Piękna przeszłość, której nigdy nie było czyli ładni chłopcy reklamują się w najnowszym modelu Pabiedy.
Na pierwszy rzut oka Soviet Visuals Varii Bortsovej to przyjemna, nostalgiczna podróż przez codzienną estetykę Związku Radzieckiego – kolorowe opakowania, propagandowe plakaty, zabawki, architekturę, sowiecką ikonografię. Książka przypomina instagramowy profil (który zresztą był jej początkiem), przeniesiony do eleganckiego wydania – ironicznego, lecz nie złośliwego, pełnego pocztówek od Timura i jego komandy, z czasów, gdy jutro należało do nas, a jedność była siłą narodu. Ale im dłużej się patrzy, tym bardziej zaczyna niepokoić pytanie: czy taki instagramowy estetyzm nie wypiera pamięci?
Wprawdzie autorka pisze we wstępie, że nie zamierza gloryfikować Związku Radzieckiego ani jego totalitarnych praktyk, ale w gruncie rzeczy jej narracja to nic innego jak prezes Ochódzki z „Misia” à rebours: „Oto są zdjęcia z kraju socjalistycznego. Który to kraj miał być może nawet tam i swoje… minusy. Rozchodzi się jednak o to, żeby te minusy nie przesłoniły wam plusów.”
Problem bowiem nie polega na tym, że Bortsova w swojej książce kłamie. Szkopuł w tym, że jej prezentacja – pozornie niewinna, może nawet dowcipna – przesłania przeszłość, wpisując się w znacznie szersze zjawisko przemysłu nostalgii. Nostalgia w tej wersji nie polega na pamięci. Polega na estetyzacji zapomnienia.
Tu z pomocą przychodzi Jean Baudrillard i jego teoria symulakrów. Współczesna kultura – jak pisał – nie odtwarza rzeczywistości, ale ją symuluje. Tworzy obrazy, które nie mają już odniesienia do prawdy, lecz istnieją same dla siebie. Zamiast mapy rzeczywistości dostajemy mapę, która zastępuje terytorium. Soviet Visuals działa właśnie w ten sposób – zamiast pokazać przeszłość, tworzy jej wygodną, instagramową wersję. Miłe wspomnienie, którego nigdy nie było.
Zdjęcia w Soviet Visuals rzadko robią wrażenie. Są nieco mdławe i nijakie – zupełnie inaczej niż ogniste pocałunki Breżniewa i Honeckera, które przynajmniej miały w sobie coś z groteski, absurdu i politycznej namiętności. Ale istotniejsze od ich jakości wizualnej jest coś innego: brak kontekstu lub, co gorsza, jego wypaczenie przez ułożenie zdjęć w pozornie przypadkowym, nieco surrealistycznym porządku. Na przykład rozrzucone w książce zdjęcia likwidatorów z Czarnobyla w maskach, bez żadnej informacji poza podpisem „Chernobyl liquidators” – jedno w rozdziale „Rodzina” (mężczyzna w kombinezonie i masce pchający dziecięcy wózek), drugie w rozdziale „Praca” (pięciu mężczyzn w białych kombinezonach i maskach wpatrzonych w obiektyw) – oba wyglądają jak plakat promujący zespół nu-metalowy, nowy serial na Netfliksie albo album Rammsteina. To nie są puste obrazy – to obrazy wypreparowane z pamięci i sprzedane jako efektowne klisze.
