„Opowieść mojej mamy“ – więcej niż wojenne wspomnienia
Każda polska rodzina ma swoją wojenną historię i mogłoby się wydawać, że na rynku mamy już przesyt wspomnień i biografii z tego okresu. Jednak „Opowieść mojej mamy” to pozycja pod wieloma względami wyjątkowa, ponieważ nie tylko nie kończy się na roku 1945, ale pokazuje też, że ciągłość traum ustaje i przechodzi na kolejne pokolenia po Auschwitz. W wir wojny wciągani są wszyscy, nawet ci, którzy nie mogą jej pamiętać, i o nich także opowiada ta historia. Bo jak w takiej opowieści nie wspomnieć o chłopcu urodzonym rok po wyjściu jego mamy z Auschwitz? Z jednej strony życie zatriumfowało, z drugiej – dziecko było słabe i chorowite, a wokół niego rósł kolejny totalitaryzm.
Materiały Wydawnictwa
Kiedy skończyła się wojna?
Przede wszystkim okres II wojny światowej jest dla Małgorzaty Wryk tylko jednym z etapów rodzinnej opowieści. Autorka kreśli historię przodków jeszcze w czasach zaborów. Najważniejsze jest jednak to, że wojna w tej historii nie kończy się szybkim cięciem, a jej konsekwencje nie kończą się wcale.
W szkolnych podręcznikach koniec wojny ma konkretną datę, a przecież wyzwolenie od nazistowskich Niemiec trwało miesiącami. A nawet kiedy jeden okupant opuścił już polskie ziemie, życie ludzkie wciąż powoli wracało na tory wyznaczane przez pokój. Powrót z obozów koncentracyjnych, powrót z robót przymusowych, to przecież były długie i trudne procesy. Bez transportu publicznego, o samochodach nie wspominając. Po powrocie do ukochanego domu brak jedzenia, opieki medycznej, strach o pozostałych bliskich. Małgorzata Wryk pisze o okresie, który zdaje się być wymazany ze zbiorowej pamięci, w której II wojna światowa niemal płynnie przechodzi w PRL. Bardzo poruszający jest opis jej cioci Zosi, której Niemiec pomaga w ucieczce z marszu śmierci. Udało się jej odłączyć od ludzkiej kolumny, ale co dalej? Młoda kobieta sama pod lasem, w nocy, w środku mroźnej zimy, bez jedzenia, bez ciepłych ubrań. Radość, że się udało, ale strach przed tym, co teraz. Gdzie iść, kogo prosić o pomoc? Co jeśli spotka Niemców?
Książka dla każdego i o każdym z nas, bo o prawdzie
trzeba pisać w taki właśnie sposób.
Wioleta Sadowska, @subiektywnieoksiazkach
Opowieść mojej mamy Małgorzaty Wryk to historia,
która na zawsze powinna wyryć się w naszej świadomości.
Anita Jeleń, @jeleenka
Zatrważająca relacja z czeluści piekła, wybrzmiewająca głosem powojennego pokolenia – ku pamięci, ku przestrodze.
Dagmara Łagan, @books.cat.tea

Matka autorki, Wanda Serwańska zd. Krawiec, za działalność w konspiracji trafiła do Auschwitz. Ojciec autorki Edward, przedwojenny harcmistrz, w czasie wojny organizator Szarych Szeregów, w czasie wojny nie został schwytany. Walczył w Powstaniu Warszawskim i jeszcze przed wyzwoleniem zaczął prace nad dokumentacją hitlerowskich zbrodni. Za jego działalność został aresztowany jego szwagier, a następnie jego siostra, która poszła na Gestapo w sprawie męża. Dla żadnego z nich wojna nie skończyła się w maju 1945.
