„Co przez to rozumiesz: wysunąć szufladę jednego jedynego dnia?”
Oto opowieść pisana obrazami, oglądamy je niczym w fotoplastykonie, jeden po drugim, za każdym razem nieco zmieniając perspektywę. To fotografie w ramach. Ramy wciąż te same, ale ich zawartość różni się w zależności od oglądającego, od jego nastroju i od kilku jeszcze zmiennych. Ta sama Brema może być zarazem Bremą zupełnie inną. W naszej historii każdy z obrazów dotyczy w jakiś sposób rodziny Bazarovów, albo bezpośrednio, albo też poprzez luźne związki dane miejsca wpłynęły jakoś na jej koleje losu.
Główny bohater, Ivan Bazarov, posiada niezwykły talent – patrząc na fotografię potrafi jakby w nią wniknąć., nadać jej trójwymiar i głębię. Zobaczyć więcej, a nawet uchwycić ciche dźwięki. Słuch absolutny po ojcu czy wyobraźnia? A może po prostu lęk przed byciem tu i teraz każe mu szukać innych miejsc i rzeczywistości, które mógłby wypełniać i zamieszkiwać, póki mu się nie znudzi i nie poniesie go dalej, w kolejne rejony. Myślcie co chcecie, ale dar to cudowny, pozwalający na bezkarne przekraczanie portali do nieznanych światów. Fotografia ożywa, można bez trudu dostrzec drobne gesty uwidocznionych na niej postaci. Ktoś tłumi uśmiech, który jeszcze przed chwilą rozjaśniał jego twarz, ktoś inny próbuje chyłkiem wymknąć się z kadru, ale nie zdążył, widać jeszcze część sylwetki, słychać szepty i pochrząkiwania oraz brzęczenie tramwaju wtaczającego się powoli na przystanek. Ivan zapuszcza się w boczne uliczki, chwilę spaceruje, obserwuje. Czyżby to był sen, z którego się otrząśnie, czy też dar „trzeciego oka’?
Każdy z nas żyje w określonym kadrze, z początku wąskim, ubogim, nie zdajemy sobie sprawy, ile jest innych możliwości, dokąd można się udać. Później odważamy się to zmienić, przeskoczyć w inną panoramę, czasami ciekawszą, niekiedy kompletnie odmienną, egzotyczną. Jednak to, co było, te klisze w nas zostają, zapisane składają się na mozaikę naszego życia. Patrzymy później, wspominamy, i tak „Geografia kto wie który już raz staje się historią” w tej płaszczyźnie naszej, osobistej, i w wymiarze ogólnym, bardzo szerokim. „Tutaj, na północy, właściwie byłym południu, które stanie się wschodem, aby może kiedyś być najbardziej zachodnią częścią jakiejś nowej przestrzeni.” Od czasu do czasu robimy w pamięci, tej naszej szufladzie osobliwości, przegląd, przewijamy przeszłość w kalejdoskopie powidoków…możemy żyć jednocześnie tu i teraz, a jednak także trochę tam i wtedy…
W taki właśnie sposób poznajemy historię rodziny Bazarovów, związaną z historią kilku rejonów, począwszy od Rosji, skończywszy na Bałkanach. Mieszają się nam tutaj fakty i fakciki, prawda z wyobrażeniem, iluzją, mglistą możliwością. Samych prawd też jest co najmniej kilka, ta moja, ta twoja i ta wykoślawiona upływem czasu, skonfabulowana. Wędrujemy za Ivanem korytarzami zabudowanymi wspomnieniami przodków, on zaś dekoruje je jeszcze detalami zaczerpniętymi z własnej wyobraźni i dźwiękami wydobytymi z dalekiej przeszłości za pomocą absolutnego słuchu. Jest tu miejsce i na śmierć ponad setki mieszkańców wioski matki Ivana w ogniu roznieconym przez wroga i na podróż dziadka Vladimira pociągiem przez Rosję, potem zaś „statkiem towarowym w kierunku Istambułu. Podróż lądem, po przepłynięciu Morza Czarnego, trwała trochę dłużej. Pełnych trzech lat trzeba było, by rodzina Bazarovów wreszcie zarzuciła kotwicę w Belgradzie, zakreśliwszy niezwykły łuk, od Aten, przez Sofię, Bukareszt, Pragę i Nowy Sad.”
