Chciałam, żeby wiedział, że wszystko gra. Że mogę istnieć w obu jego światach. Że nie ucieknę.
Mój akt wsparcia został nagrodzony uśmiechem. Spojrzał na mnie zielonymi oczami, szukał w mojej twarzy czegoś, czego nigdy w niej nie znajdzie.
Szukał lęku.
Ale tego lęku po prostu nie było.
Zdałam sobie sprawę, że jestem świadkiem rzadkiego momentu słabości Johnny’ego i moje serce ledwie znosiło tę presję. Patrzenie na niego… takiego obnażonego i bez ochrony, robiło we mnie… coś. Sprawiało, że czułam, jakbym musiała się nim opiekować, jakbym potrzebowała to zrobić. To szalone, ponieważ wystarczało jedno spojrzenie na tego chłopaka i stawało się jasne, że on nie potrzebował niczyjej pomocy. Ale ja i tak wciąż to czułam.
- Kochasz mnie? Powoli kiwnął głową, patrząc na mnie swoimi niebieskimi oczami. - W chuj bardzo.
- Naprawdę?
- Naprawdę - potwierdził. - I zapytałbym cię o zgodę na tę miłość, ale nie zapytałem nawet o własną.
– Nie zrobię tego – rzuciłem spanikowany. – Jeżeli masz wątpliwości, to mów od razu, a zostanę. Jeżeli nie chcesz, to nie pojadę. Po prostu powiedz, co mam zrobić, i tak będzie…
– Chcę tego dla ciebie – weszła mi w słowo. – Chcę, żebyś gonił marzenia i pokazał światu, jaki jesteś niesamowity.
– Jestem tu, Shan. – Usiadłem przy niej i oparłem się ochocie,
żeby wziąć ją na kolana. Zadowoliłem się położeniem dłoni na
jej nagim kolanie. – Przez cały czas, kochanie. Po prostu chciałem ci dać trochę przestrzeni.
– Nie chcę więcej przestrzeni – wyszeptała, przysuwając się
bliżej. – Chcę tylko ciebie.
Moją ostatnią trzeźwą myślą, zanim uderzyłam w ziemię z głuchym odgłosem i ciemność okryła mój umysł, było: Nic się nie zmieni.
Byłam jednak w błędzie. Po tym dniu wszystko się zmieniło.
Wszystko.
You'll have a fine son," she cut be off by saying, as a strange wave of warmth flushed through me. "Strong like his mother." I could feel the tremor of old age running through her when she placed her hand on my stomach. "Loving like his father." "We don't know what we're having," I heard myself whisper. "You'll have a boy," she told me. "And he'll be just like his father.” "I hope so." "You're a good girl." Her eyes burned with emotion. "With a heart of gold.".
Oficjalnie miałem osiemnaście lat.
Mogłem po prostu wyjść przez te drzwi i nikt nie miał prawda mnie zatrzymać.
Mogłem odejść.
Mogłem być wolny.
Ale te cztery wpatrujące się we mnie twarzyczki były tak bezbronne, tak całkowicie uzależnione od tego, że na nie zarabiam i ich broniłem, że w głębi serca wiedziałem, że nigdy stąd nie odejdę, dopóki nie będę mógł zabrać ich ze sobą.
Nieważne czy łańcuch przykuwający mnie do tego domu był wykłuty z miłości, czy z obowiązku, ponieważ granice były zbyt rozmyte by to rozróżnić, ale jednego byłem pewien. Nigdy nie stanę się dla nich, tym czym dla mnie stał się Darren.
Nigdy bym ich nie porzucił.
Chciałem stanąć przed tą dziewczyną i osłonić ją przed
wszystkimi przeraźliwościami, na jakie była wystawiana w swoim życiu. Tak nie mogło być, do jasnej cholery, miałem wrażenie, że tonę w niesprawiedliwości jej życia. Gdybym mógł sam nosić jej blizny i rany, zrobiłbym to.
Maybe in another life things could have been different.
- Nie zastąpię cię nikim, Molloy. Nie mógłbym. Po prostu spróbuję się naprawić.
Dla ciebie.
– Dostaniesz miejsce w drużynie i będziesz w niej
błyszczał. Wiem o tym.
Kąciki jego ust w końcu się uniosły, podobnie jak brew.
– Och, wiesz o tym, co?
– Tak – przytaknęłam. – Jestem bardzo mądra.
Johnny zarechotał i pogłaskał mnie kciukiem po policzku.
– Boże, jesteś też przeurocza.
– Urocza? – skrzywiłam się. – Sookie jest urocza, Johnny. Ja
powinnam być…
– Być? – zapytał prowokacyjnie, nachylając ku mnie twarz. –
No jaka, kochanie?