Ubeckie katownie
Wojna była koszmarem. Ale jak pisze autorka, jej rodzina spędziła „łącznie jedenaście lat w niemieckich obozach koncentracyjnych i dziewiętnaście na ubeckich betonach”. Żona, której mąż po prostu nie wraca z pracy. Dzieci sieroty i nie-sieroty, których rodzice latami więzieni są za bycie „zaplutymi karłami reakcji”, a w rzeczywistości za działalność na wysokich szczeblach AK. Małgorzata urodziła się po powrocie ojca z komunistycznego więzienia, ale jako dorosła kobieta potrafi doskonale oddać atmosferę tamtych czasów – polowań na „wrogów”, strachu, przerażenia rodzin, w których nagle po prostu ktoś znika, matek i babć z dnia na dzień zostających jedynymi opiekunkami dzieci. I dzieci, które są za małe, żeby rozumieć, ale czują, że dzieją się rzeczy złe.
Ośmioletnia Krysia wychodzi ze szkoły. Z daleka widzi matkę i stojącego obok niej szczupłego, wspartego o laskę pana. Podchodzi bliżej. W wyniszczonej twarzy widzi duże, szare oczy. Krysia wie, że to jej ojciec, chociaż zupełnie go nie pamięta. Nie widziała go sześć lat. Ale zna go ze zdjęcia, chociaż teraz jej tata wygląda trochę inaczej. Ojciec pamięta swoją córkę jako półtoraroczne dziecko. W ostatniej fazie śledztwa, tuż przed procesem, adwokat pokazał mu przekazane przez rodzinę zdjęcia dzieci. Teraz patrzy na prawdziwą Krysię, słyszy jej głos, może nawet jej dotknąć.
– Myślałem, że jest większa – mówi szeptem.
pamięta, a nie zna ich jedynie z rodzinnych opowieści. Skupia się nie tylko na aspektach politycznych, ale tez na ówczesnych absurdach i wszechobecnej bylejakości. Rozdział o tych czasach to także niezwykła lekcja o tym, jak zachować godność w kraju, który odziera z niej obywateli niemal na każdym kroku.
Ze stron opisujących PRL wydziera jednak nie tylko ból rozdzielonej rodziny. Jest w nim miejsce również na zwykłe życie, drobne radości, branie życia takiego, jakim jest. Nie ma nienawiści i chęci odwetu.
Życie w cieniu traumy
Rodzice pani Małgorzaty, Wanda i Edward Serwańscy, nie epatują na co dzień swoim cierpieniem. Nie użalają się na swój los. Nie wspominają wojny, nie opowiadają o komunistycznym więzieniu. Czasem babcia Pelagia westchnie nad wnukami jedzącymi kolację – nie wiedzą co to wojna, nie wiedzą co to głód, niech nie wybrzydzają! Ale wojna powraca. W telewizji, w szkole, w wypracowaniach na studiach. I… kiedy pani Małgorzata otrzymuje swój pierwszy telefon.
Wykręcam z nabożeństwem pierwszy numer, do mamy. Ale będzie niespodzianka!
– Zgadnij, skąd dzwonię?! – każę mamie zgadywać, ale mój pełen radości i dumy głos zdradza szybko powód mojego podekscytowania. Cieszymy się razem, teraz będziemy sobie codziennie rozmawiać.
Nawet mój sędziwy, prawie osiemdziesięcioletni, lekko przygłuchy ojciec podchodzi do telefonu i zamienia ze mną kilka słów. Nie jestem pewna, czy mnie słyszy – swoją ukochaną córeczkę – więc na wszelki wypadek drę się na całe gardło. Jak fajnie słyszeć ich oboje!
– No to podaj mi numer, proszę! – mówi mama na koniec rozmowy.
Podaję, a w słuchawce zapada głucha cisza.
– Hej, co się stało? Halo, halo! Dlaczego nic nie mówisz? Halo, słyszysz mnie? – Zaczynam się niepokoić.
Głos mamy dobiega jakby z innego świata – bezbarwny, beznamiętny. Niepodobny do maminego ciepłego tonu, jeszcze przed chwilą pełnego ekscytacji.
– Tak, tak… Wszystko dobrze, nic się nie dzieje – ledwo słyszę, co mówi.
