Przed lekturą wyobrażałem sobie, że będzie to historia o tym jak Bóg zstąpił na ziemię i żyje gdzieś po cichutku niezauważony - taki tani chwyt z ckliwej poezji. Jednak Mathieu wymyślił to zupełnie inaczej. Wraz z pojawieniem się Stwórcy ruszyła medialna machina, a jego proces zaangażował całą ludzkość, która bawi się w filozoficzne rozważania. Wiem, że ten koncept i otoczka tak specjalnie i to wszystko miało przybrać kształt jednej wielkiej metafory, ale cały czas miałem wrażenie, że obcuję z jakimś sztucznym tworem, którego teatralność i tendencja do przynudzania karzą czytelnika szukającego rzeczy oryginalnych i porywających. Streszczenia myśli teologicznych i filozoficznych w komiksie to chyba nie jest najlepszy pomysł
Przed lekturą wyobrażałem sobie, że będzie to historia o tym jak Bóg zstąpił na ziemię i żyje gdzieś po cichutku niezauważony - taki tani chwyt z ckliwej poezji. Jednak Mathieu wymyślił to zupełnie inaczej. Wraz z pojawieniem się Stwórcy ruszyła medialna machina, a jego proces zaangażował całą ludzkość, która bawi się w filozoficzne rozważania. Wiem, że ten koncept i...
Komiks Marca-Antoine Mathieu przypomniał mi o słynnym obrazie Williama Blake'a pt. „Urizen stwarzający świat”. Namalowana postać tworzy swoje największe dzieło za pomocą cyrkla, który symbolizować ma doskonałość zrodzonego, a wręcz wyłonionego z mroku świata. Współczesnym efektom tych prac daleko do malarskiej wizji Blake'a, w czym dobitnie utwierdza zawartość pozycji ze zdjęcia. „Bóg we własnej osobie” to świetna satyra społeczeństwa, w której przy pomocy Stwórcy rozwiązano wszelkie wątpliwości co do sprawczej siły człowieka, jego poczucia władzy i nieograniczonej możliwości naginania rzeczywistości dla własnych potrzeb. W komiksie Marca–Antoine Mathieu Boga pozbawiono wszechmocy oraz innych atrybutów, które stawiają go na samym szczycie ludzkiej hierarchii wartości. Ukazany jako chwyt marketingowy, dźwignia handlu, przedmiot prac laboratoryjnych, oskarżony w procesie karnym pod zarzutem wszelkich niegodziwości, jakie spotkały człowieka, Stwórca zepsutego świata potwierdza fakt niezrozumienia przez ludzkość prawdziwej istoty wiary. Uspokajając ewentualnych strażników chrześcijaństwa, dla których pobożność wymaga manifestacji podczas nabożeństw lub bezrefleksyjnego uznawania za niepodważalne słów kościelnych hierarchów, dodam, że autor załączonej pozycji zręcznie omija sferę sacrum. Jakkolwiek tytułowym bohaterem komiksu jest sam Bóg, tak jego postać nie została znieważona albo, co gorsza, sprofanowana, albowiem celem Marca-Antoine Mathieu pozostaje wyjaśnienie boskiej tożsamości oraz jej prawidłowego pojmowania przez ludzkość. Można się nie zgadzać z artystyczną wizją autora, aczkolwiek nie sposób zarzucać mu obrazę cudzych uczuć religijnych, czym zazwyczaj wycierają sobie twarze wszyscy, którzy z imieniem Boga na ustach dopuszczają się czynów całkowicie sprzecznych z biblijnym, a niekiedy moralnym nakazem miłowania bliźniego jak siebie samego.
Komiks Marca-Antoine Mathieu przypomniał mi o słynnym obrazie Williama Blake'a pt. „Urizen stwarzający świat”. Namalowana postać tworzy swoje największe dzieło za pomocą cyrkla, który symbolizować ma doskonałość zrodzonego, a wręcz wyłonionego z mroku świata. Współczesnym efektom tych prac daleko do malarskiej wizji Blake'a, w czym dobitnie utwierdza zawartość pozycji ze...