Ale jest jeszcze plac, na którym można pobudować te przestrzenie, które nie stały się, a przecież mogły, częścią rodzinnej historii. Dla Ivana takim miejscem jest Berlin, ożywający na fotografiach przechowywanych „w kartonowym pudelku po marienbadzkich andrutach.” To pokłosie opowieści dziadka, które zapamiętał i przewijał sobie w myślach w te i z powrotem, uzupełniając i dopowiadając historię ojca, Igora, którego nie zdążył poznać. Tak próbuje zawrzeć z nim bliższą znajomość w te kołysane migawkami przeszłości bezsenne noce.
Płyniemy przez tę prozę łagodnie bujając się delikatnie na fali oddechu Ivana, przyspieszającego w momentach, gdy obraz generowany w umyśle wywołuje w nim silniejsze emocje. Jeden slajd przechodzi płynnie w kolejny, wizualnie wysmakowany, dopieszczony. To taka trochę zaczarowana gawęda, opowiadana przyciszonym głosem w sennym już nastroju wieczoru, a trochę jak podczas seansu filmowego, gdy taśma zużyta już od częstego oglądania przewija się z lekkim terkotem przed naszymi oczami. Mam na myśli ów nastrój intymnej wspólnoty, łączący ludzi podglądających czyjeś życie w ciszy, w skupieniu, chłonąc jego tajemnice.
Autor podkreśla rolę przypadku w życiu człowieka. Przypadku, który może skierować nasze losy w jednej chwili na inne tory, przestawiając zwrotnice, chociaż nikt tego nie zaplanował. Tak było z małżeństwem Olivery Javanović, z przyjazdem do Belgradu jej przyszłego nauczyciela i męża Pavla, a potem z jego wyjściem na targ, z którego już nie powrócił. Takie nieoczekiwane zamieszanie przydarza się nam wszystkim, czasem wychodzi nam to na dobre, innym razem nie bardzo. Czytając o tym u Velikića, zagłębiamy się od razu we własne wspomnienia, analizując momenty zwrotne, nieprzewidziane salta losu. W każdej opowieści (a więc również i w życiu) „ na niewidocznych marginesach leżą rozsypane możliwe rozdziały jakiejś innej opowieści. Na zawsze pozostaną nieznane cele, do jakich dowiozłyby nas tramwaje Emila Kohota na peryferiach miast, w których żył, i drogi bezimiennych ludzi zatrzymanych w ruchu na widokówkach z kolekcji Vladimira Bazarova (…)”. Niekiedy zaś nasze życie to głównie owe wymarzone, wyobrażone sceny, którymi wypełniamy pustkę, a z czasem uznajemy za jedyne prawdziwe.
Dość skomplikowana jest ta opowieść, ponieważ brodzimy tu w całej mnogości punktów widzenia, czasów i miejsc. Przeszłość, ta, która była i ta, która tylko mogłaby zaistnieć, teraźniejszość, przyszłość, która może się wydarzyć. Od jednej rodziny wątki biegną do kolejnych osób, i tak wszystko wiąże się w jeden ciąg zdarzeń. , jeden z wielu możliwych w tym świecie, świecie miliardów historii i ich alternatywnych wersji. Jest w tym nuta liryzmu, takiego pierwotnego zadziwienia bogactwem, jakie oferuje życie. I ona właśnie przykuwa do kart książki, uruchamia w nas łaknienie obejrzenia wszystkich możliwych wariantów nas i czasem zamiany tego, co nieudane na inne, wyimaginowane, oczekiwane. Żyjemy bowiem zarówno naprawdę, jak i w naszym wnętrzu, które jest bardzo pojemne, w pamięci, która bywa zawodna i wybiórcza, a także w przedmiotach, jakie po nas zostają i zapładniają wyobraźnię innych. I to jest w porządku, to jest dobre, ponieważ sprawia, że świat się nie kończy… Świat jest pocięty siatką obrazów, stanowiskami archeologicznymi, a te odkrywają się przed ludźmi wrażliwymi.”
Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
„Co przez to rozumiesz: wysunąć szufladę jednego jedynego dnia?”
Oto opowieść pisana obrazami, oglądamy je niczym w fotoplastykonie, jeden po drugim, za każdym razem nieco zmieniając perspektywę. To fotografie w ramach. Ramy wciąż te same, ale ich zawartość różni się w zależności od oglądającego, od jego nastroju i od kilku jeszcze zmiennych. Ta sama Brema może być...
Ależ to mistrzostwo nostalgii i melancholii! Napisałbym, że to książka zbliżona klimatem do Sebalda czy Schulza, gdyby nie była aż tak bardzo bałkańską, co akurat jest dla mnie dodatkowym bonusem….
Dzięki poleceniu @Aguirre właśnie odkryłem nowego dla siebie, świetnego pisarza - sierotę po Jugosławii, a nawet szerszej, bo po Mitteleuropie. Miłośnika istoty przemijalności egzystencji, który nie rozdrabnia się na miałką fabułę. A jego język wręcz poraża pięknem swej głębi.
To, co szczególnie Autora pociąga – a czego ja sam szukam i co cenię w książkach – idealnie odda taki cytat: „Ivana nigdy nie interesowały zdarzenia, intryga i akcja, tylko detale, z których narrator tworzy dekoracje opowieści. To właśnie prace dekoratorskie, sztukateria na sklepieniach, pod którymi rozwija się opowieść, przyciągały jego uwagę”.
Od dawna jestem właśnie miłośnikiem szczegółu, rozumianego także jako pochylenie się nad jednostkowym istnieniem. Pisarze z Europy Środkowej wydają mi się pod tym względem wybitnie interesujący. A teraz dołączył do nich i Velikic, na którego kolejne książki już ostrzę sobie zęby.
Ta pozornie pozbawiona treści dygresyjna opowieść o kilkorgu mieszkańcach naszej ”małej Europy”, pewnymi nićmi ze sobą powiązanych, jest również przypowieścią o roli przypadku - i w historii, i w relacjach międzyludzkich.
Są tu i uchodźcy - akurat „biali Rosjanie” (wielu z nich żyło w przedwojennej Serbii). A w tej książce zanurzamy się wszak tam, gdzie „geografia, kto wie, który już raz, stała się historią”.
To także rzecz i o tym, że nie ruszając się przez całe życie z jednego miejsca, można być obywatelem czy tez poddanym kilku rożnych państw, które najpierw się rozpadają – jak Austro-Węgry a kilkadziesiąt lat później - pączkują, jak Jugosławia.
Wśród kilkorga intrygujących bohaterów jest m.in. „dziecię” tej części Europy - Emil Kohot, który jako motorniczy tramwajów pracował we wszystkich stolicach regionu - w Pradze, Budapeszcie, Wiedniu i w Belgradzie. „I tu jest – może – koniec pewnego życia, rozpoczętego pierwszego dnia 20. wieku na południu pewnego kraju, który wkrótce się rozpadł i rodzinne miasto Emila Kohota stało się północą innego kraju, który także się rozpadł (chodzi o dawną węgierską Szabadkę, czyli serbską Suboticę – przyp. mój)”.
Niezawodną serię: „Meridian” Wydawnictwa Pogranicze stawiałbym za wzór. Jeszcze nie spotkałem się z jakąś gorszą ich pozycją, a dotychczas przeczytałem dziesiątki ich wspaniałych dzieł. Paręnaście mam zaś na półce. A ile jeszcze przede mną…?
Nieco cytatów
…Wierzył, że nie istnieją zapomniane przedmioty, tylko rzeczy, które uciekły….
…Choć miał już niemal 50 lat, zanurzony w codziennych rytuałach, nie zauważył nawet, że żyje przypadkowym życiem i jedyna stałą, jedyną pewnością jest dla niego stosowanie uników….