– Jak to, przecież wiem, że coś się stało. Źle się czujesz? Serce, tak? – gorączkuję się.
– Nie… nie… naprawdę wszystko dobrze. – Jej głos jest dziwny, nie przekonuje mnie.
Rozłączamy się. Czuję dziwny niepokój. Chodzę niespokojnie po korytarzu. Zamówię taksówkę i pojadę zobaczyć, co się dzieje. Moja zdyscyplinowana, opanowana z reguły mama tak się nie zachowuje. Zaczynam się ubierać.
Nagle dzwonek telefonu. Błyskawicznie podnoszę słuchawkę.
– Mama!
– Słuchaj, ja twój numer mam na ręce…
Nawet po latach nie da się uciec od wojny. Małgorzata Wryk rozumie jednak rolę, jaką nałożyła na nią Wielka Historia. Nie cofnie czasu, ale może opowiadać o tym co się stało, przypominać nie wydarzenia z kalendarium ale żywych ludzi, ich uczucia, ich strach, ich emocje. Emocje odgrywają w tej książce wielką rolę. Im bowiem wydarzenia historyczne stają się dalsze, tym bardziej bledną ludzkie tragedie. Nikt nie opłakuje dzisiaj rycerzy poległych pod Grunwaldem. Wielka średniowieczna bitwa zamienia się dzisiaj w rodzinny piknik i kolorową rekonstrukcję.

Pamięć to nie rekonstrukcja
„Opowieść mojej mamy” (Znak Horyzont) to książka, która dba o to, by pamięć o przeszłości była pamięcią o ludziach, konkretnych, znanych z imienia i nazwiska. Ojciec autorki, profesor Edward Serwański był jednym z inicjatorów akcji Iskra-Dog, podczas której jeszcze przed końcem Powstania Warszawskiego zbierano dokumenty i relacje naocznych świadków hitlerowskich zbrodni dokonywanych na ludności stolicy. To nie numery domów, nazwy zniszczonych ulic, nie statystyki ale zbiór ludzkich tragedii. W książce przytoczone jest wspomnienie Ireny Trawińskiej, nazwanej Polską Niobe – kobiety, która podczas rzezi Woli straciła rodzinę, a sama przeżyła cudem, będąc w wysokiej ciąży. Kilka dni po ocaleniu życia urodziła dziecko:
W ostatniej czwórce razem z trojgiem dzieci podeszłam do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą rączkę starszego synka. Dzieci szły, płacząc i modląc się; starszy, widząc zabitych, wołał, że nas zabiją, i wzywał ojca. Pierwszy strzał położył starszego synka, drugi ugodził mnie, następny zabił młodsze dzieci. Przewróciłam się na prawy bok; strzał oddany do mnie nie był śmiertelny; kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki i wyszła przez policzek; dostałam krwotok ciążowy.
Przy krwotoku ustnym wyplułam kilka zębów pewnie naruszonych kulą; czułam odrętwienie lewej części głowy i ciała, byłam jednak przytomna i widziałam wszystko, co się dzieje dookoła; obserwowałam dalsze egzekucje, leżąc wśród zabitych; wprowadzono dalsze partie mężczyzn; słychać było krzyki, błagania, jęki, strzały; trupy tych mężczyzn waliły się na mnie: leżało na mnie 4 mężczyzn; po tej grupie widziałam jeszcze partię kobiet i dzieci – tak grupa za grupą aż do późnego wieczora; było już dobrze, dobrze ciemno, gdy egzekucje ustały. W przerwach oprawcy chodzili po trupach, kopali, przewracali, dobijając żywych, rabując kosztowności (mnie zdjęli z ręki zegarek; bojąc się, nie dawałam znaku życia; a oni ciał nie dotykali rękami, tylko przez jakieś specjalne szmatki).
