cytaty z książki "Śpiewaj ogrody"
katalog cytatów
Czym jest szczęście? Ten filozof Schopenhauer, mówi,że szczęście to jest bark odczuwania bólu.Czyli,że wystarczy nie czuć cierpienia. Nieprawda. Można nie odczuwać bólu i wcale nie być szczęśliwym. To jest jak natchnienie. Nagle niespodziewanie,nie możliwe staje się możliwe. Otrzymujesz od życia coś, o czym wcześniej nie miałeś pojęcia,że istnieje.
...czas to podstępny złodziej. Przychodzi niepostrzeżenie i zabiera wszystko. Ale nie od razu.
I co to właściwie znaczy - być natchnieniem dla kogoś, kto się w tobie kocha? Przecież nie dyktowanie wierszy, nie suflowanie zdań. Już raczej ten rodzaj napięcia, który powoduje, że zdania Poety w pewnym momencie zaczynają toczyć się same, wyzwolone od wszystkich ograniczeń, jak górski, wezbrany potok po ulewnym deszczu, porywający drzewa i kamienie.
Nie zapomniałem tamtego dnia u schyłku lata, gdy po raz ostatni byłem z ojcem na plaży. Nie, nie zmarł ani nie rzucił nas dla młodszej kobiety. Po prosty zawsze przychodzi taki dzień, kiedy idzie się z ojcem na plażę czy nad jezioro ostatni raz. Potem jeździ się w takie miejsca już tylko z kolegami, w klasowej paczce, szukając dziewczyn, taniego alkoholu i innego rodzaju wrażeń, które uchodzą za fundamentalnie przełomowe.
Dusza? Ten wynalazek kapłanów i filozofów, o którym wiadomo jedynie tyle, że przez tysiące lat nie rozstrzygnięto tak naprawdę, czym jest, o ile jest?
Frankowski był wierzący, co tydzień chodził z Bernatką do katedry, przyjmowali komunię. W niemieckim niebie nie było już miejsca dla Frankowskiego. A polskie niebo wypełniały niemieckie samoloty.
- Czy nie rozumiesz, że słowa nie padają w próżnię? – odparł. – To nie są igraszki. Tam, gdzie pali się książki, skończy się na paleniu ludzi. Wiesz, kto to powiedział?
Nie pamiętałam.
- Heine.
Bóg - gdyby istniał - nie mógłby orzekać, ponieważ zna jakoby nasze losy od narodzin po śmierć. Skoro wszystko jest przesądzone, zapisane, jakimże absurdem byłoby wymierzanie nam sprawiedliwości?
- A co nazywasz nicością? – pytała Greta.
- Taki punkt, z którego nie ma powrotu – odpowiedział – tak jak teraz my, Niemcy. Nie ma powrotu. Szczurołap wyprowadzi nas z naszych miast. Spłoną. Będą zrujnowane. Zarosną chwastem. Tak będzie. Zobaczysz.
Stanęli na baczność i odśpiewali - nie wiadomo przez kogo zaintonowaną pieśń – +Boże, coś Polskę+. Wszystkie zwrotki. W mundurach Wehrmachtu. Wraz z refrenem: +Ojczyznę wolną, racz nam wrócić, panie+. (…) Za taką pieśń trafiało się właśnie na Gestapo i do obozu. A tu nic. No nic. Niemcy milczeli i cierpliwie czekali. Pociąg wypełniony kaszubskimi rekrutami wreszcie ruszył.
Z podróżą bywa tak, że kiedy przydarza się w odpowiednim momencie, uskrzydla nas, więc wtedy właśnie byłam uskrzydlona.
Patrzyłem na jego szorstkie, spracowane dłonie. Ojciec też nie miał zbyt wypielęgnowanych palców, ale jednak dłonie pana Bieszka to były dłonie do pługa, lejców, noszenia bagaży, zrzucania węgla, zbierania kartofli w polu, żęcia owsa kosą, karmienia drobiu i świń. To były kaszubskie dłonie, dłonie, które miały co najmniej tysiąc lat historii w swoich brodawkach, odciskach, bruzdach, w mitrędze codziennej roboty, gdzie zawsze chodziło o to samo: żeby zdobyć trochę jedzenia i nie głodować na przednówku.