Albo inny, wpleciony w książkę wątek: mężczyzna o łotewskim nazwisku, stewardessa z Armeńskiej SRR, jakuckie dzieci, dziewczyna z Charkowa i kilka innych – taki montaż à la mistrz propagandy Eisenstein odbudowuje nieistniejącą wspólną tożsamość pod hasłem „człowieka radzieckiego”. Choć w rzeczywistości różnice etniczne, językowe i społeczne między tymi ludźmi były głębokie, wizualna narracja – pozornie egalitarna i multi-etniczna – tworzy złudzenie jednolitej tożsamości, całkowicie eliminując kolonialną historię. Tak skonstruowany obraz można równie dobrze podstawić pod inne historyczne inkarnacje tego samego zjawiska: Imperium Rosyjskiego czy Federacji Rosyjskiej. Jeden naród, jeden kraj. Mechanizm jest ten sam – asymilacja poprzez estetykę, integracja poprzez narrację. Tożsamość nie powstaje tu oddolnie, lecz zostaje narzucona z góry: obrazem, kadrem, montażem. To nie jest dokumentacja różnorodności – to jej ujarzmienie w służbie imperialnego mitu.
Taki zachwyt nad estetyką ZSRR wpisuje się również w globalny trend, który można nazwać Ministerstwem Nostalgii – nowoczesną wersją orwellowskiego Ministerstwa Prawdy. Orwellowska wersja przeszłości była brutalnie fałszowana – dziś fałszuje się ją subtelniej: przez estetyzację, przez sentyment, przez „vintage”. Zamiast cenzurować fakty, wystarczy pokazać tylko ładne obrazki. I tak zasugerować, że „kiedyś było lepiej, mężczyźni byli prawdziwi, a ludzie życzliwsi”. Nawet jeśli większość z nich żyła w biedzie, państwo było totalitarne, a opozycja brutalnie tłumiona.
Znakomitym przykładem, jak przemysł nostalgii przekształca postacie kultury, jest sposób, w jaki przedstawiony został tutaj Josif Brodski. Soviet Visuals cytuje go: „Creativity is an unending exercise in uncertainty” i podpisuje: „Joseph Brodsky, radziecki poeta.” Formalnie poprawnie – urodził się w Leningradzie – ale to etykieta, która całkowicie rozmywa sens. Brodski był przecież sądzony w pokazowym procesie za „pasożytnictwo”, zesłany do obozu pracy, a następnie zmuszony do emigracji. Jego twórczość była przez lata zakazana w ZSRR, a sam poeta nie przestał krytykować systemu, który go prześladował.
To nie przypadek – to mechanizm. Nostalgia nie musi dziś brutalnie kłamać ani wymazywać faktów. Wystarczy, że przeformatuje przeszłość, a obrazkowi zamieni ramkę. Z buntownika robi się cytat motywacyjny, a z wygnańca – sowieckiego Paulo Coelho od „głębokich” fraz, instagramowego przewodnika po historii bez kontekstu. Jego biografia zostaje wygładzona, a przekaz – odpolityczniony. Brodski traci tożsamość opozycjonisty i staje się neutralnym radzieckim poetą „z twarzy podobnym zupełnie do nikogo”, pasującym w ten sposób do estetycznego kolażu wspomnień z czasów, których wielu wcale nie chce pamiętać. Reżim zostaje oczyszczony przez filtr stylizacji – brutalność zostaje zastąpiona sentymentem, a opór przekształcony w ozdobnik.
Tak właśnie działa przemysł nostalgii: nie wymazuje krzyku z przeszłości, tylko go sampluje w ładnie brzmiący refren kolejnego hitu. Zamiast bolesnej pamięci dostajemy gładką melancholię. A zamiast rozliczenia – sentymentalny remiks piosenki o przeszłości, która nigdy nie istniała i czułostkowość przepuszczoną przez kolejny instagramowy/facebookowy filtr.
Ta książka to popkulturowe upupienie pełną gębą. Parafrazując mistrza: koniec i bomba, kto się wzruszył, ten trąba.
Piękna przeszłość, której nigdy nie było czyli ładni chłopcy reklamują się w najnowszym modelu Pabiedy.
Na pierwszy rzut oka Soviet Visuals Varii Bortsovej to przyjemna, nostalgiczna podróż przez codzienną estetykę Związku Radzieckiego – kolorowe opakowania, propagandowe plakaty, zabawki, architekturę, sowiecką ikonografię. Książka przypomina instagramowy profil (który...