…Historia to nie zbiór dat, nazwisk i wydarzeń, monotonne opowiadanie o nich – historia jest wejrzeniem w to, co niezapisane.…
…Opowiedzieć historię pewnego życia to znaczy ułożyć materiał w sposób inny niż ten, w jakim się żyło.…
…Nigdy, ale to nigdy nikomu nie udało się opowiedzieć czegokolwiek tak, jak było, bo już sama próba opowiedzenia jest zmyślaniem…
…Zapisani w księdze narodzin, od razu znajdujemy się w księdze śmierci, a błogosławiona chwila między dwoma wpisami jest przestrzenią nieuleczalnej choroby życia.…
…Powiedział, że chce żyć inaczej, że przespał życie, lecz wciąż nie jest za późno, aby teraz, mając 37 lat, z imitacji samego siebie, przeistoczył się we własny oryginał.…
…Niemożność zachowania czegokolwiek w oryginalnej wersji jest w istocie jedyną tkanką historii.…
…Może lepiej pogodzić się z architekturą, jaka została nam przydzielona, z obyczajami i językiem, z pejzażem, gatunkiem wody, wiekiem sieci komunalnej, modą, sprawnością techniczną pojazdów, smakiem potraw, florą i fauną, szybkością pociągów, funkcjonalnością urzędów, historią nacji, w którą wpadliśmy bez naszej woli, bo wszystko to jest zewnętrzne, bo jest to materiał budowlany, służący każdemu do zagospodarowania swego terytorium, którego jedyną granicą jest pamięć.…
…Był mistrzem odwlekania. Wierzył, że takimi manewrami może nawet ominąć koniec….
…Jestem głęboko przekonany, że największą różnicę między ludźmi wyznacza stosunek do wydarzeń, które się nie wydarzyły – jedni uważają je za najważniejszą część swego życia, inni nie przywiązują do nich żadnej wagi, wierząc, że tego, co się nie wydarzyło, nie da się umieścić w kategorii wydarzeń….
Ależ to mistrzostwo nostalgii i melancholii! Napisałbym, że to książka zbliżona klimatem do Sebalda czy Schulza, gdyby nie była aż tak bardzo bałkańską, co akurat jest dla mnie dodatkowym bonusem….
Dzięki poleceniu @Aguirre właśnie odkryłem nowego dla siebie, świetnego pisarza - sierotę po Jugosławii, a nawet szerszej, bo po Mitteleuropie. Miłośnika istoty przemijalności...
„Co przez to rozumiesz: wysunąć szufladę jednego jedynego dnia?”
Oto opowieść pisana obrazami, oglądamy je niczym w fotoplastykonie, jeden po drugim, za każdym razem nieco zmieniając perspektywę. To fotografie w ramach. Ramy wciąż te same, ale ich zawartość różni się w zależności od oglądającego, od jego nastroju i od kilku jeszcze zmiennych. Ta sama Brema może być zarazem Bremą zupełnie inną. W naszej historii każdy z obrazów dotyczy w jakiś sposób rodziny Bazarovów, albo bezpośrednio, albo też poprzez luźne związki dane miejsca wpłynęły jakoś na jej koleje losu.
Główny bohater, Ivan Bazarov, posiada niezwykły talent – patrząc na fotografię potrafi jakby w nią wniknąć., nadać jej trójwymiar i głębię. Zobaczyć więcej, a nawet uchwycić ciche dźwięki. Słuch absolutny po ojcu czy wyobraźnia? A może po prostu lęk przed byciem tu i teraz każe mu szukać innych miejsc i rzeczywistości, które mógłby wypełniać i zamieszkiwać, póki mu się nie znudzi i nie poniesie go dalej, w kolejne rejony. Myślcie co chcecie, ale dar to cudowny, pozwalający na bezkarne przekraczanie portali do nieznanych światów. Fotografia ożywa, można bez trudu dostrzec drobne gesty uwidocznionych na niej postaci. Ktoś tłumi uśmiech, który jeszcze przed chwilą rozjaśniał jego twarz, ktoś inny próbuje chyłkiem wymknąć się z kadru, ale nie zdążył, widać jeszcze część sylwetki, słychać szepty i pochrząkiwania oraz brzęczenie tramwaju wtaczającego się powoli na przystanek. Ivan zapuszcza się w boczne uliczki, chwilę spaceruje, obserwuje. Czyżby to był sen, z którego się otrząśnie, czy też dar „trzeciego oka’?