Czarno-biały komiks filozoficzny. Lecz nie tylko. Są w nim odniesienia do literatury, ekonomii, rozrywki, teatru. A najciekawszy jest proces Boga, którego pozwali ludzie. Z różnych powodów. Skorzystali z tego, że pojawił się we własnej osobie. I nawet pomimo tego, że tak nie do końca są przekonani, czy to rzeczywiście on, to jednak chcą się z nim rozliczyć. Przeczytałam z dużym zdumieniem, zachwycona różnorodną tematyką, aspektami, do których odniósł się autor. Niektórzy mogą twierdzić, że to książka obrazoburcza, lecz czy rzeczywiście? Niezmiernie cieszę się, że trafiłam na pozytywne recenzje tego komiksu, które spowodowały, że po niego sięgnęłam. Nie zawiodłam się. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak polecić i wam tę lekturę.
Czarno-biały komiks filozoficzny. Lecz nie tylko. Są w nim odniesienia do literatury, ekonomii, rozrywki, teatru. A najciekawszy jest proces Boga, którego pozwali ludzie. Z różnych powodów. Skorzystali z tego, że pojawił się we własnej osobie. I nawet pomimo tego, że tak nie do końca są przekonani, czy to rzeczywiście on, to jednak chcą się z nim rozliczyć. Przeczytałam z...
Po przeczytaniu wywodu poniżej może się wydawać, że ten komiks jest jak szczyt nie do zdobycia. Nic podobnego!
Zapewniam, że świetnie się bawiłam, a żadne zwierzę nie ucierpiało. Polecam :)
---
"Bóg, tworząc człowieka, przecenił nieco swoje możliwości" (Oscar Wilde)
"Człowiek, tworząc Boga, nie docenił swoich" (autor nieznany)
Twórca celnie dobiera słowa wstępu. Ale o co w tym wszystkim właściwie chodzi?
Bóg zstępuje do ludzi w materialnej formie.
Ludzkość skonfrontowana z konceptem nieskończonego Boga, praprzyczyny wszystkiego - pokazuje różne oblicza i sposoby radzenia sobie z niezrozumiałym.
Nauka jest bezradna. Sztuka - pretensjonalna.
Próba dialektycznej analizy zamienia się w bełkotliwy strumień argumentów, kluczący między ślepymi uliczkami rozumu.
Objęcie zjawiska w formalno-instytucjonalne szczęki systemu prowadzi do najdłuższego procesu sądowego w historii ludzkości.
Reakcja mas nie odbiega od charakterystycznego dla popkultury fanatyzmu.
Oczywiście są też tacy (i jest ich wielu), którzy umiejętnie zarabiają na fenomenie (istotnym wątkiem jest manipulacyjny charakter mediów i reklamy).
A w tle autor stawia pytanie, przywołując odwieczny problem kury i jajka: kto tu jest stwórcą?
Celny prztyczek w nos człowieka XXI wieku. I chociaż poruszane problemy do łatwych nie należą, Marc-Antoine Mathieu radzi sobie z nimi błyskotliwie.
LEKKO i ZABAWNIE. W obrane cele mierzy z gracją, a przy tym trafia bez pudła.
Historia podana w formie reportażu - o przebiegu zdarzeń informują nas gadające z kadrów głowy (komu spodoba się taka forma - odsyłam do mniej atrakcyjnych wizualnie, ale ciekawych treściowo "Trzech palców").
Miejscami autor zapuszcza się w zagmatwane filozoficznie rewiry, a na czytelnika spada grad obcobrzmiących pojęć - ale zapewniam: nie trzeba znać ich wszystkich, bo to o takie poczucie niezrozumienia/zagubienia zapewne chodziło.
Oszczędne rysunki to bardzo dobry wybór - sama treść może przyprawić o zawrót głowy, więc po co komplikować.
Niezbyt podoba mi się zakończenie, ale też nie mam pomysłu, do czego mogło to wszystko zmierzać.
Po przeczytaniu wywodu poniżej może się wydawać, że ten komiks jest jak szczyt nie do zdobycia. Nic podobnego!
