Najnowsze artykuły
ArtykułyCzytamy w weekend. Książki Roku 2025. 20 marca 2026
LubimyCzytać167
ArtykułyZa nami Gala Książka Roku 2025 – rekordowe głosy i zwycięzcy 11. edycji Plebiscytu Lubimyczytać
LubimyCzytać1
ArtykułyOd królewskich dworów do Hollywood
LubimyCzytać2
ArtykułyCrime Story: pierwsze takie wydarzenie autorskie w Polsce
LubimyCzytać2
Popularne wyszukiwania
Polecamy
Sofia Rutbäck Eriksson

Pisze książki: kryminał, sensacja, thriller
Sofia Rutbäck Eriksson autorka książki Grzesznicy wśród nas w kategorii kryminał, sensacja, thriller.
Skontaktuj się z Bibliotekarzami serwisu, jeśli chcesz uzupełnić opis autorki.
Skontaktuj się z Bibliotekarzami serwisu, jeśli chcesz uzupełnić opis autorki.
7,1/10średnia ocena książek autora
46 przeczytało książki autora
66 chce przeczytać książki autora
2fanów autora
Zostań fanem autoraSprawdź, czy Twoi znajomi też czytają książki autora - dołącz do nas
Książki i czasopisma
- Wszystkie
- Książki
- Czasopisma
Najnowsze opinie o książkach autora
Grzesznicy wśród nas Sofia Rutbäck Eriksson 
7,1

„Jak ktoś jest przekreślony, to znaczy, że już go zaciukałeś, nie?”
Jeżeli powieść kryminalna zaczyna się od żartu o seryjnym mordercy, który w wolnych chwilach robi drzewo genealogiczne i zaznacza zmarłych czerwonym markerem, to ja już wiem, że jestem w domu. I rzeczywiście – w „Grzesznikach wśród nas” czułam się jak w ulubionym fotelu u babci, która właśnie włączyła czajnik i zaraz zacznie opowiadać coś absolutnie niestosownego, ale z taką niewinnością, że nie sposób się nie śmiać.
To jest kryminał w klimacie „Czwartkowego Klubu Zbrodni”, ale nie jest kopią. Ma własny rytm, własne powietrze, własne północne światło i tę specyficzną, szwedzką mieszankę powagi z absurdem, która sprawia, że śmierć i śledztwo mogą iść pod rękę z kanapką ze śledziem zrzuconą na podłogę.
Fabuła rozwija się spokojnie, ale konsekwentnie. Morderstwo Jensa Forsella jest punktem wyjścia, ale szybko okazuje się, że przeszłość miasteczka jest bardziej skomplikowana, niż chcieliby to przyznać jego mieszkańcy. Pojawia się wątek dawnej śmierci uznanej za wypadek, tajemniczej wazy z herbem, ambicji stworzenia muzeum, rodzinnych napięć i finansowych oczekiwań.
Nie ma tu fajerwerków. Jest układanka.
I to jest ogromna zaleta. Zamiast strzelać twistami co trzy strony, autorka pozwala czytelnikowi wędrować razem z bohaterami, słuchać ich rozmów, obserwować, jak z drobiazgów wyłania się większy obraz. Czasem trop jest śmieszny, czasem banalny, czasem mylący – ale zawsze zakorzeniony w relacjach.
Relacje są tu fundamentem. Małżeńskie. Rodzinne. Sąsiedzkie.
Zacznijmy jednak porządnie, bo ta historia ma dwie warstwy – i obie są ważne.
Pierwsza to oficjalne śledztwo. Anna-Maria i jej syn Remi – duet, który zawodowo powinien działać jak szwajcarski zegarek, a prywatnie tyka jak bomba z opóźnionym zapłonem. Ona – doświadczona, inteligentna, trochę zmęczona życiem, trochę zmęczona oceną. On – ambitny, skuteczny, emocjonalnie poraniony. I to poranienie nie bierze się znikąd.
Anna-Maria wyjechała kiedyś. Zostawiła męża w chorobie, zostawiła syna z poczuciem zdrady. Dla Remiego to było proste: uciekła. Dla niej – to była walka o przetrwanie. I książka robi coś pięknego: nie stawia jej pod ścianą. Nie robi z niej potwora. Pozwala nam zobaczyć, jak wygląda życie kobiety, która przez lata była tylko opiekunką, tylko podporą, tylko funkcją.
Ich relacja to dla mnie serce tej historii. Bo śledztwo śledztwem, ale moment, w którym Remi dowiaduje się prawdy o wyjeździe matki, jest bardziej poruszający niż niejedna scena konfrontacji z mordercą. I to jest ta emocjonalna warstwa, która sprawia, że ten „miękki kryminał” ma w sobie prawdziwe mięśnie.
Druga warstwa? Och, druga warstwa to czyste złoto.
Vivi i Torsten. Małżeństwo z prawie sześćdziesięcioletnim stażem, które zna swoje westchnienia, zmarszczki i grymasy lepiej niż ktokolwiek inny. Ona – z pazurem, stanowcza, z umysłem ostrym jak nóż do śledzia. On – z tym swoim ciepłym entuzjazmem chłopca, który właśnie dostał nowy jeździk i zamierza rozpędzić się nim jakby leciał do porodu, ku przerażeniu żony.
Gdyby ktoś mi powiedział, że będę kibicować parze uroczych emerytów, którzy prowadzą tajne notatki uznałabym to za niedorzeczne. A jednak. Torsten z jeździkiem, z tym swoim absolutnym przekonaniem, że klub brydżowy jest poważną organizacją śledczą – choć, umówmy się, nikt tam nie umie grać w brydża i najpewniej nigdy nie umiał – jest bohaterem, którego się kocha.
Ten klub brydżowy to zresztą majstersztyk absurdu. Panowie zbierają się, piją whisky, wymieniają półplotki i konspiracyjnym tonem przekazują sobie informacje, jakby pracowali dla FBI, podczas gdy cała operacja polega na tym, że ktoś zapytał kogoś w piekarni, czy Jens był niemiły dla Madeleine. I ja to uwielbiam. Bo to jest ten rodzaj humoru, który nie wyśmiewa starości – on ją celebruje. Pokazuje, że ciekawość świata nie ma daty ważności.
Vivi jest jeszcze lepsza.
Należy do klubu książki, w którym – i tu proszę o chwilę ciszy – nikt nie czyta książek. Oni dyskutują o okładkach, o modzie na powieści obyczajowe, o tym, co „podobno jest teraz dobre”, ale realne czytanie zostawiają komuś innemu. To jest tak absurdalne, że aż cudowne. I kiedy Vivi z powagą analizuje motywy zbrodni, a potem cytuje seriale kryminalne jako źródło wiedzy o tym, kto „nie może być mordercą, bo w telewizji zawsze jest inaczej”, ja parskam śmiechem.
To nie jest humor slapstickowy. To jest humor sytuacyjny, oparty na charakterach. Na tym, że Vivi idzie do gabinetu pastora z listem z pogróżkami i z miną kobiety, która zaraz rozliczy go moralnie. Na tym, że Torsten w tym samym czasie martwi się bardziej zapachem śledzia niż potencjalnym zagrożeniem.
A przecież w tle jest prawdziwa zbrodnia. Giną ludzie. Najpierw Jens Forsell. Potem wychodzą na jaw wątpliwości wokół wcześniejszej śmierci Berta Wikströma. Dochodzą rodzinne konflikty, stare urazy, historia huty szkła, skażone ziemie, podział majątku, waza z herbem, która może być prawdziwa albo fałszywa – i nagle z tej kameralnej opowieści robi się historia o winie, wstydzie i zemście.
Podoba mi się, że ta fabuła nie jest przekombinowana dla samego efektu. Trop z butelką, brak odłamków szkła, nieścisłości w zeznaniach – wszystko to układa się logicznie, ale nie wali czytelnika po głowie fajerwerkami. Tu napięcie rośnie powoli. Jak w małym miasteczku, gdzie każdy zna każdego, a każda plotka ma nogi.
Kiedy w końcu dochodzi do konfrontacji z mordercą, scena jest dynamiczna, ale nie przerysowana. Jest w niej strach, determinacja, desperacja człowieka, który stracił wszystko i uznał, że świat jest mu coś winien. I jest Anna-Maria – kobieta, która też straciła wiele, ale nie pozwoliła, żeby to ją zdefiniowało.
