Czystość formy osiągalna wyłącznie dla największych... Symbol ontologiczny, jakim Robbe-Grillet ustanawia żaluzję, stanowi inicjację doświadczenia — jakiemu forma pozostaje niestrudzenie wierna, wierna nade wszystko, co wydawałoby się wprost maniakalne (jak samo doświadczenie) — niczym magdalenka w monumentalnym (arcy)dziele Prousta.
Czystość formy osiągalna wyłącznie dla największych... Symbol ontologiczny, jakim Robbe-Grillet ustanawia żaluzję, stanowi inicjację doświadczenia — jakiemu forma pozostaje niestrudzenie wierna, wierna nade wszystko, co wydawałoby się wprost maniakalne (jak samo doświadczenie) — niczym magdalenka w monumentalnym (arcy)dziele Prousta.
Ależ się wynudziłam. Postrzępiony obraz, wciaż natrętnie podawany, z jakimś zmienionym szczegółem, był tak nudzący, że książkę czytałam długo, za długo.
O czym jest? O szczegółach. O cieniach, o stonodze, o A i Franku, o wycieczce , o Boyu... i nic w konkrecie, same zrywy przeładowane szczegółami. Łokcie, pale, aperitif, plama... plama... plama.
Nie wiem co chciał przekazać autor? Chyba żebym lepiej wybierała to, co chcę przeczytać.
Ależ się wynudziłam. Postrzępiony obraz, wciaż natrętnie podawany, z jakimś zmienionym szczegółem, był tak nudzący, że książkę czytałam długo, za długo.
O czym jest? O szczegółach. O cieniach, o stonodze, o A i Franku, o wycieczce , o Boyu... i nic w konkrecie, same zrywy przeładowane szczegółami. Łokcie, pale, aperitif, plama... plama... plama.
Nie wiem co chciał przekazać...
Autor, niczym attycki cenzor, bezapelacyjnie odrzuca rozrzutność barw — rozwiązłą stylistyczną roślinność, która obciążyłaby i zasłoniła surowe linie jego Partenonu.
Autor, niczym attycki cenzor, bezapelacyjnie odrzuca rozrzutność barw — rozwiązłą stylistyczną roślinność, która obciążyłaby i zasłoniła surowe linie jego Partenonu.
Bardzo filmowe opowiadanie i miałem różne myśli w związku z nim. Po pierwsze, jeśli nowa powieść (antypowieść),_ ma eksplorować granice powieści, to Żaluzja sprawdza, jak będzie się miało opowiadanie ogołocone z tego, co powieściowe (akcja, czas, dostęp czytelnika do przeżyć wewnętrznych bohaterów). To jest interesująca ślepa uliczka. Ślepa w tym sensie, że to dowód przez wskazanie - można? Można. Ale potem nie bardzo wiadomo, co z tym zrobić, choć było to interesujące. Druga rzecz. Jeśli piszę filmowe, to trzeba dodać, że chodzi o bardzo specyficzną konwencję: statyczne ujęcia, przeskoki w czasie, obsesyjne wracanie do tych samych szczegółów, bardzo geometryczne kadry. To nie jest czas teraźniejszy Dos Pasossa, to są zbliżenia, spowolnienia i zapętlenia... Jest takie upalone opowiadanie D.F. Wallace'a - pierwsze albo drugie w zbiorze "Wywiady z paskudnymi ludźmi" - które daje podobne odczucie i jest chyba jeszcze lepiej napisane. Po trzecie, melodia wydawała mi się bardzo camusowska, tak jakbym w jakimś sensie wracał do Obcego. Sprawdziłem, że Robbe-Grillet'a tłumaczyła Maria Zenowicz, tłumaczka Camusa. Czy to stąd, to podobieństwo? Tak czy siak, język robi tutaj najlepszą robotę: klarowny, precyzyjny, bardziej przymiotnikowy niż Camus, ale fajny, fajny. Polecam. Może ktoś rozkmini przeskoki czasowe w tej powieści sprawdzając zmieniające się kąty padania cienia - zadanie czytelnicze na miarę Nabokova :)
Bardzo filmowe opowiadanie i miałem różne myśli w związku z nim. Po pierwsze, jeśli nowa powieść (antypowieść),_ ma eksplorować granice powieści, to Żaluzja sprawdza, jak będzie się miało opowiadanie ogołocone z tego, co powieściowe (akcja, czas, dostęp czytelnika do przeżyć wewnętrznych bohaterów). To jest interesująca ślepa uliczka. Ślepa w tym sensie, że to dowód przez...
Jeśli ktoś szuka w literaturze powiewu świeżości, trafił pod właściwy adres. Proza Robbe-Grilleta dostarcza unikatowych wrażeń, nietypowej struktury narracji oraz przyjemnego mętliku w głowie, zupełnie jak po wypiciu kilku głębszych.
Niektóre momenty są doprawdy wyśmienite, jak na przykład kilka stronic, podczas których autor stopniuje napięcie za pomocą samego zmysłu słuchu, opisując jedynie słyszane przez narratora dźwięki:
"Potem zapada cisza, lecz słuch wyostrza się, łowiąc nowy dźwięk, cichszy od poprzednich, podobny jakby do warkotu. Ale i on wkrótce ustaje. Znowu słychać natrętne syczenie lampy".
I dalej:
"Przenikliwy, szybko urwany krzyk jakiegoś zwierzęcia zabrzmiał tuż obok, chyba w ogrodzie, u podnóża tarasu. Po upływie trzech sekund ten sam krzyk sygnalizuje obecność zwierzęcia po drugiej stronie domu. (…) Lecz zanim został dokładnie rozpoznany, już ucichł. Ucho daremnie stara się odszukać go wśród nocy; znów świdruje je tylko syk lampy gazowej".
W innym miejscu Grillet skupia się na opisaniu zmieniającego się wokół domu cienia, przypomina to trochę obraz zręcznego malarza, stworzony za pomocą słów zamiast farb i kolorów. Zabieg ten udanie podkreśla niemal erotyczne napięcie między Frankiem i A., wyczuwalne mimochodem przez czytelnika:
"Teraz cień filaru – filaru podpierającego południowo-zachodni narożnik dachu – pada na kamienne płyty, w poprzek środkowej części tarasu, przed fasadą domu, gdzie rozstawiono fotele na wieczór. (…)
Choć jest już zupełnie ciemno, nie kazała wnieść lamp (…). Szklanki są napełnione prawie po brzegi koniakiem i wodą mineralną, wewnątrz każdej z nich pływa mały sześcianik lodu. Nie chcąc ryzykować, że w całkowitej ciemności jeden niezręczny gest spowoduje rozlanie płynu, podeszła najbliżej jak tylko można do fotela Franka, trzymając ostrożnie w prawej ręce szklankę dla niego przeznaczoną".
A opisanie wypadku samochodowego w nawiązaniu do trzasku żuchwy gąsienicy to kolejna rewelacja. Musicie uwierzyć mi na słowo, krótki cytat nie odda tej magii, a dłuższy będzie zbyt długi.
Humaniści, miłośnicy sztuki i eksperymentatorzy powinni więc być usatysfakcjonowani. Autor nie zapomniał także o umysłach ścisłych, które mogą czerpać radość z matematycznych harców Robbe-Grilleta.
"Ponadto ta parcela nie jest już prostokątna, jak sąsiednia, leżąca wyżej, ale ma kształt trapezu, ponieważ rzeczka, która stanowi jej dolny kraniec, nie płynie prostopadle do dwóch pozostałych boków trapezu, stykających się z nią w jej górnym i dolnym nurcie".
W tym miejscu wypada mi zdradzić, że Robbe-Grillet sam był matematykiem, współpracował m.in. z Państwowym Instytutem Statystycznym w Paryżu.
Podobnie, jak w przypadku genialnego "Domu schadzek", w "Żaluzji" Robbe-Grillet sięga po te same chwyty. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że Żaluzja ukazała się jako pierwsza – w 1957 roku, a więc na osiem lat przed Domem schadzek.
Oto czego może się spodziewać czytelnik przystępując do lektury "Żaluzji":
- sekwencje powtarzających się wydarzeń,
- zaburzona chronologia,
- narracja przypominająca bezduszne sprawozdanie,
-umiłowanie szczegółu,
- prawie kompletny brak dialogów. Jeśli już się one pojawiają, są rachityczne, skarłowaciałe. Nieliczne słowa są wypowiadane jakby od niechcenia.
Bezimienni bohaterowie i marginalna funkcja dialogów to kolejne bronie w arsenale Robbe-Grilleta, który przyznawał wielokrotnie, że tradycyjna formuła powieści się skończyła. Szukał więc nowych środków wyrazu, które krytyka ochrzciła potem jako nouveau roman – nową powieść, czy nawet antypowieść.
No i specyficzne szczegóły, którym Robbe-Grillet zdaje się nadawać szczególne znaczenie. Na przykład gąsienica i powstała po jej zmiażdżeniu plama na ścianie.