Zapewniam, że świetnie się bawiłam, a żadne zwierzę nie ucierpiało. Polecam :)
---
"Bóg, tworząc człowieka, przecenił nieco swoje możliwości" (Oscar Wilde)
"Człowiek, tworząc Boga, nie docenił swoich" (autor nieznany)
Mam problem z "Bogiem we własnej osobie". To komiks, który nie ma skoncentrowanej fabuły czy określonych bohaterów, poza Bogiem oczywiście, który jednak jest tu raczej tematem wywodów poszczególnych postaci, a nie pełni roli funkcyjnej. Autor starał się poprowadzić głębszą refleksję na temat ludzkości i stanu naszej wiary, ale także tego jak szybko i pod jakimi warunkami jesteśmy w stanie w coś uwierzyć. Wreszcie co zrobimy w obliczu bytu nadprzyrodzonego. W praktyce wygląda to tak, że narracja skacze po różnych osobach, od sprzątacza po speców od marketingu, z których każda wtrąca swoje 3 grosze. Sprawia to wrażenia zrobionego po łebkach i próby upchnięcia wielu dziedzin i poglądów w jedno. Według mnie to nie działa, zwłaszcza w obliczu finału, który wygląda trochę jak niezdarna próba wykaraskania się z przytłoczenia kalibrem tematu.
Mam problem z "Bogiem we własnej osobie". To komiks, który nie ma skoncentrowanej fabuły czy określonych bohaterów, poza Bogiem oczywiście, który jednak jest tu raczej tematem wywodów poszczególnych postaci, a nie pełni roli funkcyjnej. Autor starał się poprowadzić głębszą refleksję na temat ludzkości i stanu naszej wiary, ale także tego jak szybko i pod jakimi warunkami...
Historia stylizowana trochę na film dokumentalny opowiadający historię o tym, co działo się, kiedy na ziemi pojawił się ponownie Bóg. Osobiście. Namacalnie, jako człowiek. Najpierw to bawi, nawet dziwi i czytelnik trochę sobie kpi pod nosem z postaw ludzi, ale im dalej, strona za stroną, dochodzi do ciebie ta myśl, że przecież tak właśnie to wszystko by się potoczyło, gdyby Bóg naprawdę pojawił się na ziemi. Gorzka refleksja nad człowiekiem i jego wartościami. Konsumpcjonizm przeżarł wszystkie wartości, nawet Boga.
Warty polecenia, zdecydowanie.
Historia stylizowana trochę na film dokumentalny opowiadający historię o tym, co działo się, kiedy na ziemi pojawił się ponownie Bóg. Osobiście. Namacalnie, jako człowiek. Najpierw to bawi, nawet dziwi i czytelnik trochę sobie kpi pod nosem z postaw ludzi, ale im dalej, strona za stroną, dochodzi do ciebie ta myśl, że przecież tak właśnie to wszystko by się potoczyło, gdyby...
Bóg we własnej osobie schodzi na Ziemię, i co? Niewiele. Zostaje celebrytą, pisze książki, udziela wywiadów, a w końcu: staje na ławie oskarżonych w największym procesie sądowym w historii. Trochę mało boskie, prawda? I owszem, gdyż – jak się okaże na koniec – był on jedynie sprytnym wytworem jakiejś medialnej korporacji.
Liczyłem na metafizykę, dostałem w zamian gorzką satyrę na współczesne społeczeństwo. Na kolejnych kartach toczą się miałkie quasi-filozoficzne dysputy, stanowiące komentarz do stanu współczesnej myśli, w której wszystko jest względne i która na piedestale stawia słowo, zarzucając poszukiwanie prawd absolutnych. Ogłupiałe masy wciągają telewizyjną papkę programów rozrywkowych i dają sobie wcisnąć wszystko, co media im w danej chwili zaproponują.
Bóg we własnej osobie schodzi na Ziemię, i co? Niewiele. Zostaje celebrytą, pisze książki, udziela wywiadów, a w końcu: staje na ławie oskarżonych w największym procesie sądowym w historii. Trochę mało boskie, prawda? I owszem, gdyż – jak się okaże na koniec – był on jedynie sprytnym wytworem jakiejś medialnej korporacji.
Liczyłem na metafizykę, dostałem w zamian gorzką...
