W ciągu następnych dni również przychodziła punktualnie, jak gdyby zapraszana na przyjęcia dyplomatyczne.
Jej umięśnione małe swawolne ciało, jakby znajdujące się ciągle na sprężynach radości, wyskakiwało jak piłka do każdego pożądanego celu, z matematyczną dokładnością w mięśniach, z tygrysią odwagą w sercu.
Wydało się, że pies prosi o darowanie win, których nie popełnił. Kiedy jednak inżynier gwałtownym ruchem, który każdy pies zna już, zanim przyjdzie na świat, schylił się i podniósł kamień, suka skomląc, z podkulonym ogonem natychmiast wybiegła z ogrodu.
Widocznie przebaczyła, że jej nie przebaczono. Cóż należało jej przebaczyć? To, że nie urodziła się człowiekiem.
Nie ma większego, bardziej podstępnego terroru niż miłość. Swoją słabością i zdaniem się na łaskę losu potrafi przezwyciężyć niechęć i zobojętnienie. Człowiek nie umie uwolnić się od jej uścisku, zwierzę – bardzo rzadko.
Jeśli z pięciu szczeniąt jedno się zabierze, czy suka to zauważy? Jeśli dwoje? Jeśli troje? A jeśli pozostawi się jedno, czy suce wydaje się tylko, że w legowisku jest mniejsza krzątanina, cichsze skomlenie i szczęknięcia, mniej jest do mycia, a spośród wielu wymion jednym zaledwie można karmić? (...) Cóż bowiem warta jest miłość matczyna - choćby nawet z punktu widzenia dążącej do nieustannego rozmnażania się przyrody – która zadowala się tylko resztką, mimo że stać ją na całość?
Potrafił oprzeć się ogłupiającemu wpływowi posiadania władzy.
Nadużywanie władzy, ta choroba wszystkich królów, wodzów i dyktatorów, kierowników i sekretarzy, wszystkich pastuchów, świniarzy i oborowych, wszystkich ojców rodzin, wszystkich wszystkich wychowawców, wszystkich starszych braci, wszystkich starych i młodych ludzi, którym podporządkowane są inne żywe istoty, ten fetor i żądza, jakiej poza człowiekiem nie przejawia żadna krwiożercza bestia, ta klątwa i bluźnierstwo, wojna i zaraza – wszystko to nie było znane w domu Ancsów. Nie ograniczano niepotrzebnie swobody Niki.
Ani na temat swego własnego losu, ani na inne pytania nie otrzymał wyjaśnień, chociaż – żeby się trochę górnolotnie wyrazić – wieloma sprawami przejmował się za swoich współziomków. Tak samo jak pies, głupie stworzenie niższego rzędu, nie był w stanie zrozumieć konieczności, która dyktowała pewne czyny, ponieważ nie dano mu możliwości zrozumienia jej.
Niepojęte, za pomocą jakiej ekspresowej agencji informacyjnej okoliczne psy z całej dzielnicy dowiadują się o tej radosnej nowinie, że gdzieś w pobliżu jakaś suka czeka na miłość.
Zaobserwowała, że wszystkie psy, również te największe, zachowywały się po rycersku i żaden z nich nie mścił się na Niki nawet wtedy, gdy ugryzła go w sposób szczególnie dziki (…) Wnioski Anscowej, wyciągnięte z tych obserwacji nie pochlebiały rodzajowi ludzkiemu.
Psy nigdy nie zaprzestawały swych natarczywych zabiegów, choćby Niki przyjmowała te próby z największą wściekłością. I jeśli Ancsowa nie sięgnęłaby wtedy po parasol męża, Niki, według wszelkiego prawdopodobieństwa, musiałaby w końcu się poddać, być może kilka razy po kolei.
Bezwarunkowo i stanowczo należy uważać za wypaczony gust lub nawet za zboczenie, że jej kobieca namiętność kierowała się nie do zwierząt tej samej rasy, szorstko- lub gładkowłosych foksterierów czy innych psów podobnej wielkości, lecz – podobnie jak niektóre białe kobiety kochające się z czarnymi mężczyznami – najbardziej lubowała się w dużych czarnych psach.
Po ogłoszeniu komunikatu o procesie i wyrokach Ancsa stał się zamknięty i milczący, jak zresztą cały kraj.
Wolności nie można niczym zastąpić ani uzupełnić.
Ta muzyka właziła człowiekowi pod skórę, w opuszki palców, w bebechy. Z estrady tylko pryskały w górę połamane pałeczki perkusji. Grali jak opętani, proszę pana, miotali się z zamkniętymi oczyma, a długie włosy powiewały im jakby naelektryzowane muzyką, głowy im chodziły, cud że mózg im się z nich nie wylał.
Wszystkie chmury płynęły w tym samym kierunku, co samochód – w stronę Montany (…). Nie chmury, lecz ptaki. Wszak podczas zniszczenia Niniwy nad skazane na zagładę miasto nadleciały takie gromady ptaków, że aż niebo pociemniało. Rozwarły się wrota wiekuiste i zewsząd wyfrunęły niezmierzone ilości ptactwa, które łącząc się w coraz większe stada, błyskawicznie rosnąc, przeistoczyły się w falującą grubą zasłonę, oddzielającą ziemię od nieba, mrok od jasności.