– Bardziej niż urocza – westchnęłam, tracąc koncentrację, gdy
jego usta znalazły się tak blisko.
– Słodka? – zamruczał, wodząc placami pod brzegiem mojej
spódniczki. – Ładna? – Nachylił się i potarł nosem o mój nos. –
Seksowna?
Kiwnęłam głową i wypuściłam powietrze z płuc.
– To ostatnie.
Johnny cały dzień milczał, dlatego wiedziałam, że jest smutny. Czułam to. Nie ukryłby tego smutku nawet za wszystkimi uśmiechami świata. Nie przede mną.
Początkowo byłam odrętwiała. Całkowicie odrętwiała, bo mój
umysł próbował przetrawić słowa, obrazy, niewiadome. Potem
do mojego ciała zakradło się mrowienie atakujące każdy mój
nerw, przez które moje kończyny zaczęły drżeć. Ale najbardziej
nie do wytrzymania był ból. Przyszedł jako ostatni i zatopił mnie
w ostrym, miażdżącym, przewracającym życie cierpieniu. Moje
serce nie mogło znieść ciśnienia i byłam pewna, że przestanie
bić. Ale zaskoczyło mnie i nie przestało. Zaskoczyło mnie, że
żyję, choć moje serce dosłownie pękło na pół.
Nie dzieje się nic złego. Po prostu się denerwuję. – Westchnęła raz jeszcze i dodała: – Mógłbyś zostać na linii? Nie musisz nic mówić. Po prostu… lepiej mi, gdy wiem, że jesteś blisko.
Zamknąłem oczy i padłem na plecy, miałem ochotę wyć ze złości.
– Oczywiście – wydusiłem z trudem, pilnując łagodnego tonu. Ułożyłem się pod kołdrą i szepnąłem: – Jestem tuż obok, kochanie.
Johnny stał się bezpieczną przystanią, w której mogłam wyłączać systemy obronne. Nie skupiałam się cały czas na rodzinie. Nie przerabiałam w głowie negatywnych myśli, bo miałam ucieleśnienie wszystkiego, co pozytywne, w postaci mojego chłopaka. Dom stał się dla mnie przejściowym przystankiem. Nie był już celą, w której uwięziona spędzałam każdą wolną godzinę. Stał się środkiem do celu.
– Czasami czuję się jak rozbitek na środku oceanu – wyznała cicho, przenosząc wzrok na swoje stopy. – Jakbym utknęła w jednym miejscu i tam tonęła. – Złączyła dłonie i mówiła dalej, obnażając przede mną prawdę. – Mam wrażenie, że patrzę, jak woda nadpływa i piętrzy się coraz wyżej i wyżej. Widzę, jak się nade mną zamyka, jak wsysa mnie w głębię. – Zadrżała, przygryzła dolna wargę. – To przerażające.
- Na pewno – burknąłem, wodząc końcówkami palców po dżinsie na jej kolanie. Niepewny, co jeszcze powiedzieć, i przerażony, że powiem coś nie tak.
- Wtedy pojawiasz się Ty i woda się cofa. – Zadarła podbródek, spojrzała mi głęboko w oczy i wypuściła powietrze z płuc. – Zjawiasz się i wszystko, co złe, po prostu…na chwilę znika. (…)
- Takie mam odczucia – wyszeptała, a jej błękitne oczy przepalały sobie drogę wprost do mojej duszy. – Lepsza. Żywa. Wolna. Bezpieczna. Ważna. Pierwszy raz od wielu dni mam poczucie, że w końcu mogę oddychać… A to tylko dzięki Tobie… Bo jestem z tobą.
To wymykało się spod kontroli. Ona zakłócała moje perfekcyjnie poukładane życie i nie miałem pojęcia, jak mam sobie z tym poradzić. Ta dziewczyna sprawiła, że byłem słaby i niezdecydowany.
– Jestem przy Tobie – wyszeptał, muskając nosem mój nos. – I już nigdzie się nie wybieram.
- Johnny? – Moje ręce same zaczęły ściskać fragment jego bluzy. – Jeżeli masz mnie zawieść – spuściłam głowę, zamknęłam oczy, wzięłam kilka rozedrganych oddechów i dopiero wtedy zdołałam ponownie na niego spojrzeć – to musisz to zrobić od razu, dobrze? Nie czekaj, aż będzie za późno, I proszę Cię…niech nie boli…
Uciszył mnie, przykładając usta do moich warg. Zdumiona mogłam tylko się w niego bezwładnie wtulić, powierzyć mu cały ciężar własnego ciała i liczyć, że go nie zniszczy.