Pozytywne zaskoczenie. Komiks jest zabawny ale z drugiej strony mocno filozofujący, co w sumie przy tej tematyce nie powinno dziwić. Na pierwszy rzut oka takie połączenie może wydawać się karkołomne ale autor wychodzi z tego obronną ręką. Warto też zwrócić uwagę na kilka fajnych rozwiązań formalnych, np. scena snu. Zakończenie jest dość zaskakujące, pozostawiające czytelnika ze znakiem zapytania w głowie.
Pozytywne zaskoczenie. Komiks jest zabawny ale z drugiej strony mocno filozofujący, co w sumie przy tej tematyce nie powinno dziwić. Na pierwszy rzut oka takie połączenie może wydawać się karkołomne ale autor wychodzi z tego obronną ręką. Warto też zwrócić uwagę na kilka fajnych rozwiązań formalnych, np. scena snu. Zakończenie jest dość zaskakujące, pozostawiające...
Ciekawa pozycja, choć liczyłem na to, że lekturze towarzyszyć będzie nieco więcej emocji. Koniec końców, to sympatyczny traktat quasifilozoficzny, w którym autor rozprawia się z problemem komercjalizacji Boga we współczesnym świecie. Polecam sprawdzić, może się spodobać.
Więcej o komiksach piszę na fb.com/polishpopkulture
Ciekawa pozycja, choć liczyłem na to, że lekturze towarzyszyć będzie nieco więcej emocji. Koniec końców, to sympatyczny traktat quasifilozoficzny, w którym autor rozprawia się z problemem komercjalizacji Boga we współczesnym świecie. Polecam sprawdzić, może się spodobać.
Więcej o komiksach piszę na fb.com/polishpopkulture
W trakcie rutynowego spisu ludności dochodzi do zdarzenia, jakie nie miało wcześniej miejsca. Oto niepozorny człowiek stojący karnie w kolejce wraz z innymi okazuje się nie posiadać żadnego dokumentu potwierdzającego jego tożsamość. Na pytania o swoje personalia odpowiada krótko, że jest Bogiem. Podejrzenia o chorobie psychicznej się nie potwierdzają, potwierdza się natomiast boskość. Co w obliczy tego wydarzenia uczyni ludzkość? Chwilowa fascynacja mija szybko, Bóg zaś zostaje oskarżony właściwie o wszystko, a w sądzie rozpoczyna się proces...
Co by było gdyby Bóg rzeczywiście zstąpił pośród nas i to w czasach obecnych? Jak ludzkość powitałaby swojego Ojca i do czego by się posunęła? Na te pytania stara się odpowiedzieć Marc-Antoine Mathieu, francuski twórca, który w swym komiksie na zaledwie 124 stronach zderza boskość z odkryciami fizyki, paradoksami filozoficznymi i twierdzeniami rzesz teoretyków, pokazując zarówno jak człowiek widzi Boga i jak Bóg mógłby widzieć człowieka. To wszystko staje się jednak nie celem samym w sobie a środkiem do ukazania brutalnej prawdy o nas samych. Pretekstem do obśmiania naszych przywar i cywilizacyjnych uzależnień. Naszego konsumpcjonizmu a nawet poprawności politycznej, konwenansów.
Bałem się trochę tego komiksu i nie będę się z tym krył. Bałem się do jakich granic posunąć może się autor i bałem się, że może zechcieć – jak choćby Garth Ennis – zamiast skupić się na filozofii, wywołać emocje kontrowersjami, które popchną go na ścieżkę taniego skandalizowania. Obawy na szczęście nie ziściły się a „Bóg we własnej osobie” okazał komiksem, który odważnie dokłada swój głos do ważkich dyskusji, wywołując (prowokując!) mnóstwo refleksji i przemyśleń. I choć porusza temat, który już z założenia jest kontrowersyjny, choć pokazuje różne ludzkie postawy wobec tematu, który nikomu nie jest obojętny, udaje mu się nie szokować ani nie zniesmaczać, za co jestem autorowi bardzo wdzięczny. I w takim podejściu do tematu widać talent autora.