Inne powtarzające się motywy to rozmowa głównych bohaterów, Franka i A., siedzących w fotelach i popijających koniak z wodą mineralną. Pochylony nad rzeka tubylec, czyjeś stopy przemykające na zewnątrz, wiecznie pusty druciany fotel, wspomniana już plama na ścianie. I tytułowa żaluzja, pojawiająca się regularnie, pełniąc rolę teatralnej kurtyny. Francuski pisarz uchyla kolejne listki żaluzji, dzięki czemu widać więcej a znana już czytelnikowi scena wzbogaca się o nowy szczegół.
Francuskie słowo „La Jalousie” oznacza też zazdrość, ale żaluzja pasuje mi zdecydowanie bardziej. Adam Ważyk w posłowie do "Domu schadzek" twierdzi, że "Żaluzja" jest wspomnieniem człowieka opętanego uczuciem zazdrości. Może i tak jest w istocie, chociaż ja się czegoś takiego absolutnie nie dopatrzyłem.
I podobnie jak Frank i A. uwielbiają obmyślanie nowych wariantów rozwoju akcji jakiejś czytanej przez nich książki, dokładnie to samo czyni Robbe-Grillet. Zaciera pewne wątki tylko po to, by wzbogacić je jakimś niepozornym szczegółem i przywołać ponownie. Te nakładające się na siebie zmiany – same w sobie niezauważalne – doprowadzają do zupełnie nowych miejsc. I to jest chyba najbardziej frapująca rzecz w twórczości Francuza. Taki sposób prowadzenia narracji powoduje, że książka mogłaby się nigdy nie kończyć.
Oschły eksperymentalizm "Żaluzji" zachwyca nawet po lekturze "Domu schadzek". Nie posiada jednak wątku kryminalnego, a eksperymenty z czasem nie są jeszcze aż tak zaawansowane. Dlatego „tylko” 8,5.
Doprawdy, swoimi niedopowiedzeniami Robbe-Grillet mówi więcej, niż niejeden pisarz w epickich powieściach przeładowanych pięciokrotnie złożonymi zdaniami.
"Żaluzja" to porcja unikatowej, pionierskiej literatury, zacierającej granice między dziedzinami sztuki i szybującą wysoko, wysoko, nad większością książkowego chłamu.
Jeśli ktoś szuka w literaturze powiewu świeżości, trafił pod właściwy adres. Proza Robbe-Grilleta dostarcza unikatowych wrażeń, nietypowej struktury narracji oraz przyjemnego mętliku w głowie, zupełnie jak po wypiciu kilku głębszych.
Niektóre momenty są doprawdy wyśmienite, jak na przykład kilka stronic, podczas których autor stopniuje napięcie za pomocą samego zmysłu...
Nouveau roman można cenić lub można całkowicie nie rozumieć. Fabuła bez fabuły, obsesyjność znaczeń i nawrotów... mój umysł skłonny do zapętlania się na niuansach odnajduje się w tym aż za dobrze. "Żaluzja"... - tylko dla specyficznych czytelników.
Nouveau roman można cenić lub można całkowicie nie rozumieć. Fabuła bez fabuły, obsesyjność znaczeń i nawrotów... mój umysł skłonny do zapętlania się na niuansach odnajduje się w tym aż za dobrze. "Żaluzja"... - tylko dla specyficznych czytelników.
Autor, niczym geometra, odbiera rzeczom jakości zmysłowe, eksponując w zamian tylko ich liniowe substraty, wyciskając krew, łzy i pot samą obróbką stylistyczną dzieła. Rysunek kreślonych w ten sposób kształtów tworzy zarys praw psychologicznych, gdzie na własne sprawy i przyjemności nie ma żadnego miejsca, zamieniając powieść w fortecę z pozoru nie do zdobycia i ustalając z rozmysłem pod podszewką nakrochmalonych sztywnością "wydarzeń" rytm, układ i świeżość kompozycji, słowem: wszystko, czego trzeba.
Autor, niczym geometra, odbiera rzeczom jakości zmysłowe, eksponując w zamian tylko ich liniowe substraty, wyciskając krew, łzy i pot samą obróbką stylistyczną dzieła. Rysunek kreślonych w ten sposób kształtów tworzy zarys praw psychologicznych, gdzie na własne sprawy i przyjemności nie ma żadnego miejsca, zamieniając powieść w fortecę z pozoru nie do zdobycia i ustalając z...
Co za mizeria! Gombrowiczowskie „im mądrzej, tym głupiej!" stanowi najlepszą recenzję tej... książki. No właśnie, czy to w ogóle jest książka? Antypowieść – nazwa gatunku najcelniej odzwierciedla naturę tego z a p r z e c z e n i a książki. Tutaj nic nie ma, tutaj nic się nie dzieje. Tylko* w nadziei na rekompensujący finał doczytałem do końca i, a jakże, w finale również nic się nie dzieje! Chciałbym poznać człowieka, który uważa tę antypowieść za najlepsze, co czytał, i chciałbym, aby ten człowiek spojrzał prosto w moje rozgniewane oczy. Nie bagatelizuję. Wiem, że na to potrzeba odwagi. To było jedno wielkie nic. Najdłuższe sto pięćdziesiąt stron, na których nic się nie wydarzyło.
Nie znam francuskiego, i może stąd mam pochlebną opinię na temat tego języka, niemniej muszę wyznać, że czytając tę antypowieść ustawicznie zapytywałem samego siebie: kto to widział pisać takie denne i puste zdania po francusku?
*To kłamstwo z rodzaju hiperbol, ponieważ istniał jeszcze drugi powód: była niedziela, miałem niewielki ruch w pracy i żadnej innej (anty!)książki pod ręką. Żal, że nie wybrałem patrzenia w ścianę. Ta antypowieść okradła mnie z czasu! Kto mi go odda, no kto?
Co za mizeria! Gombrowiczowskie „im mądrzej, tym głupiej!" stanowi najlepszą recenzję tej... książki. No właśnie, czy to w ogóle jest książka? Antypowieść – nazwa gatunku najcelniej odzwierciedla naturę tego z a p r z e c z e n i a książki. Tutaj nic nie ma, tutaj nic się nie dzieje. Tylko* w nadziei na rekompensujący finał doczytałem do końca i, a jakże, w finale również...
"Żaluzja" jest trudna w czytaniu, ale bardzo satysfakcjonująca. Czołowe osiągnięcie Nowej Powieści to takie same zdarzenia powielane z pozoru jak za pomocą kalki, ale zawsze w innej wariacji, wszystko podszyte upalną, tytułową zazdrością (oryginalny tytuł powieści to w języku francuskim zarówno żaluzja jak i zazdrość).
"Żaluzja" jest trudna w czytaniu, ale bardzo satysfakcjonująca. Czołowe osiągnięcie Nowej Powieści to takie same zdarzenia powielane z pozoru jak za pomocą kalki, ale zawsze w innej wariacji, wszystko podszyte upalną, tytułową zazdrością (oryginalny tytuł powieści to w języku francuskim zarówno żaluzja jak i zazdrość).
Mam wrażenie, że lektura "Żaluzji" uczy uważności. Grillet w mistrzowski wręcz sposób stosuje (formalistyczny wręcz) chwyt, dzięki któremu czyni ze zwykłych czynności ciąg przepływających momentów, wrażeń i impresji. To splątany, choć przecież niezwykle plastyczny obraz, który sprawia, że rzeczywiście czujemy na naszej twarzy ciepło afrykańskiego słońca.
Mam wrażenie, że lektura "Żaluzji" uczy uważności. Grillet w mistrzowski wręcz sposób stosuje (formalistyczny wręcz) chwyt, dzięki któremu czyni ze zwykłych czynności ciąg przepływających momentów, wrażeń i impresji. To splątany, choć przecież niezwykle plastyczny obraz, który sprawia, że rzeczywiście czujemy na naszej twarzy ciepło afrykańskiego słońca.
Szczytowe osiągnięcie nouveau roman nie jest łatwą lekturą, nuży i frustruje, ale w pewnym momencie po prostu wchodzi się w tą skupioną kontemplację każdego detalu i kolażowe opowiadanie wciąż tego samego i można się w tym rozpłynąć.
Szczytowe osiągnięcie nouveau roman nie jest łatwą lekturą, nuży i frustruje, ale w pewnym momencie po prostu wchodzi się w tą skupioną kontemplację każdego detalu i kolażowe opowiadanie wciąż tego samego i można się w tym rozpłynąć.
Czy nie frustrowałoby Cię czytanie po raz piąty opisu zmiażdżenia stonogi? Albo nalewania koniaku do szklanek... trzech szklanek, podczas gdy poznajemy tylko dwóch bohaterów. A i ten lód, którego zapomniała przynieść, kto zapomniał? A... czy jej boy (bawi mnie to słowo), ale nie... przecież zaraz znowu jest na stole wiaderko powlekające się mgiełką. I czekasz tak czytelniku do końca, cierpliwie znosisz kolejny opis działki w kształcie trapezu lub rozmowy o psującym się samochodzie... i czekasz... i co? No właśnie dlatego warto przeczytać tę książkę. Pozwolić podroczyć się temu dziwnemu narratorowi z czytelnikiem!
