Myślałem, że już nigdy nie pozbędę się tego imienia, ale wtedy pewnego dnia przed klatką stanęła stara pani Berkowitz. Spojrzała na mnie, pogłaskała po łbie i powiedziała:
- Bródka? Tak ci dali na imię? Jasna cholera!
Była elegancką damą o niezbyt eleganckim słownictwie.
Jeśli więc wymsknie mi się jakieś mało eleganckie określenie, to wiedzcie, że to nie moja wina. Tylko kwestia błędów wychowawczych.
Pachniało smutkiem... Jak w starej lisiej norze, w której już nikt nie mieszka. Nie wiem, czy kiedykolwiek byliście w starej, opuszczonej lisiej norze. Panuje tam kiepska atmosfera, wszystko pachnie przeszłością i pożegnaniami oraz szczęśliwymi lisimi latami, które już nigdy nie wrócą. Tu było podobnie.
Dwaj zepsuci. Blisko siebie o świcie.
- Dlaczego nie możesz być choć trochę szczęśliwy? Jak inni ludzie?
- Bo tylko jedna rzecz sprawiłaby, żebym ponownie poczuł się szczęśliwy: gdyby Linda znów była ze mną. A tak się nie stanie. Naprawdę myślałem, że dam radę. Że wreszcie przejdę nad tym do porządku dziennego i będę żyć normalnie. A jestem tylko użalającą się nad sobą zdołowaną świnią. Taka prawda. Każdego dnia jestem wściekły, zrozpaczony, samotny i zawstydzony. Jeśli mam dobry dzień, nie chcę się zabić ani strzelać innym ludziom w głowy.
- Słyszę tylko: ja! ja! ja! A co ze mną?
- Przykro mi, że trafiłeś akurat do mnie. Zasługujesz na więcej.
Logiczne. Niestety, było jednak tak, że nie chciałem niczego lepszego. Właśnie w tym jest problem, kiedy się kogoś lubi. Że nie chce się nic lepszego.