Każdy z nas żyje w określonym kadrze, z początku wąskim, ubogim, nie zdajemy sobie sprawy, ile jest innych możliwości, dokąd można się udać. Później odważamy się to zmienić, przeskoczyć w inną panoramę, czasami ciekawszą, niekiedy kompletnie odmienną, egzotyczną. Jednak to, co było, te klisze w nas zostają, zapisane składają się na mozaikę naszego życia. Patrzymy później, wspominamy, i tak „Geografia kto wie który już raz staje się historią” w tej płaszczyźnie naszej, osobistej, i w wymiarze ogólnym, bardzo szerokim. „Tutaj, na północy, właściwie byłym południu, które stanie się wschodem, aby może kiedyś być najbardziej zachodnią częścią jakiejś nowej przestrzeni.” Od czasu do czasu robimy w pamięci, tej naszej szufladzie osobliwości, przegląd, przewijamy przeszłość w kalejdoskopie powidoków…możemy żyć jednocześnie tu i teraz, a jednak także trochę tam i wtedy…
W taki właśnie sposób poznajemy historię rodziny Bazarovów, związaną z historią kilku rejonów, począwszy od Rosji, skończywszy na Bałkanach. Mieszają się nam tutaj fakty i fakciki, prawda z wyobrażeniem, iluzją, mglistą możliwością. Samych prawd też jest co najmniej kilka, ta moja, ta twoja i ta wykoślawiona upływem czasu, skonfabulowana. Wędrujemy za Ivanem korytarzami zabudowanymi wspomnieniami przodków, on zaś dekoruje je jeszcze detalami zaczerpniętymi z własnej wyobraźni i dźwiękami wydobytymi z dalekiej przeszłości za pomocą absolutnego słuchu. Jest tu miejsce i na śmierć ponad setki mieszkańców wioski matki Ivana w ogniu roznieconym przez wroga i na podróż dziadka Vladimira pociągiem przez Rosję, potem zaś „statkiem towarowym w kierunku Istambułu. Podróż lądem, po przepłynięciu Morza Czarnego, trwała trochę dłużej. Pełnych trzech lat trzeba było, by rodzina Bazarovów wreszcie zarzuciła kotwicę w Belgradzie, zakreśliwszy niezwykły łuk, od Aten, przez Sofię, Bukareszt, Pragę i Nowy Sad.”
Ale jest jeszcze plac, na którym można pobudować te przestrzenie, które nie stały się, a przecież mogły, częścią rodzinnej historii. Dla Ivana takim miejscem jest Berlin, ożywający na fotografiach przechowywanych „w kartonowym pudelku po marienbadzkich andrutach.” To pokłosie opowieści dziadka, które zapamiętał i przewijał sobie w myślach w te i z powrotem, uzupełniając i dopowiadając historię ojca, Igora, którego nie zdążył poznać. Tak próbuje zawrzeć z nim bliższą znajomość w te kołysane migawkami przeszłości bezsenne noce.
Płyniemy przez tę prozę łagodnie bujając się delikatnie na fali oddechu Ivana, przyspieszającego w momentach, gdy obraz generowany w umyśle wywołuje w nim silniejsze emocje. Jeden slajd przechodzi płynnie w kolejny, wizualnie wysmakowany, dopieszczony. To taka trochę zaczarowana gawęda, opowiadana przyciszonym głosem w sennym już nastroju wieczoru, a trochę jak podczas seansu filmowego, gdy taśma zużyta już od częstego oglądania przewija się z lekkim terkotem przed naszymi oczami. Mam na myśli ów nastrój intymnej wspólnoty, łączący ludzi podglądających czyjeś życie w ciszy, w skupieniu, chłonąc jego tajemnice.
