cytaty z książek autora " Leśnołaz"
Rysie nie należą do gatunków gadatliwych. Ten ryś szczególnie. Zamiast odpowiedzi mrugnął powoli, może chcąc powiedzieć: „Tak, zauważyłem cię, człowieku, teraz bądź uprzejmy milczeć przez resztę swojego życia”.
To nie jest moja ulubiona podróż” ‒ gąsienica stwierdziła w duchu. Wcześniej życie było proste: liść, kolejny liść, czasem przelotny strach przed sikorką. Teraz był piasek w aparacie gębowym, nieznany adres docelowy i milczący przewodnik.
‒ Przepraszam… ‒ odezwała się gąsienica tonem osoby, która wie, że to nie najlepszy moment na pogawędki, ale ma do powiedzenia coś ważnego. ‒ Czy to daleko?
‒ Do końca twojej podróży? ‒ szczerklina nawet się nie zatrzymała. ‒ Powiedzmy, że już bliżej niż dalej.
‒ A czy… czy będzie tam… liść?
‒ Och, skarbie, będzie tam wszystko, oprócz liścia.
Trzaski w lesie są bardzo uczciwe. Najczęściej oznaczają: „spadła gałąź”. Czasami: „dzik ma swoje sprawy”. A od czasu do czasu: „zaraz wplączesz się w rozmowę, której nie planowałeś i niekoniecznie będziesz wiedział, jak ją zakończyć”.
Gdy tego dnia wspiął się na połoninę, miał wszystko, co przewodniki kazały: butelkę wody, mapę, kurtkę przeciwdeszczową i zmartwienia. Te ostatnie, choć niezbyt praktyczne, zabierał zawsze, w przeciwieństwie do scyzoryka, którego nigdy nie mógł znaleźć, gdy naprawdę był potrzebny.
Pewnej nocy, gdy księżyc świecił jak smalec na talerzu drwala, Dyląż wyszedł z próchna. Nie spieszył się. Bo i dokąd miał się spieszyć? Życie dorosłego Dyląża to kilka tygodni, taka entomologiczna jesień życia, tylko że w lipcu.
Rozglądał się leniwie, raczej z uprzejmości niż z potrzeby. Gdzieś w oddali nawoływał myszołów, a w pobliżu skrzypiały korzenie. Kiedy przeszedł ścieżką, ziemia zadrżała, lekko, ale z szacunkiem.
Wtedy przyszedł człowiek. Miał koszyk, latarkę i ten szczególny wyraz twarzy, który się pojawia, gdy ktoś widzi coś większego niż żuk gnojarz i nie potrafi tego sklasyfikować.
– O Panie... Co to za karaluch?!
Obok drzewa tkwił on. Łuskwiak Nastroszony. Grzyb, który wyglądał, jakby uciekł od fryzjera krzycząc: „ani centymetra krócej!”. Jego kapelusz sterczał łuskami w każdą stronę, twardszymi niż opinie sąsiadek przy studni.
– Dzień dobry – rzekł Leśnołaz, bo dobre wychowanie obowiązuje także w kontaktach z organizmami pozbawionymi krtani.
A ziemia nadal się ruszała.
Nieśmiało.
Prowokacyjnie.
Z tym szczególnym rodzajem pasywnej agresji, jaki znają tylko grunty i teściowe.
Kret, trzydzieści centymetrów niżej, był całkowicie nieświadomy konfliktu. Żył. Kopał. Kontemplował głębię.
To wtedy ją zobaczył, kobietę sprawiającą wrażenie, że przyszła porozmawiać z drzewami. Stała tyłem, a mimo to światło wydawało się z nią współpracować. Beren przełknął ślinę, nie z nerwów, raczej dlatego, że od dwóch godzin nie pił kawy i świat zaczął mu się wydawać zbyt wzruszający.
Fanatyzm to choroba, która źle znosi pobyt w lesie. W środowisku, gdzie wszystko zależy od wszystkiego, jedyna prawda szybko zostaje przykryta liśćmi i rozłożona przez grzyby.