To był delikatny, niewinny I lekki jak piórko całus w usta, lecz w tym momencie znaczył dla mnie wszystko, i to dlatego, że to on mnie pocałował. Pierwszy raz to on pocałował mnie.
- Nie zawiodę Cię – wyszeptał, cały czas stykaliśmy się czołami, a on muskał mnie wargami. – Shannon jak ta rzeka, zawsze będę przy Tobie ostrożny. – Odetchnął ciężko, założył mi włosy za ucho i ujął moją twarz w dłonie. – Obiecuję.
– Założę się, że chciałbyś mieć normalną dziewczynę. – Normalność jest nudna – odparł. – A poza tym mógłbym to samo powiedzieć o Tobie. – Wzruszył ramionami. – Trudno mnie uznać za normalnego chłopaka.
- Mówię tylko, że byłoby Ci łatwiej, gdybyś… - Ale ja nie chcę, żeby mi było łatwiej, chcę Ciebie – wszedł mi w słowo. Taką jaka jesteś. Oddech utknął mi w gardle. – Naprawdę? – Naprawdę – zapewnił natychmiast. – W całości, w każdym kawałeczku. Skrzywiłam się. – Łącznie z tymi potłuczonymi kawałeczkami? – Zwłaszcza z nimi.
- Gdybym był słodki, pewnie chciałbyś mnie zeżreć - odparł Tadgh - A na moje oko dość się już najadłeś.
- Nie pozwolę - odpowiedział na własne pytanie. - Nic złego
ci się nie stanie - dodał, patrząc na mnie przenikliwie. - Ponieważ nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić, okej?
- Okej - przytaknęłam niepewnie.
Obserwował mnie ostrożnie gorącym spojrzeniem.
- Wierzysz mi?
- Chcę ci wierzyć - wyszeptałam, a moje palce wpiły się
w jego twarde ramiona.
- A jeżeli znowu ją rozczaruje?
- To mam przecież łopatę. Zakopiemy go.
– W sobotę – przyznałem, czując ciepło rozlewające się po karku. – I nie patrz tak na mnie.
– Jak? – fuknął.
– Jakbym cię zdradził.
– Zostałem zdradzony – odparł z emfazą. – Nie ukrywa się
przede mną takich pikantnych nowin. Powinienem był się o tym
dowiedzieć w niedzielę z samego rana.
– Jezu, Gibs… – Obszedłem go, podniosłem ręcznik z podłogi
i wróciłem do przebieralni. – Jesteś niepoważny.
- Moja przyjaciółka uważa, że jesteś niebezpieczny – podjęłam z uśmiechem. – Mówi, że powinnam cię unikać. – Przechyliłam głowę w bok i dodałam: – Że ucierpię, jeśli będę kombinowała z takimi chłopakami.
– Mądra przyjaciółka – odparł. – Powinnaś jej posłuchać.
– Ale ja właśnie jakoś tak mam, Joe – odrzekłam – że nie lubię, gdy ktoś mi mówi, co mam robić.
- Nie znienawidź mnie, Molloy - bełkotał, padając na fotel pasażera, gdy tylko otworzyłam mu drzwi. - Tylko dla ciebie jeszcze wstaję rano z łóżka.
Tym razem spojrzała. Otworzyła oczy i… Ja pierdolę… Mimowolnie wciągnąłem głęboko powietrze. Jezu, ta dziewczyna była piękna. Oczywiście, zauważyłem to już wcześniej. Miała charakterystyczny wygląd, ale teraz, widząc ją z tak bliska, że mogłem nawet policzyć każdy pieg na jej nosie - było ich jedenaście, tak na marginesie - w końcu dotarło do mnie, jaka była zachwycająca.
O Boże. – Pokręciłam głową, z trudem to wszystko do mnie
docierało. – Nie mogę w to uwierzyć.
– Wszyscy mamy tajemnice – powiedział cicho. – Wszyscy nosimy swoje blizny, Shan.
– Och, chłopcy… – westchnęła mama Claire, obejmując syna
w pasie. – I co my z wami zrobimy?
– Ja nikogo dziś nie biłem – stwierdził promiennie Gibsie. –
Byłem grzeczny.
– Dzisiaj, właśnie – jęknęła jego mama. Poczochrała go po
blond czuprynie i powiedziała: – Chodźmy, bąbelku. Przetransportujmy cię do domu, zanim odnajdą cię jednak poważniejsze kłopoty.
– I właśnie o to chodzi, mamo – odpowiedział Gibsie, ruszając
za mamą. – To one zawsze szukają mnie, nie odwrotnie.
– Nie wiem, co mam z tobą zrobić, Shannon Lynch – powiedział chrapliwie. – Tracę przy tobie rozum.
– To dobrze, lubię, gdy wyłączasz mózg – odparłam prowokacyjnie.