cytaty z książki "Boska komedia"
katalog cytatów
Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy [tu] wchodzicie.
W życia wędrówce, na połowie czasu,
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu.
Nie ma dotkliwszej boleści
niźli dni szczęścia wspominać w niedoli
... miłość, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy.
Mocny jak wieża bądź, co się nie zegnie,
Chociaż się wicher na jej szczyty wali.
A kto na ziemi po krótkim przechodzie
Bez wieńca sławy położy się w grobie,
Ten tyle śladu zostawi po sobie,
Co dym w powietrzu, co bańka na wodzie.
Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.
Niech wam wystarczy wierzyć, że tak jest, a nie dociekać, dlaczego jest".
Vexilla regis prodeunt inferni...
(Zbliżają się sztandary króla piekieł...).
Przeze mnie droga w miasto utrapienia...
Miłość, co zawsze miłością się płaci,
Tak mi kazała w nim podobać sobie,
Że go nie zgubię już ni on mię straci.
Miłość nas śmiercią położyła w grobie...
Przede mną żadne nie wszczęło się życie,
prócz odwiecznego- ja wiecznie stoję.
Rzućcie nadzieję,
Wy co tu wchodzicie!
W połowie drogi żywota naszego, nagle się w gęstym obłąkałem lesie. Juz ścieżki prawej moje oczy nie dostrzegą (...)
W życia wędrówce, na połowie czasu, zniesiony stopa w obłędne koleje, pośród ciemnego znalazłem się lasu.
Nigdy nasz rozum nie będzie w dosycie,
Jeśli go Prawda Boża nie ucieszy,
Nad którą nie ma prawdy we wszechbycie.
Lecz tam przyrody słuchać nie umieją,
Czyniąc kapłanem, kto stworzon do miecza,
A królem, kto miał zostać kaznodzieją.
Na błędnych ścieżkach jest stopa człowiecza.
Otwórz twe serce, bo doń z prawdą dążę.
Gdy już tkań mózgu w płodzie się zawiąże,
Stwórca, któremu swój twór uznać miło,
Wesół się zwraca i zstępuje z góry
Ku arcydziełu takiemu natury,
Tchnie weń duch nowy, który z taką siłą
Czynność mózgową jeszcze pół roślinną
Łączy, zespala ze swą treścią czynną,
Aż jedna dusza z nich się przeobraża,
Ta żyje, czuje i siebie rozważa.
Gdybyś ze słów mych sąd pogodził sprzeczny
I mniej się dziwił, zważ upał słoneczny,
Który złączony z sokami, co płyną
Z winnej jagody, przemienia się w wino.
Z prządki wrzeciona gdy nić życia rwie się,
Wnet z ciałem rozwód bierze dusza nasza,
Z sobą co ludzkie, co boskie, unasza;
Czujące władze krzepną w tym momencie,
Lecz za to pamięć, wola i pojęcie
Bystrzej działają i w szerszym zakresie.
Dusza z doczesnych na ziemi noclegów,
Z natchnienia woli, tej skazówki nieba,
Schodzi cudownie do jednego z brzegów,
Tam wieść odbiera, kędy iść jej trzeba.
Gdy wstąpi w miejsce swego pomieszkania,
Ją opromienia siła kształtowania,
Zarówno czynna gdy żyła w swym ciele.
A jak powietrze, gdy mży obłok dżdżysty,
Chłonąc od słońca odblask promienisty,
W rozlicznych barwach tęcz maluje wiele;
Podobnie kędy zatrzyma się dusza,
Otaczająca ją w krąg atmosfera,
Kształt, jaki na niej wyciśnie, przybiera.
A jak z ogniska buchające płomie
Za ruchem jego w ślad idzie widomie,
W kierunku duszy nowy kształt się rusza.
A że kształt tylko jest wyobrażeniem
Samego ducha, zowiemy go cieniem:
Dusza przez związek ze swym kształtem ścisły
Urządza wszystkie aż do wzroku zmysły.
Gdyby wszechwiedzą ludzkość była mocna,
Przecz by Synaczka rodziła Maryja?
Za cóż się czyja nienawiść policzy,
Jeśli kochanie za występek liczem?
Skonałem z wiarą w miłosierdzie Boga.
Grzech mój był wielki, lecz bożej dobroci
Nieogarnione, tak wielkie ramiona
Wszystkich obejmą, kto się do nich zwróci.
O! Florencyjo! tyś zapewne rada
Z tej mowy mojej! bo czyż ona tyczy
Ludu twojego — co tak pięknie gada!
Gdzie indziej czują sprawiedliwość w duszy,
Lecz w czynach tylko lub w radzie ją głoszą;
U ciebie wszyscy na ustach ją noszą,
Jeden drugiemu wciąż nią trąbi w uszy.
