożałujesz.