The Wedding Date. Randka w ciemno Jasmine Guillory 6,0

ocenił(a) na 317 tyg. temu Lubię wątek udawanego związku, więc – choć nie stawiałam przed tym tytułem żadnych wymagań – myślałam, że przynajmniej będę w miarę dobrze się przy nim bawić. To w końcu komedia romantyczna… Przynajmniej w teorii, bo nie udało mi się zaśmiać ani razu.
Lektura skończyła się za to tym, że czułam tak(!) wielką irytację. Myślałam, że nie dam rady dotrwać do ostatniej strony. Dotrwałam tylko dlatego, że nie lubię nie kończyć zaczętych książek, a tę bardzo szybko się czytało, bo w gruncie rzeczy jest krótka i przyjemnie sformatowana.
Jednakże, gdyby to ciągłe zastanawianie się przez bohaterów “A może on chce to już zakończyć” / “Ona na pewno mnie znienawidzi” zostało zastąpione jakimś momentem szczerości, ta książka miałaby jeszcze o połowę mniej stron. Gdy wątek wesela minął, fabuła zaczęła się opierać na przeciąganiu liny i powtórkach z rozrywki: postać X jedzie do postaci Y (lub na odwrót),jedzą coś (najlepiej na wynos) lądują w łóżku, postać X (lub Y) wraca do siebie, oboje zastanawiają się, czy to już koniec, a może jeszcze nie, bo jest zbyt fajnie.
Bohaterowie skończyli jakieś szanowane szkoły, zdawałoby się, że są inteligentni – no bo, kurcze, szkoła prawnicza, medycyna... Super. Ale po ich zachowaniu tej inteligencji nie da się domyślić. Bo to nie było zachowanie dorosłych ludzi, a co najwyżej rozemocjonowanych nastolatków, którzy nie są gotowi na zdrowy związek. Tak, Drew, na ciebie patrzę... Szczerze, od kogoś takiego jak on uciekałabym z daleka. Ani trochę go nie polubiłam, zbyt często mnie do siebie zniechęcał.
Sceny łóżkowe są z typu wygaszanych w trakcie, nie są opisane szczegółowo – po prostu wiemy, że się dzieją. A jednak, kurcze, jest ich tyle, że ja osobiście czułam okropny przesyt nimi i przy każdej kolejnej wzmiance myślałam tylko “Nie, nie znowu…”.
Z plusów: fajne podejście do narracji. Taka przeplatanka perspektyw mi się nawet podobała; autorka gładko przechodziła z jednego punktu widzenia na drugi. A z drugiej strony było też sporo skakania w czasie i jakoś tak, mam wrażenie, mało konkretów. Mało wspólnych scen niemających związku z łóżkiem – takich, które rozwinęłyby wątek romantyczny i które nawet chciałabym przeczytać. W miejscach, w których był na nie ogromny potencjał, czułam się ich pozbawiona. Smutno.
Inna kwestia na plus: różnice rasowe. Jak dotąd nie miałam okazji czytać romansu, w którym główna postać byłaby Afroamerykanką. Było to dla mnie coś nowego i interesującego, ponieważ autorka zwróciła uwagę na problemy, z jakimi mogą spotykać się osoby czarnoskóre.
Podsumowanie tej recenzji będzie krótkie: małe plusy nie są w stanie uratować mojej opinii o tej książce. Niestety, ale jestem na nie.
Ocena: 1,5/5 🥃
– Magda