I w sumie równie ciekawe jak sama książką są o niej opinie zarówno innych czytelników jak i literackich "znawców" - również polecam! :D
Czy nie frustrowałoby Cię czytanie po raz piąty opisu zmiażdżenia stonogi? Albo nalewania koniaku do szklanek... trzech szklanek, podczas gdy poznajemy tylko dwóch bohaterów. A i ten lód, którego zapomniała przynieść, kto zapomniał? A... czy jej boy (bawi mnie to słowo), ale nie... przecież zaraz znowu jest na stole wiaderko powlekające się mgiełką. I czekasz tak czytelniku...
Książka, której nie można opowiedzieć... ani przeczytać.
Mimo niedużej objętości, musiałam przerwać ten potok czegoś dziwnego, który kradł mi tylko czas.
Teraz czytam "Gumy" - zobaczymy, czy przekonam się do tego autora.
Książka, której nie można opowiedzieć... ani przeczytać.
Mimo niedużej objętości, musiałam przerwać ten potok czegoś dziwnego, który kradł mi tylko czas.
Teraz czytam "Gumy" - zobaczymy, czy przekonam się do tego autora.
Radykalna w drobiazgowych opisach, hipnotyzująca albo transowa. Dla wielu pewnie nie do przejścia. Dla mnie w tym rozmiarze cudownie znośna. Polecam koneserom, dla których opis jest wszystkim, akcja zaś niczym.
Radykalna w drobiazgowych opisach, hipnotyzująca albo transowa. Dla wielu pewnie nie do przejścia. Dla mnie w tym rozmiarze cudownie znośna. Polecam koneserom, dla których opis jest wszystkim, akcja zaś niczym.
Koleżanka poleciła mi tę książkę ze słowami "takiej książki jeszcze nie czytałeś". Miała rację. Tym którzy nie znają mogę polecić z tymi samymi słowami. Mało zajmująca, mało ciekawa, ale nie czasochłonna. Na pewno wzbogaci Wasze doświadczenia z literaturą.
Koleżanka poleciła mi tę książkę ze słowami "takiej książki jeszcze nie czytałeś". Miała rację. Tym którzy nie znają mogę polecić z tymi samymi słowami. Mało zajmująca, mało ciekawa, ale nie czasochłonna. Na pewno wzbogaci Wasze doświadczenia z literaturą.
Jaki jestem inny-nowatorski, odżegnuję się od wszystkiego, co było, od tej całej gnuśności wieków literatury. Tylko dla wyrobionych ekhm intelektualnie czytelników.
Jaki jestem inny-nowatorski, odżegnuję się od wszystkiego, co było, od tej całej gnuśności wieków literatury. Tylko dla wyrobionych ekhm intelektualnie czytelników.
"Żaluzję" miałam zadaną na studiach. Wykładowca zarekomendował ją słowami" "takiej powieści jeszcze państwo nie czytali". I owszem, jeśli ktoś szuka czegoś oryginalnego, to "Żaluzja" będzie w sam raz.
"Żaluzję" miałam zadaną na studiach. Wykładowca zarekomendował ją słowami" "takiej powieści jeszcze państwo nie czytali". I owszem, jeśli ktoś szuka czegoś oryginalnego, to "Żaluzja" będzie w sam raz.
Po lekturze Żaluzji przez dłuższą chwilę kontemplowałem wzory drewnianych sęków na podłodze w moim pokoju i cień kładący się na fragmencie posadzki naprzeciwko okna.
Grillet z namaszczeniem rejestruje relacje przestrzenne mikrokosmosu kolonialnej willi gdzieś w Afryce, gdzie nawet ledwie widoczny zarys stonogi rozgniecionej na ścianie staje się fascynującym obiektem obserwacji. Powieść Grilleta równie dobrze mogłaby nosić zaczerpnięty z innego eksperymentalnego francuskiego utworu 'Rzeczy' (Georgesa Pereca)gdyż nawet relacje międzyludzkie pozbawione tradycyjnej warstwy psychologicznej zdaje się cechować pewna mechaniczna dynamika.
Po początkowych oporach, gdy w tyle głowy kołacze się słowo 'nuda' kliniczna narracja grilleta zaczyna angażować czytelnika w pewien rodzaj aktywnej kontemplacji (patrz pierwszy akapit)
Po lekturze Żaluzji przez dłuższą chwilę kontemplowałem wzory drewnianych sęków na podłodze w moim pokoju i cień kładący się na fragmencie posadzki naprzeciwko okna.
Grillet z namaszczeniem rejestruje relacje przestrzenne mikrokosmosu kolonialnej willi gdzieś w Afryce, gdzie nawet ledwie widoczny zarys stonogi rozgniecionej na ścianie staje się fascynującym obiektem...
Świetna. Wprowadza napiętą atmosferę, jaka się wytwarza, kiedy podpatrujemy coś, o czym wiemy, że nie wolno nam tego robić, a mimo to nie możemy przestać.
Świetna. Wprowadza napiętą atmosferę, jaka się wytwarza, kiedy podpatrujemy coś, o czym wiemy, że nie wolno nam tego robić, a mimo to nie możemy przestać.
Powieść "Żaluzja" autorstwa Alaina Robbe-Gilleta to w opinii wielu ekspertów programowy utwór nurtu literackiego określanego mianem "nouveau roman" (nowa powieść, zwana też antypowieścią lub powieścią fenomenologiczną). "Noveau roman" miała być odpowiedzią na wyczerpanie się, przynajmniej w opinii twórców tego awangardowego kierunku (za których uważa się Claude’a Simona, Roberta Pingeta oraz Alaina Robbe-Grilleta), możliwości powstawania wartościowych dzieł spod znaku klasycznej formy prozy. Powieści tradycyjnej oberwało się za wszechobecnego oraz wszechwiedzącego narratora, który był równocześnie demiurgiem – świat przedstawiony był wyłącznie jego dziełem i nie mógł w żadnym wypadku wyjść poza ściśle ustalone przez tegoż narratora ramy. Niemile widziane były także wszelkie formy psychologizmu – egzystencjalizm, na czele z Kafką, Dostojewskim czy Kierkegaardem powinien odejść precz. Zamiast człowiekiem, jego problemami, pojmowanymi z punktu widzenia jednostki, literatura winna skupiać swoje wiązki na kwestiach możliwości poznawczych powieści – istotne były zatem metody odwzorowania rzeczywistości oraz wpływ narzędzi literackich, stosowanych przez pisarzy na formowanie się tej rzeczywistości. Takie postawienie sprawy wiązało się z wprowadzeniem autotematyzmu, czyli sytuacji, kiedy literackie dzieło zawiera rozważania na swój temat. A żeby było jeszcze bardziej awangardowo, refleksje te nie mogły być zbyt bezpośrednie i widoczne. Autotematyzm musiał być więc zawoalowany, pozostawał jednak kluczem do zrozumienia całego utworu.
Co jeszcze kryło się pod hasłem "nouveau roman"? Co jeszcze miało trafić na literacki stos, wysłane na niego przez antypowieściową inkwizycję? Najprościej rzecz ujmując, można rzec, że wszystko zostało wywrócone do góry nogami. W opinii Robbe-Grilleta ludzie w utworach literackich mieli takie same prawa jak przedmioty – tzn. stanowili oni jedynie elementy świata percepcji. Ponadto rezygnowano z chronologicznego porządku fabuły, postacie pozbawione zostały cech charakterystycznych (często byli bezimienni). Zaburzony zostawał ciąg przyczynowo-skutkowy – brakowało logicznej kolejności zdarzeń. Narracja prowadzona była chaotycznie, a świat przedstawiony bazował na subiektywizmie narratora – ukazywany był tak, jak aktualnie widział go, najczęściej bezosobowy, podmiot, który rejestrował wszystko niemal wyłącznie za pomocą wzroku. W "Żaluzji", fabuła jest bezlitośnie poszatkowana, czas zdaje się nie odgrywać żadnej roli, wydarzenia często odtwarzane są wielokrotnie, tylko z różnych ujęć. Lektura powieści przypomina bardziej odczyt ułożonych w przypadkowej sekwencji obrazów, zarejestrowanych przez czujne oko kamery.