Autor podkreśla rolę przypadku w życiu człowieka. Przypadku, który może skierować nasze losy w jednej chwili na inne tory, przestawiając zwrotnice, chociaż nikt tego nie zaplanował. Tak było z małżeństwem Olivery Javanović, z przyjazdem do Belgradu jej przyszłego nauczyciela i męża Pavla, a potem z jego wyjściem na targ, z którego już nie powrócił. Takie nieoczekiwane zamieszanie przydarza się nam wszystkim, czasem wychodzi nam to na dobre, innym razem nie bardzo. Czytając o tym u Velikića, zagłębiamy się od razu we własne wspomnienia, analizując momenty zwrotne, nieprzewidziane salta losu. W każdej opowieści (a więc również i w życiu) „ na niewidocznych marginesach leżą rozsypane możliwe rozdziały jakiejś innej opowieści. Na zawsze pozostaną nieznane cele, do jakich dowiozłyby nas tramwaje Emila Kohota na peryferiach miast, w których żył, i drogi bezimiennych ludzi zatrzymanych w ruchu na widokówkach z kolekcji Vladimira Bazarova (…)”. Niekiedy zaś nasze życie to głównie owe wymarzone, wyobrażone sceny, którymi wypełniamy pustkę, a z czasem uznajemy za jedyne prawdziwe.
Dość skomplikowana jest ta opowieść, ponieważ brodzimy tu w całej mnogości punktów widzenia, czasów i miejsc. Przeszłość, ta, która była i ta, która tylko mogłaby zaistnieć, teraźniejszość, przyszłość, która może się wydarzyć. Od jednej rodziny wątki biegną do kolejnych osób, i tak wszystko wiąże się w jeden ciąg zdarzeń. , jeden z wielu możliwych w tym świecie, świecie miliardów historii i ich alternatywnych wersji. Jest w tym nuta liryzmu, takiego pierwotnego zadziwienia bogactwem, jakie oferuje życie. I ona właśnie przykuwa do kart książki, uruchamia w nas łaknienie obejrzenia wszystkich możliwych wariantów nas i czasem zamiany tego, co nieudane na inne, wyimaginowane, oczekiwane. Żyjemy bowiem zarówno naprawdę, jak i w naszym wnętrzu, które jest bardzo pojemne, w pamięci, która bywa zawodna i wybiórcza, a także w przedmiotach, jakie po nas zostają i zapładniają wyobraźnię innych. I to jest w porządku, to jest dobre, ponieważ sprawia, że świat się nie kończy… Świat jest pocięty siatką obrazów, stanowiskami archeologicznymi, a te odkrywają się przed ludźmi wrażliwymi.”
Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
„Co przez to rozumiesz: wysunąć szufladę jednego jedynego dnia?”
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOto opowieść pisana obrazami, oglądamy je niczym w fotoplastykonie, jeden po drugim, za każdym razem nieco zmieniając perspektywę. To fotografie w ramach. Ramy wciąż te same, ale ich zawartość różni się w zależności od oglądającego, od jego nastroju i od kilku jeszcze zmiennych. Ta sama Brema może być...
Ależ to mistrzostwo nostalgii i melancholii! Napisałbym, że to książka zbliżona klimatem do Sebalda czy Schulza, gdyby nie była aż tak bardzo bałkańską, co akurat jest dla mnie dodatkowym bonusem….
Dzięki poleceniu @Aguirre właśnie odkryłem nowego dla siebie, świetnego pisarza - sierotę po Jugosławii, a nawet szerszej, bo po Mitteleuropie. Miłośnika istoty przemijalności egzystencji, który nie rozdrabnia się na miałką fabułę. A jego język wręcz poraża pięknem swej głębi.
To, co szczególnie Autora pociąga – a czego ja sam szukam i co cenię w książkach – idealnie odda taki cytat: „Ivana nigdy nie interesowały zdarzenia, intryga i akcja, tylko detale, z których narrator tworzy dekoracje opowieści. To właśnie prace dekoratorskie, sztukateria na sklepieniach, pod którymi rozwija się opowieść, przyciągały jego uwagę”.
Od dawna jestem właśnie miłośnikiem szczegółu, rozumianego także jako pochylenie się nad jednostkowym istnieniem. Pisarze z Europy Środkowej wydają mi się pod tym względem wybitnie interesujący. A teraz dołączył do nich i Velikic, na którego kolejne książki już ostrzę sobie zęby.
Ta pozornie pozbawiona treści dygresyjna opowieść o kilkorgu mieszkańcach naszej ”małej Europy”, pewnymi nićmi ze sobą powiązanych, jest również przypowieścią o roli przypadku - i w historii, i w relacjach międzyludzkich.
