Zarys dziejów krytyki religii- Starożytność Andrzej Nowicki 6,0

ocenił(a) na 751 tyg. temu Andrzej Nowicki niewątpliwie należy do grona najciekawszych naszych filozofów XX wieku. Kiedy spotkałem się z jego twórczością po raz pierwszy, niespełna 20 lat temu, urzekło mnie jego podejście do sposobu popularyzacji filozofii, poprzez przedstawianie szerszej publiczności bliskich sobie, wybitnych jednostek, za pomocą naśladowania formy platońskiego dialogu. Książki poświęcone Vaniniemu ("Ostatnia noc Vaniniego"),Giordanowi Bruno ("Lampa trzydziestu spotkań"),czy też Witwickiemu ("Uczeń Twardowskiego"),są majstersztykiem tego gatunku.
W swym bardzo płodnym naukowo życiu, prof. Nowicki zajmował się ogromną ilością zagadnień, spośród których krytyka religii zawsze była w ich centralnym punkcie.
W dziele poświęconym epoce starożytnej, Nowicki ukazuje nam metodologiczne rozważania w zakresie historii krytyki religii, a także odsłania własny pogląd odnośnie ateizmu i ateistów tego najważniejszego dla filozofii okresu.
Nowicki nigdy nie ukrywał tego, że jest ateistą i uważa zaprzeczanie istnieniu Boga za najwyższą postać racjonalizmu ("Konsekwentny ateizm jest nie tylko rezultatem, ale także warunkiem konsekwentnego racjonalizmu"). Nie miejsce tutaj na polemizowanie z tak postawionym problemem przez wybitnego filozofa. Abstrahując od wszelkich ideologicznych i historycznych następstw ateizmu oraz tego, z czym był łączony, za co oskarżany i kto zbijał kapitał polityczny na jego głoszeniu bądź zarzucaniu go wrogom swych interesów, należy zauważyć, iż z punktu widzenia sceptyka, zarówno teizm jak i ateizm są tylko dwoma końcami tego samego pseudo poznawczego błędu. Wypowiadanie sądów "za" lub "przeciw" czemuś, co z gruntu jest niepoznawalne, może mieć walor emocjonalny, życzeniowy i postulujący pragnienie stworzenia czegoś, co wydaje się temu lub owemu najbardziej oczekiwaną formą wyjaśnienia najważniejszych zjawisk. Problem polega tylko na tym, że jeśli coś twierdzimy, to mamy obowiązek to udowodnić. Zaprzeczanie jest również formą twierdzenia, a jak wiadomo, nie sposób udowodnić nieistnienia czajniczka na herbatę, który lata gdzieś w kosmosie i jest niedostrzegalny ludzkim okiem, nawet przy użyciu obecnej lub możliwej w przyszłości techniki. Tyle w kwestii teizmu i ateizmu.
Wracając do książki Andrzeja Nowickiego wypada stwierdzić, że zawiera ona sporo ciekawego materiału, ale nie jest także wolna od dogmatycznego (marksistowskiego) balastu.
Nowicki, po pierwsze, słusznie zauważa (za Giordanem Bruno),że aby coś krytykować i być przy okazji poważnym, należy wykazać, że jest się "legitimus discussor", tzn., że zabiera się głos w ważnych sprawach jako osoba doskonale obeznana z tematem, który się poruszyło (jakże to dalekie od rzeczywistości...). Po wtóre, wygłasza ważne zdanie, które nie odnosi się tylko do tematyki krytyki religii: "Ani autor, ani czytelnik tej książki nie powinien przystępować do przedstawionych w niej materiałów z założeniem, że wszystko wie, zna całą prawdę, a wartość prac krytyków religii zależy tylko od tego, czy potwierdzają głoszone przez nas poglądy. Przy takim założeniu studiowanie dziejów krytyki religii staje się zajęciem jałowym, nie rozszerza naszych horyzontów intelektualnych, pozostawia nas na tym samym poziomie i w tych samych granicach. Bo wznieść na wyższy poziom i wzbogacić wewnętrznie mogą nas tylko treści zaskakujące nas swoją odmiennością od tego, co już jest nam znane i co wcześniej zaakceptowaliśmy". Niewątpliwie jest wartością dodaną poznać coś nowego, co poszerza nasz punkt widzenia na rzeczywistość. Niekoniecznie musi nas to "zaskakiwać", wystarczy, że otworzy nam oczy na nowe możliwości.
No dobrze, ale zapytałby ktoś, jaki jest najważniejszy cel krytyka religii? Nowicki odpowiada na to w ten sposób: "jednym z głównych źródeł krytyki religii jest protest przeciwko dogmatyzmowi, ograniczającemu swobodę myślenia i przymusowi religijnemu, zmierzającemu do ujednolicenia umysłów, a także, i przede wszystkim, protest przeciwko religijnej neofobii, uważającej wszelkie nowatorstwo za herezję". I jeśli w ten sposób rozumieć ateizm, jako pewien protest, nie zaś jako epistemologiczne stanowisko, to można go uznać za oczekiwanego advocatus diaboli (na gruncie zasad procesu beatyfikacyjnego),jako remedium na nachalny i bardzo często przynoszący w historii opłakane skutki teizm. Albowiem wszyscy fideistycznie nastawieni w dziejach "filozofowie" z gruntu rzeczy wywarzali otwarte dla nich drzwi. Jak stwierdza Nowicki: "Jeżeli prawdę już znamy i nie mamy co do niej żadnych wątpliwości, to badania w ogóle nie są potrzebne, a kto je podejmuje, udaje badania, a w rzeczywistości szuka tylko ilustracji do przyjętych z góry twierdzeń".
A teraz, pokrótce, najsłabsze strony tej pracy. Nowicki, jako filozof próbujący odtwarzać przy pomocy materializmu dialektycznego stosunki polityczno-społeczne starożytności, jako bazę dla nadbudowy w postaci ateistycznej filozofii, wchodzi w buty historyków-marksistów, dla których punktem wyjścia wyjaśniania wszystkiego była ówczesna formacja społeczno-gospodarcza, czyli niewolnictwo. Szkoda czasu na polemikę z takimi uproszczeniami. Jednak nie sposób przejść obojętnie wobec takiego zdania filozofa, który bawi się w historyka: "Jeżeli niewolnicy toczą zbrojną walkę o wyzwolenie, to z tej praktyki można wyciągnąć wnioski na temat ich stosunku do instytucji niewolnictwa". Oczywiście można, jeśli założymy, że co do zasady niewykształceni i trzymani w ciemnocie niewolnicy myślą abstrakcyjnie o "instytucjach", "niewolnictwie", a najlepiej rozważają "Politykę" Arystotelesa i kontestują jego słowa odnośnie ich statusu i niedoli. A jeśli nie, to ich walkę możemy rozumieć, jako po prostu ratowanie życia i zdrowia przed panami, dla których te ich najważniejsze dobra nie mają wielkiego znaczenia.
Na koniec tylko wspomnę, że wyłuskiwanie z fragmentów prac starożytnych, jakie zachowały się dla nas często nie z pierwszej ręki, myśli na pewno ateistycznej (szczególnie się to tyczy Lukrecjusza),jest zabiegiem dosyć ryzykownym i kontrowersyjnym. Jednakże warto poznać różne punkty widzenia, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy lub uważamy je za mocno hipotetyczne. Tkwienie w bańce jedynie słusznej prawdy, to najgorsza rzecz, jaką decydenci tego świata serwują maluczkim.