Skąd jednak tak agresywne podejście do klasycznej formy prozy? Sporo do powiedzenia w tej kwestii miał Gérard Genette, który opis w powieściach realistycznych określał mianem "ancilla narrationis", czyli „służebnicy narracji”. Wynikało to z faktu, że w tego typu dziełach, z góry określony jest pewien cel, sens, który to opis ma właśnie przedstawiać. Opis jest zatem wyłącznie tworem wtórnym, podrzędnym, podporządkowanym pewnej idei, której służy. Brzmi to może dość absurdalnie (bo w końcu "opis" z samej nazwy stosowany jest do "opisywania" czegoś), ale zwolennicy nowej powieści dążyli do wyzwolenia opisu z literackich oków i postulowali o jego samodzielny byt. Stąd też pomysł budowania narracji wyłącznie w oparciu o zmysł wzroku – poprzez ten zabieg, poznawanej przez czytelnika rzeczywistości zostaje amputowana wszelka głębia – usuwa się z niej pierwiastki transcendentne, psychologiczne, etc. W ten sposób opis staje się bytem samym w sobie i zostaje wyzwolony z pęt narracji. Brzmi pięknie, ale co z tego wyszło?
Fabuła "Żaluzji" jest bardzo skromna, by nie rzec uboga, sprowadzona została do absolutnego minimum. W książce dzieje się naprawdę niewiele, a patrząc na nią z punktu widzenia współczesnego czytelnika, oczekującego gnającej na złamanie karku akcji, soczystych dialogów, pełnych ikry i dobrego dowcipu, bohaterów pretendujących do miana idoli, czy autorytetów i tego wszystkiego, z czym kojarzona jest obecnie dobra książka, można wręcz powiedzieć, że w powieści nie dzieje się absolutnie nic! Cóż więc skrywa się na tych kilkudziesięciu stronach powieści?
Daleka kolonia. Bliżej nie nazwana, nieokreślona, ale prawdopodobnie francuska. Plantacja bananów. Dom. Bohaterka A... oraz Frank, właściciel sąsiedniej plantacji. Kolacje, na których regularnym gościem jest Frank. Plany A... i Franka dotyczące wspólnej wyprawy do miasta. Dyskusja na temat książki, którą Frank pożyczył A... . Akcja powieści rozgrywa się w kolonialnej Afryce. Stonoga (jadowita, niejadowita?) pojawiająca się na ścianie, zabita przez Franka. Regularne rozmowy na temat awaryjności ciężarówki Franka. Problemy żony Franka z nieznośnym upałem. Wymiana pali, wchodzących w skład mostu, prowadzona przez czarnych robotników.
Tak mniej więcej przedstawia się fabuła "Żaluzji", którą zdradzam z czystym sumieniem, bowiem nie odgrywa ona żadnej znaczącej, czy nadrzędnej roli. Jest tylko kolejnym elementem, wchodzącym w skład całej powieści, nie pełni ona przy tym żadnej funkcji dominującej. Co interesujące, wydarzenia są często powtarzane, oglądane wielokrotnie, ale z różnych perspektyw. W tekście brak także jakichkolwiek zaznaczeń, że dana scena jest odtwarzana, co szczególnie na początku lektury, sprawia czytelnikowi nie lada kłopot, wymuszając na nim czujność oraz koncentrację. Wydaje się, że niektóre wydarzenia są jedynie wytworem wyobraźni tajemniczego narratora, czy też podmiotu rejestrującego, ale oczywiście jest to niemożliwe do stwierdzenia ze stuprocentową pewnością.
Pogarda dla fabuły w moim mniemaniu zaznacza się najlepiej w drobiazgowych opisach scenerii, która w danej chwili jest widoczna – z ogromną pieczołowitością odtwarzana jest gra światła oraz światłocień ("Teraz cień filaru, filaru, który podpiera południowo-zachodni narożnik dachu, rozdziela na dwie równe części narożnik tarasu"), struktura domu ("Ów taras to szeroka, kryta galeria, otaczająca dom z trzech stron. Ponieważ szerokość tarasu w części środkowej jest taka sama jak w jego bocznych skrzydłach, linia cienia rzucanego przez filar sięga dokładnie do narożnika domu, lecz tu się urywa, gdyż słońce stoi jeszcze zbyt wysoko na niebie i oświetla tylko kamienne płyty"), czy układ drzewek bananowych ("Jeden z rzędów, ukośny, zaczyna się na prawo przy mostku z pali i sięga lewego skraju ogrodu. Licząc wzdłuż składa się z trzydziestu sześciu drzew. Sadzenie drzew w szachownicę sprawia, że widać je tak, jak gdyby biegły w trzech różnych kierunkach: prostopadle do wybranego za podstawę szeregu, ale również wzdłuż dwóch innych prostych, także do siebie prostopadłych i krzyżujących się z dwoma poprzednimi pod kątem 45 stopni. A więc te dwa szeregi są, każdy z osobna, równoległe i prostopadłe do osi doliny i dolnego skraju ogrodu"). Precyzyjnie odmalowane są ruchy oraz gesty bohaterów ("A... sama poszła po napoje, wodę mineralną i koniak. Stawia na stoliku tacę z dwiema butelkami i trzema dużymi szklankami. Po odtworzeniu butelki koniaku, odwraca się i patrząc na Franka, napełnia jednocześnie jego szklankę. Ale Frank, zamiast śledzić podnoszący się poziom alkoholu, kieruje wzrok nieco wyżej, patrząc w twarz A..."), ale same słowa zdają się już znaczyć niewiele, albo zgoła nic. Nie przywiązuje się do nich większej wagi, traktowane są z taką samą atencją jak szum dobiegający z podwórka, wygwizdywana melodia, czy odgłosy dzikich zwierząt.
Okazuje się, że zabieg fotograficznego przedstawienia tła wydarzeń, na pozór obiektywny opis wszystkiego, co w danej chwili stanowi scenerię, pogrąża w zupełnym chaosie fabułę powieści. Całość zaczyna jawić się jako obraz, który został przybliżony w tak dużym stopniu, że przestajemy już dostrzegać podmiot obrazu. Zamiast niego wyłania się faktura dzieła, która z oglądanej perspektywy jest jednak wyłącznie bezładną plątaniną plam, kolorów oraz kresek. Zatem zbyt szczegółowe odtwarzanie rzeczywistości prowadzi do jej zaciemnienia – wielość możliwych interpretacji danej sceny jest tak przytłaczająca, że jakakolwiek nadanie znaczenia i sensu stają się zadaniami ponad miarę czytelnika. Można zatem śmiało rzec, że zostaliśmy oszukani przez język opisu, który winien ułatwiać nam literacką percepcję. Tymczasem uniemożliwia on jakąkolwiek deskrypcję zapisanych w ten sposób wydarzeń.
A jeśli już przy języku jesteśmy i powoli dobijamy do brzegu tajemniczej wyspy o nazwie semantyka, to godny uwagi jest sam tytuł powieści. Żaluzja, a w oryginale "La Jalousie", w języku francuskim oznacza zarówno "żaluzję" jak i "zazdrość". Oba słowa zdają się idealnie pasować do tego dzieła. Wydarzenia często obserwowano są niejako z ukrycia, zza żaluzji, która staje się atrybutem podglądacza, kurtyną, zza której nasz obiekt śledzi poczynania A... oraz Franka. Sposób prowadzenia narracji, pozornie bezstronny oraz wyprany z wszelkich emocji, mimo wszystko zdaje się sugerować, że pomiędzy rzeczonymi A... oraz Frankiem istnieje pewna nić porozumienia, uczucie, rodzaj erotycznej gry, trudne do wychwycenia seksualne napięcie, które powinno znaleźć gdzieś ujście, tj. osiągnąć moment kulminacyjny. Nic takiego jednak nie następuje, przez co możemy czuć się oszukani przez siłę sugestii tajemniczego narratora (psychopatycznego zazdrośnika, wmawiającego sobie rzekomy romans żony z sąsiadem?) – jest to przy tym znakomity przykład postulowanego subiektywizmu.
Krótko reasumując, przyznaję, że lektura "Żaluzji" okazała się bardzo zajmująca oraz piekielnie interesująca. Mimo, że książka pozbawiona jest niemal wszystkich cech, które powinny decydować o atrakcyjności powieści, posiada swoisty, nieodparty urok. Sprawia wrażenie pewnego rodzaju intelektualnego wyzwania, gry, na którą wyzywa nas Robbe-Grillet. "Żaluzja" posiada liczne literackie smaczki, intrygująca jest sama historia jej powstania oraz idee, która ma w założeniu nieść. Jako ciekawostkę można dodać, że "Żaluzja" została napisana w 1957 roku w okresie wzmożonych ruchów dekolonizacyjnych, które właśnie na przełomie lat 50. i 60. XX wieku najbardziej przybierały na sile. Być może (prawdopodobne) umiejscowienie akcji w któreś z francuskiej kolonii to także głos w dyskusji, jaka przebiegała wtedy przez Europę?
Powieść "Żaluzja" autorstwa Alaina Robbe-Gilleta to w opinii wielu ekspertów programowy utwór nurtu literackiego określanego mianem "nouveau roman" (nowa powieść, zwana też antypowieścią lub powieścią fenomenologiczną). "Noveau roman" miała być odpowiedzią na wyczerpanie się, przynajmniej w opinii twórców tego awangardowego kierunku (za których uważa się Claude’a Simona,...
Czystość formy osiągalna wyłącznie dla największych... Symbol ontologiczny, jakim Robbe-Grillet ustanawia żaluzję, stanowi inicjację doświadczenia — jakiemu forma pozostaje niestrudzenie wierna, wierna nade wszystko, co wydawałoby się wprost maniakalne (jak samo doświadczenie) — niczym magdalenka w monumentalnym (arcy)dziele Prousta.
Czystość formy osiągalna wyłącznie dla największych... Symbol ontologiczny, jakim Robbe-Grillet ustanawia żaluzję, stanowi inicjację doświadczenia — jakiemu forma pozostaje niestrudzenie wierna, wierna nade wszystko, co wydawałoby się wprost maniakalne (jak samo doświadczenie) — niczym magdalenka w monumentalnym (arcy)dziele Prousta.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAleż się wynudziłam. Postrzępiony obraz, wciaż natrętnie podawany, z jakimś zmienionym szczegółem, był tak nudzący, że książkę czytałam długo, za długo.
O czym jest? O szczegółach. O cieniach, o stonodze, o A i Franku, o wycieczce , o Boyu... i nic w konkrecie, same zrywy przeładowane szczegółami. Łokcie, pale, aperitif, plama... plama... plama.
Nie wiem co chciał przekazać autor? Chyba żebym lepiej wybierała to, co chcę przeczytać.
Ależ się wynudziłam. Postrzępiony obraz, wciaż natrętnie podawany, z jakimś zmienionym szczegółem, był tak nudzący, że książkę czytałam długo, za długo.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toO czym jest? O szczegółach. O cieniach, o stonodze, o A i Franku, o wycieczce , o Boyu... i nic w konkrecie, same zrywy przeładowane szczegółami. Łokcie, pale, aperitif, plama... plama... plama.
Nie wiem co chciał przekazać...
Autor, niczym attycki cenzor, bezapelacyjnie odrzuca rozrzutność barw — rozwiązłą stylistyczną roślinność, która obciążyłaby i zasłoniła surowe linie jego Partenonu.
Autor, niczym attycki cenzor, bezapelacyjnie odrzuca rozrzutność barw — rozwiązłą stylistyczną roślinność, która obciążyłaby i zasłoniła surowe linie jego Partenonu.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo filmowe opowiadanie i miałem różne myśli w związku z nim. Po pierwsze, jeśli nowa powieść (antypowieść),_ ma eksplorować granice powieści, to Żaluzja sprawdza, jak będzie się miało opowiadanie ogołocone z tego, co powieściowe (akcja, czas, dostęp czytelnika do przeżyć wewnętrznych bohaterów). To jest interesująca ślepa uliczka. Ślepa w tym sensie, że to dowód przez wskazanie - można? Można. Ale potem nie bardzo wiadomo, co z tym zrobić, choć było to interesujące. Druga rzecz. Jeśli piszę filmowe, to trzeba dodać, że chodzi o bardzo specyficzną konwencję: statyczne ujęcia, przeskoki w czasie, obsesyjne wracanie do tych samych szczegółów, bardzo geometryczne kadry. To nie jest czas teraźniejszy Dos Pasossa, to są zbliżenia, spowolnienia i zapętlenia... Jest takie upalone opowiadanie D.F. Wallace'a - pierwsze albo drugie w zbiorze "Wywiady z paskudnymi ludźmi" - które daje podobne odczucie i jest chyba jeszcze lepiej napisane. Po trzecie, melodia wydawała mi się bardzo camusowska, tak jakbym w jakimś sensie wracał do Obcego. Sprawdziłem, że Robbe-Grillet'a tłumaczyła Maria Zenowicz, tłumaczka Camusa. Czy to stąd, to podobieństwo? Tak czy siak, język robi tutaj najlepszą robotę: klarowny, precyzyjny, bardziej przymiotnikowy niż Camus, ale fajny, fajny. Polecam. Może ktoś rozkmini przeskoki czasowe w tej powieści sprawdzając zmieniające się kąty padania cienia - zadanie czytelnicze na miarę Nabokova :)
Bardzo filmowe opowiadanie i miałem różne myśli w związku z nim. Po pierwsze, jeśli nowa powieść (antypowieść),_ ma eksplorować granice powieści, to Żaluzja sprawdza, jak będzie się miało opowiadanie ogołocone z tego, co powieściowe (akcja, czas, dostęp czytelnika do przeżyć wewnętrznych bohaterów). To jest interesująca ślepa uliczka. Ślepa w tym sensie, że to dowód przez...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJeśli ktoś szuka w literaturze powiewu świeżości, trafił pod właściwy adres. Proza Robbe-Grilleta dostarcza unikatowych wrażeń, nietypowej struktury narracji oraz przyjemnego mętliku w głowie, zupełnie jak po wypiciu kilku głębszych.
Niektóre momenty są doprawdy wyśmienite, jak na przykład kilka stronic, podczas których autor stopniuje napięcie za pomocą samego zmysłu słuchu, opisując jedynie słyszane przez narratora dźwięki:
"Potem zapada cisza, lecz słuch wyostrza się, łowiąc nowy dźwięk, cichszy od poprzednich, podobny jakby do warkotu. Ale i on wkrótce ustaje. Znowu słychać natrętne syczenie lampy".
I dalej:
"Przenikliwy, szybko urwany krzyk jakiegoś zwierzęcia zabrzmiał tuż obok, chyba w ogrodzie, u podnóża tarasu. Po upływie trzech sekund ten sam krzyk sygnalizuje obecność zwierzęcia po drugiej stronie domu. (…) Lecz zanim został dokładnie rozpoznany, już ucichł. Ucho daremnie stara się odszukać go wśród nocy; znów świdruje je tylko syk lampy gazowej".
W innym miejscu Grillet skupia się na opisaniu zmieniającego się wokół domu cienia, przypomina to trochę obraz zręcznego malarza, stworzony za pomocą słów zamiast farb i kolorów. Zabieg ten udanie podkreśla niemal erotyczne napięcie między Frankiem i A., wyczuwalne mimochodem przez czytelnika:
"Teraz cień filaru – filaru podpierającego południowo-zachodni narożnik dachu – pada na kamienne płyty, w poprzek środkowej części tarasu, przed fasadą domu, gdzie rozstawiono fotele na wieczór. (…)
Choć jest już zupełnie ciemno, nie kazała wnieść lamp (…). Szklanki są napełnione prawie po brzegi koniakiem i wodą mineralną, wewnątrz każdej z nich pływa mały sześcianik lodu. Nie chcąc ryzykować, że w całkowitej ciemności jeden niezręczny gest spowoduje rozlanie płynu, podeszła najbliżej jak tylko można do fotela Franka, trzymając ostrożnie w prawej ręce szklankę dla niego przeznaczoną".
A opisanie wypadku samochodowego w nawiązaniu do trzasku żuchwy gąsienicy to kolejna rewelacja. Musicie uwierzyć mi na słowo, krótki cytat nie odda tej magii, a dłuższy będzie zbyt długi.
Humaniści, miłośnicy sztuki i eksperymentatorzy powinni więc być usatysfakcjonowani. Autor nie zapomniał także o umysłach ścisłych, które mogą czerpać radość z matematycznych harców Robbe-Grilleta.
"Ponadto ta parcela nie jest już prostokątna, jak sąsiednia, leżąca wyżej, ale ma kształt trapezu, ponieważ rzeczka, która stanowi jej dolny kraniec, nie płynie prostopadle do dwóch pozostałych boków trapezu, stykających się z nią w jej górnym i dolnym nurcie".
W tym miejscu wypada mi zdradzić, że Robbe-Grillet sam był matematykiem, współpracował m.in. z Państwowym Instytutem Statystycznym w Paryżu.
Podobnie, jak w przypadku genialnego "Domu schadzek", w "Żaluzji" Robbe-Grillet sięga po te same chwyty. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że Żaluzja ukazała się jako pierwsza – w 1957 roku, a więc na osiem lat przed Domem schadzek.
Oto czego może się spodziewać czytelnik przystępując do lektury "Żaluzji":
- sekwencje powtarzających się wydarzeń,
- zaburzona chronologia,
- narracja przypominająca bezduszne sprawozdanie,
-umiłowanie szczegółu,
- prawie kompletny brak dialogów. Jeśli już się one pojawiają, są rachityczne, skarłowaciałe. Nieliczne słowa są wypowiadane jakby od niechcenia.
Bezimienni bohaterowie i marginalna funkcja dialogów to kolejne bronie w arsenale Robbe-Grilleta, który przyznawał wielokrotnie, że tradycyjna formuła powieści się skończyła. Szukał więc nowych środków wyrazu, które krytyka ochrzciła potem jako nouveau roman – nową powieść, czy nawet antypowieść.
No i specyficzne szczegóły, którym Robbe-Grillet zdaje się nadawać szczególne znaczenie. Na przykład gąsienica i powstała po jej zmiażdżeniu plama na ścianie.
