cytaty z książki "Moje smoki na dobre i złe"
katalog cytatów
Właśnie skończyłem siedemdziesiąt lat. Przygotowuję się do starości. Wciąż mam wielką ochotę na życie, lecz teraz zmieniła mi się perspektywa. Świat zacząłem inaczej doświadczać. Zrywając kartkę z kalendarza, wiem, że czasu nie wyprzedzę. Muszę mu się podporządkować. Ale i tak uważam, że jest dla mnie łaskawy. Chyba mogę nawet powiedzieć, że jestem szczęściarzem. Tak, to będzie najlepsze podsumowanie opowieści o smokach mojego życia. Tych dobrych i tych złych. Pewnie złych było więcej - na tym polega natura życia. Lecz jako Szczęściarz mogę zapewnić:
Proszę Państwa, smoka pokonać trudno, ale starać się trzeba.
Ostatnia kropka oznacza koniec tajemnicy. Póki buduje się świat na papierze, można z tym zrobić wszystko. Niesamowite uczucie: pisarz jest bogiem, od początku tworzy świat i postaci. A potem... Zaczyna się reżyseria, czyli przygoda intelektualna, w dużej mierze polegająca na umiejętnościach organizatorskich.
W tej chwili mam poczucie, że co miałem powiedzieć w kinie autorskim, już powiedziałem. Moje filmy to ślady moich zmagań z życiem. Sięgałem po to, co mnie dręczy, a z czym sam sobie nie mogę poradzić. Teraz czas na coś innego.
Smok popularności zmusza mnie do bycia bez przerwy w pogotowiu. Nie mogę na przykład pozostawić po sobie brudu i bałaganu w hotelu. Ta świadomość, że każda sprzątaczka, każda recepcjonistka wie, że to ja nabrudziłem, a nie jakiś tam kolejny anonimowy gość, zawsze zmusza do odpowiednich zachowań. Niedawno to sobie znowu uzmysłowiłem, kiedy wycierałem stolik po moich lekarstwach.
Nagle przekonałem się, jak niewiele trzeba do przekroczenia tej cienkiej granicy pomiędzy życiem a śmiercią. Jak ważny jest oddech - wdech, wydech, każde uderzenie serca. Wsłuchiwałem się w swój organizm niczym w skomplikowaną maszynerię, której tak naprawdę nie znam i nie rozumiem, a która może zaskoczyć mnie w każdej chwili.
Moje serce już nigdy nie będzie zdrowe, ma ubytek. Muszę regularnie poddawać się okresowym badaniom. I zabijać w sobie ten lęk, że serce odmówi posłuszeństwa w najbardziej nieodpowiedniej chwili - na scenie, w samolocie, w orientalnym kraju, gdzie nie wiadomo, na jakim poziomie jest służba zdrowia...
Choroba uczy pokory - tego stanu niezwykle ważnego dla artysty, żyjącego na świeczniku, otoczonego tłumami, które zaspokajają jego narcyzm. W jednym momencie świat przewraca się do góry nogami. Dopiero szło się czerwonym dywanem, dopiero podpisywało się książkę dla stojących w długiej kolejce, aż tu nagle... Leży się w wymiotach i krwi.
Choroba nauczyła mnie pokory. Nauczyła mnie tolerancji. Nauczyła cierpliwości w cierpieniu. Nauczyła słuchania i wykonywania poleceń. Uzmysłowiła mi, że znając źródło i przyczynę, mniej odczuwa się ból. Ukazała mi piękno życia. Uświa domiła, jak jestem kochany przez najbliższych. Pokazała, jak wielu ludzi mnie lubi. Schudłem ponad dwadzieścia pięć kilo, dzięki czemu pozbyłem się nadciśnienia i wysokiego cholesterolu. No i - choroba sprawiła, że najpiękniejszym słowem w moim słowniku stała się nadzieja.