Piękna przeszłość, której nigdy nie było czyli ładni chłopcy reklamują się w najnowszym modelu Pabiedy.
Na pierwszy rzut oka Soviet Visuals Varii Bortsovej to przyjemna, nostalgiczna podróż przez codzienną estetykę Związku Radzieckiego – kolorowe opakowania, propagandowe plakaty, zabawki, architekturę, sowiecką ikonografię. Książka przypomina instagramowy profil (który zresztą był jej początkiem), przeniesiony do eleganckiego wydania – ironicznego, lecz nie złośliwego, pełnego pocztówek od Timura i jego komandy, z czasów, gdy jutro należało do nas, a jedność była siłą narodu. Ale im dłużej się patrzy, tym bardziej zaczyna niepokoić pytanie: czy taki instagramowy estetyzm nie wypiera pamięci?
Wprawdzie autorka pisze we wstępie, że nie zamierza gloryfikować Związku Radzieckiego ani jego totalitarnych praktyk, ale w gruncie rzeczy jej narracja to nic innego jak prezes Ochódzki z „Misia” à rebours: „Oto są zdjęcia z kraju socjalistycznego. Który to kraj miał być może nawet tam i swoje… minusy. Rozchodzi się jednak o to, żeby te minusy nie przesłoniły wam plusów.”
Problem bowiem nie polega na tym, że Bortsova w swojej książce kłamie. Szkopuł w tym, że jej prezentacja – pozornie niewinna, może nawet dowcipna – przesłania przeszłość, wpisując się w znacznie szersze zjawisko przemysłu nostalgii. Nostalgia w tej wersji nie polega na pamięci. Polega na estetyzacji zapomnienia.
Tu z pomocą przychodzi Jean Baudrillard i jego teoria symulakrów. Współczesna kultura – jak pisał – nie odtwarza rzeczywistości, ale ją symuluje. Tworzy obrazy, które nie mają już odniesienia do prawdy, lecz istnieją same dla siebie. Zamiast mapy rzeczywistości dostajemy mapę, która zastępuje terytorium. Soviet Visuals działa właśnie w ten sposób – zamiast pokazać przeszłość, tworzy jej wygodną, instagramową wersję. Miłe wspomnienie, którego nigdy nie było.
Zdjęcia w Soviet Visuals rzadko robią wrażenie. Są nieco mdławe i nijakie – zupełnie inaczej niż ogniste pocałunki Breżniewa i Honeckera, które przynajmniej miały w sobie coś z groteski, absurdu i politycznej namiętności. Ale istotniejsze od ich jakości wizualnej jest coś innego: brak kontekstu lub, co gorsza, jego wypaczenie przez ułożenie zdjęć w pozornie przypadkowym, nieco surrealistycznym porządku. Na przykład rozrzucone w książce zdjęcia likwidatorów z Czarnobyla w maskach, bez żadnej informacji poza podpisem „Chernobyl liquidators” – jedno w rozdziale „Rodzina” (mężczyzna w kombinezonie i masce pchający dziecięcy wózek), drugie w rozdziale „Praca” (pięciu mężczyzn w białych kombinezonach i maskach wpatrzonych w obiektyw) – oba wyglądają jak plakat promujący zespół nu-metalowy, nowy serial na Netfliksie albo album Rammsteina. To nie są puste obrazy – to obrazy wypreparowane z pamięci i sprzedane jako efektowne klisze.