... Czy wiesz, ilu Frankowskich zginie? Wiedziałam. Wszyscy wiedzieli. A ci, którzy potem mówili, że nie wiedzieli, wiedzieli, że wiedzieli.
To były kaszubskie dłonie, dłonie, które miały co najmniej tysiąc lat historii w swych brodawkach, odciskach, bruzdach, w mitrędze codziennej roboty, gdzie zawsze chodziło o to samo: żeby zdobyć trochę jedzenia i nie głodować na przednówku.
Mowa, którą i Niemcy, i Polacy uważali za narzecze podrzędne: język pastuchów, rybaków, robotników i służących.
Gdyby Polacy nie mieli zgoła niedorzecznego obyczaju wyboru swego króla, ten gruby wół książę Leszczyński nigdy nie objąłby dwukrotnie tronu swego kraju i nie zostałby dwukrotnie tego tronu pozbawiony.
Kupiła rower i odtąd każdą wolną chwilę - przy pogodzie – spędzała na nadmorskiej promenadzie. Szczęśliwa, gdy słonce dotykało jej twarzy i kiedy wiatr unosił z lekka jej włosy. Uwielbiała ten pęd. I zapach morza. Tak, uwielbiała to: była samotna i szczęśliwa.
Właściwie uczył ją miłosnego kunsztu, jak mistrz kompozycji, który w fudze stosuje reguły kontrapunktycznej sztuki, a ona, oddana uczennica, miewała momenty, w których prześcigała mistrza.
Hotelowe pokoje są jak dworce: niczego nie przechowują. Ani jednej myśli poety, ani jednego szeptu kochanków.
Nie zamierzaliśmy na razie wracać do Wolnego – to słowo nie miało już żadnej wartości - Miasta Gdańska.
Galiński – wydmuchując dym z papierosa – oświadczył ni mniej, ni więcej, że Hitler – choć miał twardą rękę – zasługuje na naszą, polską wdzięczność, ponieważ uwolnił nas od żydowskiej zarazy. Wuj Henryk zakaszlał, moja mama pobladła, ojciec raptownie wstał, odsunął krzesło, i bardzo głośno powiedział: Wyjdź z naszego mieszkania i nie przychodź do nas, nigdy.
Ernest Teodor odpowiadał żonie sucho i rzeczowo. Owszem, uważa Wagnera za ciekawego kompozytora, ale nie za geniusza. To po pierwsze. Po drugie - to, co w Wagnerze naprawdę odkrywcze, oryginalne, piękne - natychmiast zostaje przykryte jego pycha I nie chodzi tu o życiowe sprawy - kochanki, rozwody, miłosne awantury, rywalizację z innymi muzykami, insynuacje, pomówienia. Nie, chodzi - jego, Ernesta Teodora, zdaniem o pyche artystyczną. Najpierw niewiarygodna ilość blachy. Tak ciężka, że każdy - istotnie piękny motyw - potrafi zakryć tym rodzajem wrzasku, który nie daje mu korzyści. Jakby przewidział niebywały rozrost w swojej ojczyźnie orkiestr dętych. Strażackich, woj skowych, policyjnych, kolejarskich, szkolnych i nawet robotniczych. Potem-cała ta mitologia. Niewiarygodne panowanie kiczu. Ani to prawdziwie ludowe, ani narodowe, choć za takie jest po wszechnie uznawane.
Tamtego roku, kiedy Kunciusa zastąpił Fox, nikt nie przypuszczał, że to ostatni raz. Chcesz ciasta? Nie musisz wracać? Nigdy się przecież nie wie, że to ostatni raz.
Nie lubił katolickich księży; pchali się do duszy, jakby to było ich własne podwórko.