To moje ciągłe współżycie ze światem choroby. Nie jest łatwo. Trzeba wypracować sobie sposób przyjmowania na siebie cudzego nieszczęścia. A tego nieszczęścia jest naprawdę dużo... Lecz podchodzę do tego jak do misji. Zawsze miałem potrzebę mówienia. To mówienie do ludzi leżało u podstaw mojego bytowania. Jestem wręcz przekonany, że to mój obowiązek.
W Warszawie wszedłem do sali w dziecięcym szpitalu onkologicznym. Leżał chłopczyk, może ośmioletni, po operacji płuc. Jego mama prosi:
-Niech mu pan coś powie Osiołkiem...
Widzę, że mały się śmieje. Ale ma blizny, to go boli. Grymas bólu zamienia mu się w śmiech, niesamowita mimika. Naprzemiennie ból, śmiech, ból, śmiech. Przerywam i pytam: -Mam mówić dalej? Bo widzę, że cię boli.
A on kiwa głową, że tak, mam mówić.
Służę swoimi zdolnościami na scenie i przed kamerą. I służę ludziom chorym. Jeżeli nic na tym świecie nie dzieje się przypadkiem, to znaczy, że i moja choroba była po coś. Pozwoliła mi na odegranie największej roli w życiu.
Tego popołudnia mieliśmy z Basią zaszczyt wziąć udział w obiedzie u Jana Pawła II. Podano zupę. W trakcie jej spożywania papież mnie zagadnął. A było to dwa lata przed jego śmiercią, mówił już z wielkim trudem:
-Ja pana widziałem na scenie... w Dziadach. Chwilę zastanawiałem się, co odpowiedzieć. Znałem poczucie humoru papieża, więc spróbowahem kontrowersyjnie:
-Ojcze Święty, ale ja tam grałem Belzebuba... Znowu cisza. Jemy zupę. Po czym papież na mnie patrzy aktorskim okiem. I ja na niego patrzę aktorskim okiem, dostrzegając w jego oczach figliki. Papież mówi:
- Ról się nie wybiera - odkłada łyżkę, palcem pokazuje na mnie i na siebie - Belzebub i Papież, takie role przyszło nam grać. I gramy je, i siedzimy razem przy stole.
Zawsze uważałem, że skoro jestem obdarzony pewnymi zdolnościami, to moim obowiązkiem jest służyć ludziom, ofiarowując im te zdolności. A że aktorstwo to umiejętność zapamiętywania w sobie pewnych stanów nerwowych i odtwarzania ich na zawołanie, moim obowiązkiem jest dostarczać ludziom całej skali emocji - od śmiechu, przez wzruszenie po przerażenie. I staram się to robić. Wkładam w tę pracę całą swoją energię.
Nauczył mnie (przyp.Konrad Swinarski), że przede wszystkim trzeba być człowiekiem. Artystą tylko się bywa.
Nadszedł czas, że poczułem głód dokonania czegoś więcej. Aktor w filmie musi kłaść uszy po sobie, czekać na montaż, by się dowiedzieć, czy w ogóle pojawi się na ekranie. Nawet jeśli został obsadzony w roli głównej, to nie decyduje o tym, które sceny ostatecznie wejdą. I zawsze istnieje ryzyko, że nie wejdą te, które według niego są najlepsze. A przecież tyle życia się pracy poświęciło, życia w drodze i w taksówce, daleko od domu, w wiecznej tułaczce. Przychodzi w końcu taki moment, że coś zauwierać. Miłość do kina rozbudza w człowieku chęć wzięcia za sztukę odpowiedzialności. Niech to będzie już moje, od początku do końca. I tak zaczęła dojrzewać we mnie potrzeba zajęcia się reżyserią.
Niedawno stłukła się amfora, która przez lata stała na moim biurku. Okno było otwarte, przewrócił ją przeciąg. Moja żona powiedziała:
- No, stłukło się, i co?
A ja byłem zrozpaczony. Bo niczego mi, proszę Państwa, tak nie żal jak porcelany...