Chętnie bym się dowiedziała, czy u innych ludzi mózg jest odpowiedzialny i za rozum, i za szczęście. U mnie mózg wystarcza tylko na to, żeby zrobić szczęście. Na zrobienie życia już nie wystarcza. W każdym razie na zrobienie mojego.
Piękno daje nam oparcie, chroni lub oszczędza człowieka. Brzydota czyni każde otoczenie nieprzychylnym, uniemożliwia zadomowienie się.
Pół nocy wracałam z dworca do domu. Marzyłam, żeby nie dojść nigdy. Już nigdy nie zasnęłam w nocy.
Chciałam, żeby miłość odrosła jak skoszona trawa.
Bycie obcym jest z pewnością ciężarem, ale obcość w niemożliwej bliskości jest przeciążeniem.
Zawsze, kiedy muszę już iść, chciałabym zostać w domu, tak jak zostaje strach, od którego nie mogę Paula wyzwolić. Jak moje szczęście, zostawiane w domu, gdy wychodzę. On o tym nie wie, nie zniósłby tego, że moje szczęście zdaje się na jego strach. O wie to, co widać.
Kiedy się kłóciliśmy, miałam wrażenie, że byłoby lepiej, gdybyśmy milczeli, żeby nie powiększać rozdarcia. Jednak kiedy milczeliśmy, lepsze byłoby każde grubiaństwo, ponieważ kłótnię, podczas której dało się upust wściekłości, łatwiej sobie przebaczyć niż bezgłośnie liczone urazy.
Proboszcz mówi, że groby Rumunów nie należą do cmentarza. Że groby Rumunów pachną inaczej niż groby Niemców.
Wieczorem, powiedziała córka służącej, kiedy jest już ciemno, wraca do domu pan, jest oficerem, przepija swoje dni w kasynie wojskowym przy placu Wolności. Wieczorem to droga jego znajduje, a nie on drogę. Gdy wychodzi, kelnerki zakładają mu na głowę czapkę od munduru tyłem do
przodu. I tak telepie się po ulicach, aż droga do domu go
znajdzie, z daszkiem czapki na karku.
Pan się czuje niewinny. Ale przecież nikogo nie bije się bez powodu.
Kapitan Pjele powiedział: - Żyjesz z prywatnych lekcji, podburzania narodu i kurwienia się. Wszystko wbrew prawu.
Kiedy w ciemnym mieście nie ma prądu, noc przychodzi od dołu, najpierw odcina nogi. Wokół ramion utrzymuje się jeszcze szare światło, które wystarcza do kołysania głową, zaciskania oczu. Do patrzenia nie wystarcza.
Tam, gdzie rosną krzaki, noc gotuje się do skoku między liśćmi i napadem.
Miłość do Teresy odrosła. Zmusiłam ją do tego i musiałam się strzec. Strzec przed Teresą i sobą, takimi, jakie nas znałam przed jej wizytą. Musiałam związać sobie ręce. Chciały napisać do Teresy, że jeszcze nas obie znam. Że chłód, który tkwi we mnie, wzburza miłość wbrew rozsądkowi.
- Czego on od was chce? – zapytała.
- Strachu - odparłam.
Opiekując się nią, możemy naprawić wszystko, co sobie nawzajem wyrządzamy. Dopóki żyje między nami, dopóty jesteśmy zdolni do wielu rzeczy, ale nie do wszystkiego.
Łaciate świnie sąsiada leżą w dzikiej marchwi i śpią. Czarne kobiety wracają z kościoła. Słońce błyszczy. Unosi je nad chodnikiem w ich małych, czarnych butach. Mają ręce zmęczone od różańca.
Kiedy przyjechałam do Niemiec, przestraszyłam się reklamy firmy przeprowadzkowej, która głosi: "Wasze meble dostaną nóg". Znam meble z nogami jako celowo pozostawione znaki Securitate. Przychodziłam do domu, a krzesło przeszło podczas mojej nieobecności z pokoju do kuchni. Obraz spadł ze ściany na łóżko na ukos przez cały pokój.
Pani Margit próbowała się uśmiechnąć, ale jej oczy nie były jej posłuszne.
A kto mimo to wrócił, był chodzącym trupem. Postarzały i zrujnowany, bezużyteczny dla wszelkiej miłości na tym świecie.
Głód jest największym złodziejem, kradnie wszystkim innym uczuciom moc obowiązywania i działania.
Udane rumuńskie przekleństwo to pół rewolucji na podniebieniu, mawiałam wtedy rumuńskim przyjaciołom. Dlatego ludzie w tej dyktaturze nie buntują się, ich gniew znajduje ujście w przekleństwach.
Wszyscy byliśmy inni, niż jesteśmy.
Jak przepędzić, kiedy ktoś zaczął zostawać.
Nie śpij, twojego sercątka nie ma jeszcze w domu.
Kiedy piosenka się kończy, myśli, że dziecko śpi głęboko. Mówi: - Daj wypocząć temu twojemu sercątku, tyle się dzisiaj nabawiłaś.
Dziadek mówi, że powinnam ci napisać, że inni klaszczą i zarabiają pieniądze. Nie możesz tego więcej zrobić dziadkowi.
Czerń w oku codziennie rozgląda się z gazety po kraju.
Przez kraj przebiega nerw wzrokowy.
Za płaskim dachem kawiarni leży park, za nim stoją
spadziste dachy. To są ulice dyrektorów, inspektorów,
burmistrzów, funkcjonariuszy tajnych służb i oficerów.
Ciche uliczki władzy, gdzie wiatr się boi, gdy mocniej zawieje. I gdy leci, to nie wiruje. A gdy uderza, woli sobie
złamać żebro niż jakąś gałąź.
Zwracano się do mnie sycząc. Bito mnie po rekach i błyskawicznie zaglądano w twarz.
Dziecko mówi dalej. Podczas mówienia coś pozostaje na języku. Dziecko myśli sobie, że to może być tylko prawda, która kładzie się na języku jak pestka wiśni, co nie chce wpaść do gardła. Jak długo głos wznosi się podczas mówienia ku uchu, tak długo czeka na prawdę. Ale zaraz po zapadnięciu milczenia, myśli dziecko, wszystko staje się kłamstwem, bo prawda wpadła do gardła.