Ta książka jest urocza. Tak, używam tego słowa świadomie. Urocza w tym sensie, że pozwala się uśmiechnąć nawet wtedy, gdy temat jest ciężki. Urocza, bo pokazuje staruszków, którzy z lornetką moralności patrzą na świat i nie zamierzają złożyć broni. Urocza, bo daje przestrzeń na pojednanie matki z synem. Urocza, bo trzy tygodnie później, zamiast patosu mamy ogłoszenie o otwariu klubu Cluedo dla seniorów.
Klub Cluedo.
Vivi z powagą poprawia grzywkę, Torsten obawia się „zakapiorów”, a w rzeczywistości idą spotkać innych seniorów, którzy chcą czytać o historycznych morderstwach i je „rozgryzać”. I ja widzę ich tam – w pierwszym rzędzie, z notatnikiem, z błyskiem w oku, z przekonaniem, że życie dopiero się zaczyna.
To jest powieść, która nie wyśmiewa starości, nie dramatyzuje do bólu, nie udaje skandynawskiego noir. Ona wie, czym jest. Ciepłym kryminałem o ludziach, którzy mają swoje grzechy, swoje wstydliwe sekrety i swoje kanapki ze śledziem.
Czy jest idealna? Nie. Momentami tempo mogłoby być odrobinę bardziej zwarte. Ale czy to mi przeszkadzało? Ani trochę. Bo czytałam ją z uśmiechem. Bo łapałam się na tym, że kibicuję Vivi i Torstenowi bardziej niż oficjalnym procedurom. Bo chciałam, żeby Remi w końcu przytulił matkę bez tej twardej skorupy na twarzy.
I to chyba największy komplement.
„Grzesznicy wśród nas” nie próbuje być najmroczniejszym kryminałem roku. Ona chce opowiedzieć historię o ludziach, którzy mimo wieku, błędów i strat wciąż mają odwagę „dawać do przodu”. Z ironią. Z herbatą. Z jeździkiem w pełnej gotowości.
A ja, czytelniczka z własnym bagażem doświadczeń, śmiałam się, wzruszałam i miałam ochotę zapisać się do ich klubu.
Grzesznicy wśród nas Sofia Rutbäck Eriksson 
7,1

Glasviken to małe miasteczko w Szwecji,gdzie wszyscy się znają.
Przy okazji pogrzebu jednego z mieszkańców zostaje znalezione ciało mężczyzny, a okoliczności wskazują na m0rderstwo.
Do akcji przydzielono dwoje policjantów - są nimi Anna - Maria i Remi. Smaczkiem jest tu fakt, że jest to matka i syn nie mająca ze sobą dobrych relacji.
Przyznam się, że od początku zaintrygowała mnie tajemnica wokół tej pary. Co musi się stać, by syn rozmawiał z matką tylko służbowo?
Ciekawiło mnie to bardziej niż śmierć Jensa Forsella, który za życia nie był aniołkiem.
Akcja toczy się tu powoli, ale wciąga od samego początku. Rodzinne tajemnice i urazy, niepełnosprawny ojciec Remiego, babcia Vivi, która z Torstenem próbuje pomóc w śledztwie - to wszystko powoduje, że czytelnik mimowolnie ocenia zachowania bohaterów, po czym dostaje prawdą w twarz i zostaje z moralnym kacem, że zbyt szybko ludzi ocenił...
Czy śmierć Forsella ma związek z zamkniętą hutą szkła? A może z jego alkoholowym uzależnieniem?
Przyznaję, że im dalej w głąb akcji - podejrzewałam już wszystkich - od pastora po małżeństwo prowadzące budkę z jedzeniem🙈
Powieść ma klimat, a bohaterowie są dobrze wykreowani, dzięki czemu jednym czytelnik współczuje, innym kibicuje, tamci go denerwują, a jeszcze inni wkurzają. Wzbudza emocje, a ja miałam wrażenie, że obserwuję akcję spod jednego z kolorowych domków Glasviken.
Bardzo mi się ta książka podobała, utwierdziła mnie w przekonaniu, że skandynawska literatura jest bliska mojemu sercu❤️
A zakończenie?
Zaskoczyło, a jakże!

