Na głowie miał kaptur starego polaru, który widział więcej piorunów niż niejedno zgromadzenie publiczne. Obok plecak, a w nim Księga Drogi i Kroku, w której notował wszystkie ścieżki, na które nie poszedł, oraz jedną stronę z napisem „Nie iść tutaj NIGDY”, to była strona o Morskim Oku w sierpniu.
Wszyscy biegli. Jedni do sklepu, inni po sukces, niektórzy przed siebie. Tylko on szedł, nieśpiesznie, bo każda chwila była godna przeczytania do końca. Nie miał celu, który można wpisać w kalendarz, ale za to miał zamiar: zobaczyć, czy mech już wypuścił zarodnie. To robiło różnicę.
Las nie wymaga od nas perfekcji. Wystarczy, że będziemy mniej szkodliwi niż wczoraj.
Nazywali go różnie. W pracy mówili: za cichy. Za plecami: dziwak. W kadrach: niezgrany z zespołem. W dziale sprzedaży „ten, co się gapi przez okno i nie kuma targetów”. A on tylko słuchał kosa. I notował, kiedy przylatuje.
Ludzie pytają: Leśnołazie, po co chodzisz w las, skoro tam nie ma zasięgu?
A ja odpowiadam: Bo tam jestem naprawdę dostępny.
Chcemy wiedzieć wszystko i od razu. Zbieramy fakt za faktem, aż w końcu literatura naszych głów nie mieści się na półkach. I wtedy, paradoksalnie, gubimy drogę do własnego gniazda. Las uczy innego porządku. Wiedza ma być użyteczna, skromna, osadzona w ciele. Ma pachnieć żywicą, a nie parować nadmiarem.
Niektóre mity mają się dobrze, bo są zgrabne. Krótkie, wygodne, nadają się do powtarzania przy stole i w komentarzach pod postami. Jeden z takich mitów głosi, że jeśli zabraknie myśliwych, las rozsypie się jak domek z kart. Jelenie zaleją pola, dziki zjedzą kraj, a drzewa umrą w dramatycznym geście protestu. Tyle że przyroda nie działa według scenariusza katastroficznego serialu. Nie potrzebuje ani bohaterów w zielonych kapeluszach, ani ich antagonistów. Ma własne, złożone mechanizmy, starsze niż wszystkie koła łowieckie razem wzięte.
Każda roślina ma w sobie echo tego samego światła życia, które rozbłysło w nas. Każde zwierzę ma serce, które zna strach i spokój, tak jak nasze, gdy się boimy, kochamy albo umieramy. Jesteśmy częścią wspólnego ciała. A może nawet wspólnego snu.
I tak jak nie da się wydziedziczyć drzewa z lasu, tak nie da się wyrwać człowieka z Przyrody bez straty dla niego i dla niej.
Człowiek w jego sytuacji powołałby komisję, spisał protokół, wprowadził poprawki, a potem i tak poszedł w złą stronę, bo „coś mu podpowiedziało”. Śluzowiec takich rozterek nie znał. Dysponował tylko cytoplazmą, kilkoma zręcznymi mechanizmami biochemicznymi i uporem, który w innym wcieleniu uczyniłby go znakomitym kierownikiem działu w korporacji.
Ludzie lubią prostą mapę świata. Coś jest dobre albo złe, pożyteczne albo szkodliwe, do ochrony albo do natychmiastowego usunięcia. Kornik drukarz na tej mapie od lat figuruje jako wróg publiczny. Tymczasem las nie zna moralnych etykiet. Zna zależności, napięcia i konsekwencje. To, co dla człowieka bywa katastrofą, dla lasu jest zmianą stanu. Kornik nie jest ani zbawcą, ani demonem. Jest mechanizmem, który uruchamia się wtedy, gdy system zostaje przeciążony.
Minimalizacja kompensacyjna” to urzędnicza sztuka, polegająca na odebraniu przyrodzie czegoś dużego i oddaniu jej czegoś małego, ale z notatką „w zamian za”.