Pan Bieszk spojrzał najpierw na ojca, potem na szypra. Był to rodzaj niemego pytania - czy można temu knopowi" powiedzieć prawdę? Zaden z nich nie zareagował. I nagle potoczyła się opowieść. Najpierw o Stutthofie, gdzie pan Bieszk trafił jako młody chłopak. W obozie spędził niemal rok, wystarczająco długo, bykiedy Niemcy ogłosili amnestię dla Kaszubów nieobciążonych najcięższymi przestępstwami przeciwko Rzeszy Niemieckiej - zgodzić się na wstąpienie do Wehrmachtu. Ojciec pana Bieszka był już rozstrzelany - w tym samym obozie - jeszcze wtedy nie było gotowego krematorium i zwłoki poddanych egzekucji palono na stosach, w lesie, tuż za drutami pod napięciem. Pan Bieszk był akurat w komandzie, które przez cały dzień zbierało drewno z lasu na ten stos. Pożegnał ojca cichą modlitwą, więcej nie mógł zrobić. A potem były Kartuzy. Zgrupowanie czterystu młodych mężczyzn na front wschodni. Wielu z nich nie umiało więcej niż dwa, trzy zdania po niemiecku. Już w mundurach, choć jeszcze bez broni - tę mieli otrzymać dopiero na froncie - stali na peronie. Pod czujnym okiem gestapowców i SS-manów. Za nimi matki, żony, siostry, narzeczone. Lejące łzy. Nadjechał pociąg. Lokomotywa wypuściła syczący kłąb pary, rozległ się gwizd - znak do wsiadania. Ale nie wsiedli od razu. Nie. Stanęli na baczność i odśpiewali - nie wiadomo przez kogo zaintonowaną pieśń - Boże, coś Polskę. Wszystkie zwrotki. W mundurach Wehrmachtu. Wraz z refrenem -"Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie". Było to niesamowite. Za taką pieśń trafiało się właśnie na Gestapo i do obozu. A tu nic. No, nic.
Kilku Polaków i Kaszubów kończyło tam jakieś swoje sprawy. Mają nade mną przewagę – pomyślał sobie Ernest Teodor, sącząc piwo – że mówią i rozumieją po niemiecku, ale ja nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, o czym oni mówią. To są obce odrębne światy. I nic ich nigdy nie połączy. Jesteśmy obcy. Tak jak Brahms Wagnerowi i Wagner Brahmsowi.
No i czym jest dusza, skoro nie jest ciałem – już martwym, nieruchomym, już wkrótce przyrzeczonym ziemi? I co to znaczy, że ona, ta dusza, musi pilnować, żeby w jej ciało, jej własne i przynależne od urodzenia, nie weszła jakaś inna dusza, zła? Jak byłoby to możliwe? Jak mógłby na to pozwolić Pan Bóg? Przecież to On, nikt inny, kiedy rodzi się człowiek, daje mu jedną dusze, nie dwie czy trzy. A może po śmierci jest inaczej? Może taka wymiana jest możliwa? Jeśli jednak jest możliwa, to znaczy, że Pan Bóg nie panuje nad wszystkim. Nie powinien dopuszczać do takich sytuacji. Gdybym to ja – na miejscu pani Bieszk – leżał w zarku [trumnie- przyp. moje], gdyby to moja dusza krążyła teraz przy pustej nocy, jakie miałbym sposoby, żeby do swojego, martwego już ciała nie wpuścić innej duszy – złej i przeklętej? I po co miałaby tam w moje ciało wchodzić, skoro jutro, pojutrze zakopią je w ziemi?
- Winę można wyznawać lub głosić, jeśli zakłada się, że żyjemy w świecie podzielonym na dobro i zło. A to wymaga istnienia Boga. Pan na pewno w niego wierzy w taki czy inny sposób. Ja natomiast nie. Żyję w świecie bez winy. Dlatego nawet gdybym zrobił to, o co mnie podejrzewacie, nie mógłbym powiedzieć – jestem winien.
- Ale tu nie jest Rzesza – odparł Fox – jesteśmy w Wolnym Mieście Gdańsku.
- Może pan złożyć skargę do komisarza Ligi Narodów – Merz zmienił tonację – całe to Wolne Miasto, ten pokraczny bękart traktatu wersalskiego, to ich wymysł. Przy knowaniach Polaków. Oddzielili nas od ojczyzny korytarzem do morza. Te ziemie nigdy nie były polskie.