Albo inny, wpleciony w książkę wątek: mężczyzna o łotewskim nazwisku, stewardessa z Armeńskiej SRR, jakuckie dzieci, dziewczyna z Charkowa i kilka innych – taki montaż à la mistrz propagandy Eisenstein odbudowuje nieistniejącą wspólną tożsamość pod hasłem „człowieka radzieckiego”. Choć w rzeczywistości różnice etniczne, językowe i społeczne między tymi ludźmi były głębokie, wizualna narracja – pozornie egalitarna i multi-etniczna – tworzy złudzenie jednolitej tożsamości, całkowicie eliminując kolonialną historię. Tak skonstruowany obraz można równie dobrze podstawić pod inne historyczne inkarnacje tego samego zjawiska: Imperium Rosyjskiego czy Federacji Rosyjskiej. Jeden naród, jeden kraj. Mechanizm jest ten sam – asymilacja poprzez estetykę, integracja poprzez narrację. Tożsamość nie powstaje tu oddolnie, lecz zostaje narzucona z góry: obrazem, kadrem, montażem. To nie jest dokumentacja różnorodności – to jej ujarzmienie w służbie imperialnego mitu.
Taki zachwyt nad estetyką ZSRR wpisuje się również w globalny trend, który można nazwać Ministerstwem Nostalgii – nowoczesną wersją orwellowskiego Ministerstwa Prawdy. Orwellowska wersja przeszłości była brutalnie fałszowana – dziś fałszuje się ją subtelniej: przez estetyzację, przez sentyment, przez „vintage”. Zamiast cenzurować fakty, wystarczy pokazać tylko ładne obrazki. I tak zasugerować, że „kiedyś było lepiej, mężczyźni byli prawdziwi, a ludzie życzliwsi”. Nawet jeśli większość z nich żyła w biedzie, państwo było totalitarne, a opozycja brutalnie tłumiona.
Znakomitym przykładem, jak przemysł nostalgii przekształca postacie kultury, jest sposób, w jaki przedstawiony został tutaj Josif Brodski. Soviet Visuals cytuje go: „Creativity is an unending exercise in uncertainty” i podpisuje: „Joseph Brodsky, radziecki poeta.” Formalnie poprawnie – urodził się w Leningradzie – ale to etykieta, która całkowicie rozmywa sens. Brodski był przecież sądzony w pokazowym procesie za „pasożytnictwo”, zesłany do obozu pracy, a następnie zmuszony do emigracji. Jego twórczość była przez lata zakazana w ZSRR, a sam poeta nie przestał krytykować systemu, który go prześladował.
To nie przypadek – to mechanizm. Nostalgia nie musi dziś brutalnie kłamać ani wymazywać faktów. Wystarczy, że przeformatuje przeszłość, a obrazkowi zamieni ramkę. Z buntownika robi się cytat motywacyjny, a z wygnańca – sowieckiego Paulo Coelho od „głębokich” fraz, instagramowego przewodnika po historii bez kontekstu. Jego biografia zostaje wygładzona, a przekaz – odpolityczniony. Brodski traci tożsamość opozycjonisty i staje się neutralnym radzieckim poetą „z twarzy podobnym zupełnie do nikogo”, pasującym w ten sposób do estetycznego kolażu wspomnień z czasów, których wielu wcale nie chce pamiętać. Reżim zostaje oczyszczony przez filtr stylizacji – brutalność zostaje zastąpiona sentymentem, a opór przekształcony w ozdobnik.
Tak właśnie działa przemysł nostalgii: nie wymazuje krzyku z przeszłości, tylko go sampluje w ładnie brzmiący refren kolejnego hitu. Zamiast bolesnej pamięci dostajemy gładką melancholię. A zamiast rozliczenia – sentymentalny remiks piosenki o przeszłości, która nigdy nie istniała i czułostkowość przepuszczoną przez kolejny instagramowy/facebookowy filtr.
Ta książka to popkulturowe upupienie pełną gębą. Parafrazując mistrza: koniec i bomba, kto się wzruszył, ten trąba.
Piękna przeszłość, której nigdy nie było czyli ładni chłopcy reklamują się w najnowszym modelu Pabiedy.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNa pierwszy rzut oka Soviet Visuals Varii Bortsovej to przyjemna, nostalgiczna podróż przez codzienną estetykę Związku Radzieckiego – kolorowe opakowania, propagandowe plakaty, zabawki, architekturę, sowiecką ikonografię. Książka przypomina instagramowy profil (który...