Inne powtarzające się motywy to rozmowa głównych bohaterów, Franka i A., siedzących w fotelach i popijających koniak z wodą mineralną. Pochylony nad rzeka tubylec, czyjeś stopy przemykające na zewnątrz, wiecznie pusty druciany fotel, wspomniana już plama na ścianie. I tytułowa żaluzja, pojawiająca się regularnie, pełniąc rolę teatralnej kurtyny. Francuski pisarz uchyla kolejne listki żaluzji, dzięki czemu widać więcej a znana już czytelnikowi scena wzbogaca się o nowy szczegół.
Francuskie słowo „La Jalousie” oznacza też zazdrość, ale żaluzja pasuje mi zdecydowanie bardziej. Adam Ważyk w posłowie do "Domu schadzek" twierdzi, że "Żaluzja" jest wspomnieniem człowieka opętanego uczuciem zazdrości. Może i tak jest w istocie, chociaż ja się czegoś takiego absolutnie nie dopatrzyłem.
I podobnie jak Frank i A. uwielbiają obmyślanie nowych wariantów rozwoju akcji jakiejś czytanej przez nich książki, dokładnie to samo czyni Robbe-Grillet. Zaciera pewne wątki tylko po to, by wzbogacić je jakimś niepozornym szczegółem i przywołać ponownie. Te nakładające się na siebie zmiany – same w sobie niezauważalne – doprowadzają do zupełnie nowych miejsc. I to jest chyba najbardziej frapująca rzecz w twórczości Francuza. Taki sposób prowadzenia narracji powoduje, że książka mogłaby się nigdy nie kończyć.
Oschły eksperymentalizm "Żaluzji" zachwyca nawet po lekturze "Domu schadzek". Nie posiada jednak wątku kryminalnego, a eksperymenty z czasem nie są jeszcze aż tak zaawansowane. Dlatego „tylko” 8,5.
Doprawdy, swoimi niedopowiedzeniami Robbe-Grillet mówi więcej, niż niejeden pisarz w epickich powieściach przeładowanych pięciokrotnie złożonymi zdaniami.
"Żaluzja" to porcja unikatowej, pionierskiej literatury, zacierającej granice między dziedzinami sztuki i szybującą wysoko, wysoko, nad większością książkowego chłamu.
Jeśli ktoś szuka w literaturze powiewu świeżości, trafił pod właściwy adres. Proza Robbe-Grilleta dostarcza unikatowych wrażeń, nietypowej struktury narracji oraz przyjemnego mętliku w głowie, zupełnie jak po wypiciu kilku głębszych.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNiektóre momenty są doprawdy wyśmienite, jak na przykład kilka stronic, podczas których autor stopniuje napięcie za pomocą samego zmysłu...
Nouveau roman można cenić lub można całkowicie nie rozumieć. Fabuła bez fabuły, obsesyjność znaczeń i nawrotów... mój umysł skłonny do zapętlania się na niuansach odnajduje się w tym aż za dobrze. "Żaluzja"... - tylko dla specyficznych czytelników.
Nouveau roman można cenić lub można całkowicie nie rozumieć. Fabuła bez fabuły, obsesyjność znaczeń i nawrotów... mój umysł skłonny do zapętlania się na niuansach odnajduje się w tym aż za dobrze. "Żaluzja"... - tylko dla specyficznych czytelników.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutor, niczym geometra, odbiera rzeczom jakości zmysłowe, eksponując w zamian tylko ich liniowe substraty, wyciskając krew, łzy i pot samą obróbką stylistyczną dzieła. Rysunek kreślonych w ten sposób kształtów tworzy zarys praw psychologicznych, gdzie na własne sprawy i przyjemności nie ma żadnego miejsca, zamieniając powieść w fortecę z pozoru nie do zdobycia i ustalając z rozmysłem pod podszewką nakrochmalonych sztywnością "wydarzeń" rytm, układ i świeżość kompozycji, słowem: wszystko, czego trzeba.
Autor, niczym geometra, odbiera rzeczom jakości zmysłowe, eksponując w zamian tylko ich liniowe substraty, wyciskając krew, łzy i pot samą obróbką stylistyczną dzieła. Rysunek kreślonych w ten sposób kształtów tworzy zarys praw psychologicznych, gdzie na własne sprawy i przyjemności nie ma żadnego miejsca, zamieniając powieść w fortecę z pozoru nie do zdobycia i ustalając z...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCo za mizeria! Gombrowiczowskie „im mądrzej, tym głupiej!" stanowi najlepszą recenzję tej... książki. No właśnie, czy to w ogóle jest książka? Antypowieść – nazwa gatunku najcelniej odzwierciedla naturę tego z a p r z e c z e n i a książki. Tutaj nic nie ma, tutaj nic się nie dzieje. Tylko* w nadziei na rekompensujący finał doczytałem do końca i, a jakże, w finale również nic się nie dzieje! Chciałbym poznać człowieka, który uważa tę antypowieść za najlepsze, co czytał, i chciałbym, aby ten człowiek spojrzał prosto w moje rozgniewane oczy. Nie bagatelizuję. Wiem, że na to potrzeba odwagi. To było jedno wielkie nic. Najdłuższe sto pięćdziesiąt stron, na których nic się nie wydarzyło.
Nie znam francuskiego, i może stąd mam pochlebną opinię na temat tego języka, niemniej muszę wyznać, że czytając tę antypowieść ustawicznie zapytywałem samego siebie: kto to widział pisać takie denne i puste zdania po francusku?
*To kłamstwo z rodzaju hiperbol, ponieważ istniał jeszcze drugi powód: była niedziela, miałem niewielki ruch w pracy i żadnej innej (anty!)książki pod ręką. Żal, że nie wybrałem patrzenia w ścianę. Ta antypowieść okradła mnie z czasu! Kto mi go odda, no kto?
Co za mizeria! Gombrowiczowskie „im mądrzej, tym głupiej!" stanowi najlepszą recenzję tej... książki. No właśnie, czy to w ogóle jest książka? Antypowieść – nazwa gatunku najcelniej odzwierciedla naturę tego z a p r z e c z e n i a książki. Tutaj nic nie ma, tutaj nic się nie dzieje. Tylko* w nadziei na rekompensujący finał doczytałem do końca i, a jakże, w finale również...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Żaluzja" jest trudna w czytaniu, ale bardzo satysfakcjonująca. Czołowe osiągnięcie Nowej Powieści to takie same zdarzenia powielane z pozoru jak za pomocą kalki, ale zawsze w innej wariacji, wszystko podszyte upalną, tytułową zazdrością (oryginalny tytuł powieści to w języku francuskim zarówno żaluzja jak i zazdrość).
"Żaluzja" jest trudna w czytaniu, ale bardzo satysfakcjonująca. Czołowe osiągnięcie Nowej Powieści to takie same zdarzenia powielane z pozoru jak za pomocą kalki, ale zawsze w innej wariacji, wszystko podszyte upalną, tytułową zazdrością (oryginalny tytuł powieści to w języku francuskim zarówno żaluzja jak i zazdrość).
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMam wrażenie, że lektura "Żaluzji" uczy uważności. Grillet w mistrzowski wręcz sposób stosuje (formalistyczny wręcz) chwyt, dzięki któremu czyni ze zwykłych czynności ciąg przepływających momentów, wrażeń i impresji. To splątany, choć przecież niezwykle plastyczny obraz, który sprawia, że rzeczywiście czujemy na naszej twarzy ciepło afrykańskiego słońca.
Mam wrażenie, że lektura "Żaluzji" uczy uważności. Grillet w mistrzowski wręcz sposób stosuje (formalistyczny wręcz) chwyt, dzięki któremu czyni ze zwykłych czynności ciąg przepływających momentów, wrażeń i impresji. To splątany, choć przecież niezwykle plastyczny obraz, który sprawia, że rzeczywiście czujemy na naszej twarzy ciepło afrykańskiego słońca.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSzczytowe osiągnięcie nouveau roman nie jest łatwą lekturą, nuży i frustruje, ale w pewnym momencie po prostu wchodzi się w tą skupioną kontemplację każdego detalu i kolażowe opowiadanie wciąż tego samego i można się w tym rozpłynąć.
Szczytowe osiągnięcie nouveau roman nie jest łatwą lekturą, nuży i frustruje, ale w pewnym momencie po prostu wchodzi się w tą skupioną kontemplację każdego detalu i kolażowe opowiadanie wciąż tego samego i można się w tym rozpłynąć.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzy nie frustrowałoby Cię czytanie po raz piąty opisu zmiażdżenia stonogi? Albo nalewania koniaku do szklanek... trzech szklanek, podczas gdy poznajemy tylko dwóch bohaterów. A i ten lód, którego zapomniała przynieść, kto zapomniał? A... czy jej boy (bawi mnie to słowo), ale nie... przecież zaraz znowu jest na stole wiaderko powlekające się mgiełką. I czekasz tak czytelniku do końca, cierpliwie znosisz kolejny opis działki w kształcie trapezu lub rozmowy o psującym się samochodzie... i czekasz... i co? No właśnie dlatego warto przeczytać tę książkę. Pozwolić podroczyć się temu dziwnemu narratorowi z czytelnikiem!