Są tu i uchodźcy - akurat „biali Rosjanie” (wielu z nich żyło w przedwojennej Serbii). A w tej książce zanurzamy się wszak tam, gdzie „geografia, kto wie, który już raz, stała się historią”.
To także rzecz i o tym, że nie ruszając się przez całe życie z jednego miejsca, można być obywatelem czy tez poddanym kilku rożnych państw, które najpierw się rozpadają – jak Austro-Węgry a kilkadziesiąt lat później - pączkują, jak Jugosławia.
Wśród kilkorga intrygujących bohaterów jest m.in. „dziecię” tej części Europy - Emil Kohot, który jako motorniczy tramwajów pracował we wszystkich stolicach regionu - w Pradze, Budapeszcie, Wiedniu i w Belgradzie. „I tu jest – może – koniec pewnego życia, rozpoczętego pierwszego dnia 20. wieku na południu pewnego kraju, który wkrótce się rozpadł i rodzinne miasto Emila Kohota stało się północą innego kraju, który także się rozpadł (chodzi o dawną węgierską Szabadkę, czyli serbską Suboticę – przyp. mój)”.
Niezawodną serię: „Meridian” Wydawnictwa Pogranicze stawiałbym za wzór. Jeszcze nie spotkałem się z jakąś gorszą ich pozycją, a dotychczas przeczytałem dziesiątki ich wspaniałych dzieł. Paręnaście mam zaś na półce. A ile jeszcze przede mną…?
Nieco cytatów
…Wierzył, że nie istnieją zapomniane przedmioty, tylko rzeczy, które uciekły….
…Choć miał już niemal 50 lat, zanurzony w codziennych rytuałach, nie zauważył nawet, że żyje przypadkowym życiem i jedyna stałą, jedyną pewnością jest dla niego stosowanie uników….
…Historia to nie zbiór dat, nazwisk i wydarzeń, monotonne opowiadanie o nich – historia jest wejrzeniem w to, co niezapisane.…
…Opowiedzieć historię pewnego życia to znaczy ułożyć materiał w sposób inny niż ten, w jakim się żyło.…
…Nigdy, ale to nigdy nikomu nie udało się opowiedzieć czegokolwiek tak, jak było, bo już sama próba opowiedzenia jest zmyślaniem…
…Zapisani w księdze narodzin, od razu znajdujemy się w księdze śmierci, a błogosławiona chwila między dwoma wpisami jest przestrzenią nieuleczalnej choroby życia.…
…Powiedział, że chce żyć inaczej, że przespał życie, lecz wciąż nie jest za późno, aby teraz, mając 37 lat, z imitacji samego siebie, przeistoczył się we własny oryginał.…
…Niemożność zachowania czegokolwiek w oryginalnej wersji jest w istocie jedyną tkanką historii.…
…Może lepiej pogodzić się z architekturą, jaka została nam przydzielona, z obyczajami i językiem, z pejzażem, gatunkiem wody, wiekiem sieci komunalnej, modą, sprawnością techniczną pojazdów, smakiem potraw, florą i fauną, szybkością pociągów, funkcjonalnością urzędów, historią nacji, w którą wpadliśmy bez naszej woli, bo wszystko to jest zewnętrzne, bo jest to materiał budowlany, służący każdemu do zagospodarowania swego terytorium, którego jedyną granicą jest pamięć.…
…Był mistrzem odwlekania. Wierzył, że takimi manewrami może nawet ominąć koniec….
…Jestem głęboko przekonany, że największą różnicę między ludźmi wyznacza stosunek do wydarzeń, które się nie wydarzyły – jedni uważają je za najważniejszą część swego życia, inni nie przywiązują do nich żadnej wagi, wierząc, że tego, co się nie wydarzyło, nie da się umieścić w kategorii wydarzeń….
Ależ to mistrzostwo nostalgii i melancholii! Napisałbym, że to książka zbliżona klimatem do Sebalda czy Schulza, gdyby nie była aż tak bardzo bałkańską, co akurat jest dla mnie dodatkowym bonusem….
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDzięki poleceniu @Aguirre właśnie odkryłem nowego dla siebie, świetnego pisarza - sierotę po Jugosławii, a nawet szerszej, bo po Mitteleuropie. Miłośnika istoty przemijalności...