W czasie tych okropnych czynności śpiewali i pili wódkę. Obok mnie leżał jakiś tęgi, wysoki mężczyzna w skórzanej kurcie brązowej, w średnim wieku, długo rzęził; oddali 5 strzałów, zanim skonał. W czasie tego dobijania strzały raniły mi nogi. Przez długi czas leżałam odrętwiała, przyciśnięta trupami w kałuży krwi; byłam jednak przytomna i zdawałam sobie sprawę z tego, co się dzieje; myślałam tylko o tym, jak długo będę tak konać i męczyć się. Pod wieczór udało mi się zepchnąć martwe ciała leżące na mnie. Straszne, ile było dokoła krwi. Następnego dnia egzekucje ustały – w ciągu dnia Niemcy wpadali [kilka] razy dziennie z psami, „biegali” po trupach, sprawdzając, czy ktoś nie wstał. Na trzeci dzień poczułam ruchy dziecka w łonie, wtedy myśl, że nie mogę zabijać tego dziecka, sprawiła, że zaczęłam się rozglądać, badając sytuację i możliwości ocalenia się.
Dzięki takiemu spojrzeniu na historię nie znajdziemy w tej książce romantyzowania śmierci i cierpienia. Rzeź jest rzezią, śmierć jest śmiercią. Pamięć ma powstrzymywać nas przed powtórką z historii. Profesor historii Edward Serwański, powstaniec i przedwojenny harcmistrz na pytanie wnuka „Dziadku, a z tym powstaniem, to jak to właściwie było… czy to w ogóle dobrze, że wybuchło, skoro tyle osób zginęło?” Odpowiada:
– Czy dobrze?! Stasiu! Dziecko, toż to była zbrodnia! Zbrodnia! Po trzykroć razy zbrodnia!
Stoimy wszyscy oniemiali. Panuje wielka cisza, przyroda milczy jakby przestraszona. Stasiu, chyba trochę skonfundowany, wpatruje się niemo w dziadka.
– Czyja zbrodnia? – spytasz. Niemiecka, sowiecka i… polska! Klęska! Dramat narodowy! Akt rozpaczy zakończony katastrofą! Dla dumy, dla honoru, dla godności wydać na śmierć tyle tysięcy bezbronnych ludzi, cywilów: starców, kobiet i dzieci! I poświęcić tylu pięknych, młodych ludzi, co szli w powstanie jak na rzeź!

Wielu współczesnym te słowa mogą wydać się kontrowersyjne, ale wypowiedział je człowiek, który w powstaniu brał udział i który rozmiar tragedii widział na własne oczy. Małgorzata Wryk zwraca uwagę na to, że dziś Powstanie Warszawskie, chociaż teoretycznie wyniesione na piedestał, staje się zabawą. W interaktywnym muzeum można przechadzać się kanałami i grać w edukacyjne gry. To nie jest ze strony autorki zarzut, zdaje sobie ona sprawę z tego, że tak działa upływ czasu. Zadaje sobie jednak pytanie: Dokąd nas to doprowadzi?
Ta książka to coś więcej niż wspomnienia. To także spojrzenie na obecną kondycję świata oraz naszego społeczeństwa.
O autorce
Małgorzata Wryk – filolożka i tłumaczka. Przedstawicielka pierwszego powojennego pokolenia. Jej matka, Wanda Serwańska-Krawiec była więźniarką kilku nazistowskich obozów, w tym Auschwitz-Birkenau. Ojciec Edward Serwański walczył w Powstaniu Warszawskim, a po wojnie pracował jako badacz dziejów okupacji hitlerowskiej w Polsce.
Jej teksty były publikowane w „Pamiętniku Literackim”, „Nurcie”, „Gazecie Wyborczej”, „Newsweeku” i „Tygodniku Powszechnym”.
Obecnie przebywa na emeryturze, dzieląc wolny czas na rozwój zainteresowań, pisanie i opiekę nad wnukami.
Książka „Opowieść mojej mamy” jest dostępna w sprzedaży.
---
Artykuł sponsorowany, który powstał przy współpracy z wydawnictwem.
komentarze [3]
Lubię książki oparte na przeżyciach i wspomnieniach, więc dopisuję ją do listy książek do przeczytania
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