Orły na grzbietach swych niosły maleńkie czyżyki, łabędzie – wilgi, a sokoły podtrzymywały z trudem fruwające tłuste przepiórki, a modronose, purpurowe i nadobne czaple wespół z białymi warzęchami opiekuńczo otoczyły lecące na oślep, ociemniałe w słońcu sowy i puchacze, aby te z wysokości nie runęły w pozorną światłość logiki.
– Bez żadnego przystanku, niczym rwący przez cały kraj potok, przepływał kolo nas pochód – mówiła Estera – i oczywiście nie zatrzymywał się nawet wtedy, gdy ktoś padał na ziemie; wtedy strzałokrzyżowcy skopywali go z drogi.
- Szli i szli – powiedziała Beverly – jakby pół kraju wybrało się w podróż z dawką haszyszu w płucach lub porcją heroiny w żyłach. Młody jasnowłosy chłopiec dostał ataku katalepsji, aż go wyrzuciło z szeregu, i z pianą na ustach upadł akurat nam pod stopy.
I nadlatywały dalej kosy, sikorki, ogrodniki, strzyżyki, dzierzby, małe i wielkie słowiki, podróżniczki i rudziki, nadlatywały fikuśne świstunki, i muchołówki, i strumieniówki, a potem jaskółki dymówki, brzegówki i oknówki, nadlatywały podkamionki (obecna nazwa – białorzytki - przyp. mój ŁS), łozówki, małe i wielkie dzięcioły, ćwierkające pokrzewki, wróble skalne, jemiołuszki.
Gdzie się człowiek nie ruszył, widział mniejsze lub większe grupy leżących w błocie, upaćkanych, splecionych w uścisku, z zamkniętymi lub wybałuszonymi jak w febrze oczyma głośno jęczących ludzi, którzy w wyniku przedawkowania, względnie zażycia sfałszowanych narkotyków, doszli do takiego oszołomienia, iż nie byli w stanie wezwać lekarza lub dowlec się do namiotów Czerwonego Krzyża.
Cały teren wyglądał jak Hiroszima w dzień po wybuchu bomby. Nigdzie żywego człowieka, tylko śmieci i ruiny, co najmniej milion pustych butelek po winie, większość potłuczona.
- Z każdego namiotu dołączały do kolumny nowe grupki, tak samo brudnych, zasmarkanych i zaplutych typów. Było ich tylu, że straciłam nadzieję na znalezienie jakiegoś miejsca w pobliżu estrady. Większość z nich była nieźle zaprawiona.
- Maszerowali, jakby szli na spacer – mówiła Estera – a przecież ich pędzono, gnano. Ni początku, ni końca tego pochodu nie było widać. Po obu stronach, ochryple wrzeszcząc, kroczyli strzałokrzyżowcy z pałkami lub pejczami w reku, słychać było świst pałek oraz jęki bólu katowanych.
Zapaskudzeniu świata nie ma końca, wreszcie i sam kat, ze śpiewem na ustach, wejdzie za swą ostatnią ofiarą do komory gazowej, ponieważ już nic więcej nie zostanie mu do roboty.
W niekończącym się pochodzie – mówiła Estera – szła uśmiechnięta pogodna młodzież. Jedni śpiewali, inni tańczyli. Dość długo jednak trwało, nim zauważyłam, że oni wcale nie tańczą, tylko się zataczają, że to im każą tańczyć, zmuszając do tańca. Jeden ze strzałokrzyżowców, który z boku eskortował kolumnę, chlasnął pejczem po nagich kostkach młodego chłopca.
-… jeden z nyilaszowcow – mówiła Estera – potężnej budowy mężczyzna z pomarańczowym szalem na szyi….
-… zamierzył się nożem… - powiedziała Beverly.
-…i z wysoka wbił w jednego z leżących na ziemi Żydów z karnej kompanii pracy - mówiła Estera.
- ….nie widziałam jego twarzy - powiedziała Beverly – ponieważ był ode mnie odwrócony tyłem; siedział na brzuchu Mereditha Huntera i wbił w niego nóż.
Kominy fabryk Starej Budy czarno rysowały się na czerwonym tle, niczym zbędne wykrzykniki w zdaniu, którego nie dopowiedziano do końca.
Tarasując całą jezdnię, człapali ludzie z olbrzymimi workami i tobołami na plecach; niektórzy, przygięci niemal do ziemi, ciągnęli za sobą wózki ręczne wyładowane pościelą, naczyniami kuchennymi, meblami.
- Nie skrzywdzi mnie pan, prawda? – zapytała głosem stłumionym przez nagłe podniecenie. Mężczyzna milcząco pokręcił głową. (…) – nieprawda – rzekła. – Pan mnie zabije.
Dziecinnie gładkich policzków troska nie przeorała jeszcze ani jedną zmarszczką, a doświadczenia nie zostawiły na nich swojego piętna. Pucułowate, niemowlęce policzki kokietowały Furie swym złocistym meszkiem.