I w sumie równie ciekawe jak sama książką są o niej opinie zarówno innych czytelników jak i literackich "znawców" - również polecam! :D
Czy nie frustrowałoby Cię czytanie po raz piąty opisu zmiażdżenia stonogi? Albo nalewania koniaku do szklanek... trzech szklanek, podczas gdy poznajemy tylko dwóch bohaterów. A i ten lód, którego zapomniała przynieść, kto zapomniał? A... czy jej boy (bawi mnie to słowo), ale nie... przecież zaraz znowu jest na stole wiaderko powlekające się mgiełką. I czekasz tak czytelniku...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka, której nie można opowiedzieć... ani przeczytać.
Mimo niedużej objętości, musiałam przerwać ten potok czegoś dziwnego, który kradł mi tylko czas.
Teraz czytam "Gumy" - zobaczymy, czy przekonam się do tego autora.
Książka, której nie można opowiedzieć... ani przeczytać.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMimo niedużej objętości, musiałam przerwać ten potok czegoś dziwnego, który kradł mi tylko czas.
Teraz czytam "Gumy" - zobaczymy, czy przekonam się do tego autora.
Radykalna w drobiazgowych opisach, hipnotyzująca albo transowa. Dla wielu pewnie nie do przejścia. Dla mnie w tym rozmiarze cudownie znośna. Polecam koneserom, dla których opis jest wszystkim, akcja zaś niczym.
Radykalna w drobiazgowych opisach, hipnotyzująca albo transowa. Dla wielu pewnie nie do przejścia. Dla mnie w tym rozmiarze cudownie znośna. Polecam koneserom, dla których opis jest wszystkim, akcja zaś niczym.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKoleżanka poleciła mi tę książkę ze słowami "takiej książki jeszcze nie czytałeś". Miała rację. Tym którzy nie znają mogę polecić z tymi samymi słowami. Mało zajmująca, mało ciekawa, ale nie czasochłonna. Na pewno wzbogaci Wasze doświadczenia z literaturą.
Koleżanka poleciła mi tę książkę ze słowami "takiej książki jeszcze nie czytałeś". Miała rację. Tym którzy nie znają mogę polecić z tymi samymi słowami. Mało zajmująca, mało ciekawa, ale nie czasochłonna. Na pewno wzbogaci Wasze doświadczenia z literaturą.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJaki jestem inny-nowatorski, odżegnuję się od wszystkiego, co było, od tej całej gnuśności wieków literatury. Tylko dla wyrobionych ekhm intelektualnie czytelników.
Jaki jestem inny-nowatorski, odżegnuję się od wszystkiego, co było, od tej całej gnuśności wieków literatury. Tylko dla wyrobionych ekhm intelektualnie czytelników.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Żaluzję" miałam zadaną na studiach. Wykładowca zarekomendował ją słowami" "takiej powieści jeszcze państwo nie czytali". I owszem, jeśli ktoś szuka czegoś oryginalnego, to "Żaluzja" będzie w sam raz.
"Żaluzję" miałam zadaną na studiach. Wykładowca zarekomendował ją słowami" "takiej powieści jeszcze państwo nie czytali". I owszem, jeśli ktoś szuka czegoś oryginalnego, to "Żaluzja" będzie w sam raz.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo lekturze Żaluzji przez dłuższą chwilę kontemplowałem wzory drewnianych sęków na podłodze w moim pokoju i cień kładący się na fragmencie posadzki naprzeciwko okna.
Grillet z namaszczeniem rejestruje relacje przestrzenne mikrokosmosu kolonialnej willi gdzieś w Afryce, gdzie nawet ledwie widoczny zarys stonogi rozgniecionej na ścianie staje się fascynującym obiektem obserwacji. Powieść Grilleta równie dobrze mogłaby nosić zaczerpnięty z innego eksperymentalnego francuskiego utworu 'Rzeczy' (Georgesa Pereca)gdyż nawet relacje międzyludzkie pozbawione tradycyjnej warstwy psychologicznej zdaje się cechować pewna mechaniczna dynamika.
Po początkowych oporach, gdy w tyle głowy kołacze się słowo 'nuda' kliniczna narracja grilleta zaczyna angażować czytelnika w pewien rodzaj aktywnej kontemplacji (patrz pierwszy akapit)
Po lekturze Żaluzji przez dłuższą chwilę kontemplowałem wzory drewnianych sęków na podłodze w moim pokoju i cień kładący się na fragmencie posadzki naprzeciwko okna.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGrillet z namaszczeniem rejestruje relacje przestrzenne mikrokosmosu kolonialnej willi gdzieś w Afryce, gdzie nawet ledwie widoczny zarys stonogi rozgniecionej na ścianie staje się fascynującym obiektem...
Świetna. Wprowadza napiętą atmosferę, jaka się wytwarza, kiedy podpatrujemy coś, o czym wiemy, że nie wolno nam tego robić, a mimo to nie możemy przestać.
Świetna. Wprowadza napiętą atmosferę, jaka się wytwarza, kiedy podpatrujemy coś, o czym wiemy, że nie wolno nam tego robić, a mimo to nie możemy przestać.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowieść "Żaluzja" autorstwa Alaina Robbe-Gilleta to w opinii wielu ekspertów programowy utwór nurtu literackiego określanego mianem "nouveau roman" (nowa powieść, zwana też antypowieścią lub powieścią fenomenologiczną). "Noveau roman" miała być odpowiedzią na wyczerpanie się, przynajmniej w opinii twórców tego awangardowego kierunku (za których uważa się Claude’a Simona, Roberta Pingeta oraz Alaina Robbe-Grilleta), możliwości powstawania wartościowych dzieł spod znaku klasycznej formy prozy. Powieści tradycyjnej oberwało się za wszechobecnego oraz wszechwiedzącego narratora, który był równocześnie demiurgiem – świat przedstawiony był wyłącznie jego dziełem i nie mógł w żadnym wypadku wyjść poza ściśle ustalone przez tegoż narratora ramy. Niemile widziane były także wszelkie formy psychologizmu – egzystencjalizm, na czele z Kafką, Dostojewskim czy Kierkegaardem powinien odejść precz. Zamiast człowiekiem, jego problemami, pojmowanymi z punktu widzenia jednostki, literatura winna skupiać swoje wiązki na kwestiach możliwości poznawczych powieści – istotne były zatem metody odwzorowania rzeczywistości oraz wpływ narzędzi literackich, stosowanych przez pisarzy na formowanie się tej rzeczywistości. Takie postawienie sprawy wiązało się z wprowadzeniem autotematyzmu, czyli sytuacji, kiedy literackie dzieło zawiera rozważania na swój temat. A żeby było jeszcze bardziej awangardowo, refleksje te nie mogły być zbyt bezpośrednie i widoczne. Autotematyzm musiał być więc zawoalowany, pozostawał jednak kluczem do zrozumienia całego utworu.
Co jeszcze kryło się pod hasłem "nouveau roman"? Co jeszcze miało trafić na literacki stos, wysłane na niego przez antypowieściową inkwizycję? Najprościej rzecz ujmując, można rzec, że wszystko zostało wywrócone do góry nogami. W opinii Robbe-Grilleta ludzie w utworach literackich mieli takie same prawa jak przedmioty – tzn. stanowili oni jedynie elementy świata percepcji. Ponadto rezygnowano z chronologicznego porządku fabuły, postacie pozbawione zostały cech charakterystycznych (często byli bezimienni). Zaburzony zostawał ciąg przyczynowo-skutkowy – brakowało logicznej kolejności zdarzeń. Narracja prowadzona była chaotycznie, a świat przedstawiony bazował na subiektywizmie narratora – ukazywany był tak, jak aktualnie widział go, najczęściej bezosobowy, podmiot, który rejestrował wszystko niemal wyłącznie za pomocą wzroku. W "Żaluzji", fabuła jest bezlitośnie poszatkowana, czas zdaje się nie odgrywać żadnej roli, wydarzenia często odtwarzane są wielokrotnie, tylko z różnych ujęć. Lektura powieści przypomina bardziej odczyt ułożonych w przypadkowej sekwencji obrazów, zarejestrowanych przez czujne oko kamery.
Skąd jednak tak agresywne podejście do klasycznej formy prozy? Sporo do powiedzenia w tej kwestii miał Gérard Genette, który opis w powieściach realistycznych określał mianem "ancilla narrationis", czyli „służebnicy narracji”. Wynikało to z faktu, że w tego typu dziełach, z góry określony jest pewien cel, sens, który to opis ma właśnie przedstawiać. Opis jest zatem wyłącznie tworem wtórnym, podrzędnym, podporządkowanym pewnej idei, której służy. Brzmi to może dość absurdalnie (bo w końcu "opis" z samej nazwy stosowany jest do "opisywania" czegoś), ale zwolennicy nowej powieści dążyli do wyzwolenia opisu z literackich oków i postulowali o jego samodzielny byt. Stąd też pomysł budowania narracji wyłącznie w oparciu o zmysł wzroku – poprzez ten zabieg, poznawanej przez czytelnika rzeczywistości zostaje amputowana wszelka głębia – usuwa się z niej pierwiastki transcendentne, psychologiczne, etc. W ten sposób opis staje się bytem samym w sobie i zostaje wyzwolony z pęt narracji. Brzmi pięknie, ale co z tego wyszło?