Gdzie indziej stronią urzędów publicznych,
Niepewni swoich czy sił, czy przymiotów:
U ciebie każdy na najwyższe gotów;
Wszystko wie, umie, wszystkiego dokaże!
Byle miał głosy wyborców ulicznych!
Słów obelżywych słuchać chęć jest podła.
«Ojcze nasz, niebem nieobjęty twojem,
Przez miłość, z jakąś ukochał głęboko
Pierwsze istoty, co są tam wysoko,
Święć się Twe imię przez wszelkie stworzenie,
Moc, mądrość Twoja przez ich dziękczynienie:
Przyjdź Twe Królestwo, gdy to z swym pokojem
Nie znijdzie do nas, nasz duch mdły, o Boże!
Sam doń o własnej sile dojść nie może.
Jak aniołowie ofiarę Ci w niebie
Robią z swej woli, śpiewając Hosannę,
Oby tak ludzie robili dla Ciebie!
Dziś nam, błagamy, daj powszechną mannę,
Bez której na tej pustyni żywota
Wstecz idzie, kto się więcej naprzód miota.
Jak winy drugich przebaczamy sami,
Ty na karb łaski policz nasze długi,
Przebacz, a nie patrz na nasze zasługi.
Spraw, nasza wola tak ułomna, oby
Starego wroga uniknęła proby!
Zbaw ją od złego, niech z pokus powstanie.
A tę ostatnią modlitwę, o Panie!
Nie mówim za nas, tu złe nas nie mami,
Lecz za tych, którzy zostali za nami».
Modląc się za się i za nas zarazem,
Szły duchy, każdy ugięty pod głazem,
Podobne temu, co w śnie marząc mniema,
Że dźwiga ciężar barkami obiema.
A idąc, mdlały z trudu i żałości,
W krąg pierwszym gzymsem, co górę okola,
By się oczyścić z światowych ciemności.
Jeśli tam za nas modlą się tak szczerze,
Słusznie tu za nich słać modły, pacierze,
Tym, których dobrą zasadę ma wola.
Za czym się zwrócił i rozpuścił rące
Nogi, sposobem biegnącego męża
O płaszcz zielony na werońskiej łące:
A biegł tak szybko, jak ten, co zwycięża.
Więc Kleopatre widzę; uwiezioną
Helenę, powód Trojanów upadku;
Widzę Achilla, chrobrego hetman,
Co dla miłości walczył do ostatka,
Widzę Parysa i widzę Tristana;
Tysiąc miłosnym zatraconych szałem
Dusz tu poznaję z ust mojego Pana.
A gdy do końca Mistrza wysłuchałem,
Co mi wskazywał damy i rycerze,
Litość mię zmogła i zmieszany stałem.
Z pola łez wianie buchnęło ogromne,
Przeleciał po nim gromu błysk czerwienny
I omdlały mi zmysły nieprzytomne,
I padłem, jako pada człowiek senny.
Bać się należy tych rzeczy jedynie,
Z których się szkoda niepowrotna lęże,
Ale nie innych, których groza minie.
Przeto wędzideł było nam potrzeba,
Prawa i króli, co by z wyżyn nieba
Społecznych grodów mogli widzieć wieże.
Prawa są, lecz któż z miłością je strzeże?
Pasterz idący na czele swej trzody,
Przeżuwać może karmę rozmaitą,
Lecz nierozkłute jego jest kopyto.
Tak chce się tam, gdzie się może
To, czego się chce, i więcej nie pytaj.
«Ukamienować młodzieńca!» wołali.
«Ukamienujem,» każdy w tłumie krzyczy.
Młodzian padając pod gradem kamieni,
Nim wpół zgiętego cios ostatni dobił,
Wciąż ze swych oczu drzwi do nieba robił;
I przebaczając ślepą wściekłość wroga,
Za prześladowców modlił się do Boga,
W postaci takiej, co litość porusza.
Do rzeczywistych przedmiotów gdy dusza
Zeszła z tych widzeń, co zewnątrz jej były,
Poznałem, gdy się zmysły rozbudziły,
Że treść mych złudzeń nie była fałszywa.
Mój wódz, co na mnie mógł patrzeć w tej chwili
Jak na człowieka, co ze snu się zrywa:
«Czego się słaniasz?» mówił mi, «co tobie?
Zamknąwszy oczy, tyś uszedł z pół mili,
Chwiejąc się na wzór nocnego błąkacza,
Co się od wina lub od snu zatacza».
«Ojcze mój,» rzekłem, «powiem prawdę całą,
Co mi się w duszy jak w śnie przywidziało,
Kiedy pode mną drżały nogi obie».
A wódz: «Sto masek włóż na twoje lica,
Wszystkie twe myśli przejrzy ma źrenica.
Twoje widzenia na to objawione
Były w twym duchu, byś serce spragnione
Rzeźwił słodkimi wodami pokoju,
Z wiekuistego jakie płyną zdroju.