Fabuła "Żaluzji" jest bardzo skromna, by nie rzec uboga, sprowadzona została do absolutnego minimum. W książce dzieje się naprawdę niewiele, a patrząc na nią z punktu widzenia współczesnego czytelnika, oczekującego gnającej na złamanie karku akcji, soczystych dialogów, pełnych ikry i dobrego dowcipu, bohaterów pretendujących do miana idoli, czy autorytetów i tego wszystkiego, z czym kojarzona jest obecnie dobra książka, można wręcz powiedzieć, że w powieści nie dzieje się absolutnie nic! Cóż więc skrywa się na tych kilkudziesięciu stronach powieści?
Daleka kolonia. Bliżej nie nazwana, nieokreślona, ale prawdopodobnie francuska. Plantacja bananów. Dom. Bohaterka A... oraz Frank, właściciel sąsiedniej plantacji. Kolacje, na których regularnym gościem jest Frank. Plany A... i Franka dotyczące wspólnej wyprawy do miasta. Dyskusja na temat książki, którą Frank pożyczył A... . Akcja powieści rozgrywa się w kolonialnej Afryce. Stonoga (jadowita, niejadowita?) pojawiająca się na ścianie, zabita przez Franka. Regularne rozmowy na temat awaryjności ciężarówki Franka. Problemy żony Franka z nieznośnym upałem. Wymiana pali, wchodzących w skład mostu, prowadzona przez czarnych robotników.
Tak mniej więcej przedstawia się fabuła "Żaluzji", którą zdradzam z czystym sumieniem, bowiem nie odgrywa ona żadnej znaczącej, czy nadrzędnej roli. Jest tylko kolejnym elementem, wchodzącym w skład całej powieści, nie pełni ona przy tym żadnej funkcji dominującej. Co interesujące, wydarzenia są często powtarzane, oglądane wielokrotnie, ale z różnych perspektyw. W tekście brak także jakichkolwiek zaznaczeń, że dana scena jest odtwarzana, co szczególnie na początku lektury, sprawia czytelnikowi nie lada kłopot, wymuszając na nim czujność oraz koncentrację. Wydaje się, że niektóre wydarzenia są jedynie wytworem wyobraźni tajemniczego narratora, czy też podmiotu rejestrującego, ale oczywiście jest to niemożliwe do stwierdzenia ze stuprocentową pewnością.
Pogarda dla fabuły w moim mniemaniu zaznacza się najlepiej w drobiazgowych opisach scenerii, która w danej chwili jest widoczna – z ogromną pieczołowitością odtwarzana jest gra światła oraz światłocień ("Teraz cień filaru, filaru, który podpiera południowo-zachodni narożnik dachu, rozdziela na dwie równe części narożnik tarasu"), struktura domu ("Ów taras to szeroka, kryta galeria, otaczająca dom z trzech stron. Ponieważ szerokość tarasu w części środkowej jest taka sama jak w jego bocznych skrzydłach, linia cienia rzucanego przez filar sięga dokładnie do narożnika domu, lecz tu się urywa, gdyż słońce stoi jeszcze zbyt wysoko na niebie i oświetla tylko kamienne płyty"), czy układ drzewek bananowych ("Jeden z rzędów, ukośny, zaczyna się na prawo przy mostku z pali i sięga lewego skraju ogrodu. Licząc wzdłuż składa się z trzydziestu sześciu drzew. Sadzenie drzew w szachownicę sprawia, że widać je tak, jak gdyby biegły w trzech różnych kierunkach: prostopadle do wybranego za podstawę szeregu, ale również wzdłuż dwóch innych prostych, także do siebie prostopadłych i krzyżujących się z dwoma poprzednimi pod kątem 45 stopni. A więc te dwa szeregi są, każdy z osobna, równoległe i prostopadłe do osi doliny i dolnego skraju ogrodu"). Precyzyjnie odmalowane są ruchy oraz gesty bohaterów ("A... sama poszła po napoje, wodę mineralną i koniak. Stawia na stoliku tacę z dwiema butelkami i trzema dużymi szklankami. Po odtworzeniu butelki koniaku, odwraca się i patrząc na Franka, napełnia jednocześnie jego szklankę. Ale Frank, zamiast śledzić podnoszący się poziom alkoholu, kieruje wzrok nieco wyżej, patrząc w twarz A..."), ale same słowa zdają się już znaczyć niewiele, albo zgoła nic. Nie przywiązuje się do nich większej wagi, traktowane są z taką samą atencją jak szum dobiegający z podwórka, wygwizdywana melodia, czy odgłosy dzikich zwierząt.
Okazuje się, że zabieg fotograficznego przedstawienia tła wydarzeń, na pozór obiektywny opis wszystkiego, co w danej chwili stanowi scenerię, pogrąża w zupełnym chaosie fabułę powieści. Całość zaczyna jawić się jako obraz, który został przybliżony w tak dużym stopniu, że przestajemy już dostrzegać podmiot obrazu. Zamiast niego wyłania się faktura dzieła, która z oglądanej perspektywy jest jednak wyłącznie bezładną plątaniną plam, kolorów oraz kresek. Zatem zbyt szczegółowe odtwarzanie rzeczywistości prowadzi do jej zaciemnienia – wielość możliwych interpretacji danej sceny jest tak przytłaczająca, że jakakolwiek nadanie znaczenia i sensu stają się zadaniami ponad miarę czytelnika. Można zatem śmiało rzec, że zostaliśmy oszukani przez język opisu, który winien ułatwiać nam literacką percepcję. Tymczasem uniemożliwia on jakąkolwiek deskrypcję zapisanych w ten sposób wydarzeń.
A jeśli już przy języku jesteśmy i powoli dobijamy do brzegu tajemniczej wyspy o nazwie semantyka, to godny uwagi jest sam tytuł powieści. Żaluzja, a w oryginale "La Jalousie", w języku francuskim oznacza zarówno "żaluzję" jak i "zazdrość". Oba słowa zdają się idealnie pasować do tego dzieła. Wydarzenia często obserwowano są niejako z ukrycia, zza żaluzji, która staje się atrybutem podglądacza, kurtyną, zza której nasz obiekt śledzi poczynania A... oraz Franka. Sposób prowadzenia narracji, pozornie bezstronny oraz wyprany z wszelkich emocji, mimo wszystko zdaje się sugerować, że pomiędzy rzeczonymi A... oraz Frankiem istnieje pewna nić porozumienia, uczucie, rodzaj erotycznej gry, trudne do wychwycenia seksualne napięcie, które powinno znaleźć gdzieś ujście, tj. osiągnąć moment kulminacyjny. Nic takiego jednak nie następuje, przez co możemy czuć się oszukani przez siłę sugestii tajemniczego narratora (psychopatycznego zazdrośnika, wmawiającego sobie rzekomy romans żony z sąsiadem?) – jest to przy tym znakomity przykład postulowanego subiektywizmu.
Krótko reasumując, przyznaję, że lektura "Żaluzji" okazała się bardzo zajmująca oraz piekielnie interesująca. Mimo, że książka pozbawiona jest niemal wszystkich cech, które powinny decydować o atrakcyjności powieści, posiada swoisty, nieodparty urok. Sprawia wrażenie pewnego rodzaju intelektualnego wyzwania, gry, na którą wyzywa nas Robbe-Grillet. "Żaluzja" posiada liczne literackie smaczki, intrygująca jest sama historia jej powstania oraz idee, która ma w założeniu nieść. Jako ciekawostkę można dodać, że "Żaluzja" została napisana w 1957 roku w okresie wzmożonych ruchów dekolonizacyjnych, które właśnie na przełomie lat 50. i 60. XX wieku najbardziej przybierały na sile. Być może (prawdopodobne) umiejscowienie akcji w któreś z francuskiej kolonii to także głos w dyskusji, jaka przebiegała wtedy przez Europę?
Powieść "Żaluzja" autorstwa Alaina Robbe-Gilleta to w opinii wielu ekspertów programowy utwór nurtu literackiego określanego mianem "nouveau roman" (nowa powieść, zwana też antypowieścią lub powieścią fenomenologiczną). "Noveau roman" miała być odpowiedzią na wyczerpanie się, przynajmniej w opinii twórców tego awangardowego kierunku (za których uważa się Claude’a Simona,...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCały Robbe.
Cały Robbe.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toREWELACJA
REWELACJA
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka z nurtu nouveau roman. Momentami trudna w odbiorze, ale interesująca.
Książka z nurtu nouveau roman. Momentami trudna w odbiorze, ale interesująca.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to