Graficznie album jest dość prosty, czarnobiały z nutą szarości – ale to wszystko dobrze współgra z treścią. Jakby oblec filozoficzny thriller prawniczy w otoczkę noir. Nie ma tu nadmiaru szczegółów, tła są sporadyczne, ale tak naprawdę niczego więcej nie potrzeba.
Nie potrzeba także dodawać niczego więcej w ramach konkluzji, jednak i tak to zrobię, bo chcę wprost polecić Wam ten rewelacyjny album.
Recenzja opublikowana także na moim blogu http://ksiazkarnia.blog.pl/2015/10/07/bog-we-wlasnej-osobie-marc-antoine-mathieu/
ART DEO
W trakcie rutynowego spisu ludności dochodzi do zdarzenia, jakie nie miało wcześniej miejsca. Oto niepozorny człowiek stojący karnie w kolejce wraz z innymi okazuje się nie posiadać żadnego dokumentu potwierdzającego jego tożsamość. Na pytania o swoje personalia odpowiada krótko, że jest Bogiem. Podejrzenia o chorobie psychicznej się nie potwierdzają, potwierdza...
Przed lekturą wyobrażałem sobie, że będzie to historia o tym jak Bóg zstąpił na ziemię i żyje gdzieś po cichutku niezauważony - taki tani chwyt z ckliwej poezji. Jednak Mathieu wymyślił to zupełnie inaczej. Wraz z pojawieniem się Stwórcy ruszyła medialna machina, a jego proces zaangażował całą ludzkość, która bawi się w filozoficzne rozważania. Wiem, że ten koncept i otoczka tak specjalnie i to wszystko miało przybrać kształt jednej wielkiej metafory, ale cały czas miałem wrażenie, że obcuję z jakimś sztucznym tworem, którego teatralność i tendencja do przynudzania karzą czytelnika szukającego rzeczy oryginalnych i porywających. Streszczenia myśli teologicznych i filozoficznych w komiksie to chyba nie jest najlepszy pomysł
Przed lekturą wyobrażałem sobie, że będzie to historia o tym jak Bóg zstąpił na ziemię i żyje gdzieś po cichutku niezauważony - taki tani chwyt z ckliwej poezji. Jednak Mathieu wymyślił to zupełnie inaczej. Wraz z pojawieniem się Stwórcy ruszyła medialna machina, a jego proces zaangażował całą ludzkość, która bawi się w filozoficzne rozważania. Wiem, że ten koncept i...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKomiks Marca-Antoine Mathieu przypomniał mi o słynnym obrazie Williama Blake'a pt. „Urizen stwarzający świat”. Namalowana postać tworzy swoje największe dzieło za pomocą cyrkla, który symbolizować ma doskonałość zrodzonego, a wręcz wyłonionego z mroku świata. Współczesnym efektom tych prac daleko do malarskiej wizji Blake'a, w czym dobitnie utwierdza zawartość pozycji ze zdjęcia. „Bóg we własnej osobie” to świetna satyra społeczeństwa, w której przy pomocy Stwórcy rozwiązano wszelkie wątpliwości co do sprawczej siły człowieka, jego poczucia władzy i nieograniczonej możliwości naginania rzeczywistości dla własnych potrzeb. W komiksie Marca–Antoine Mathieu Boga pozbawiono wszechmocy oraz innych atrybutów, które stawiają go na samym szczycie ludzkiej hierarchii wartości. Ukazany jako chwyt marketingowy, dźwignia handlu, przedmiot prac laboratoryjnych, oskarżony w procesie karnym pod zarzutem wszelkich niegodziwości, jakie spotkały człowieka, Stwórca zepsutego świata potwierdza fakt niezrozumienia przez ludzkość prawdziwej istoty wiary. Uspokajając ewentualnych strażników chrześcijaństwa, dla których pobożność wymaga manifestacji podczas nabożeństw lub bezrefleksyjnego uznawania za niepodważalne słów kościelnych hierarchów, dodam, że autor załączonej pozycji zręcznie omija sferę sacrum. Jakkolwiek tytułowym bohaterem komiksu jest sam Bóg, tak jego postać nie została znieważona albo, co gorsza, sprofanowana, albowiem celem Marca-Antoine Mathieu pozostaje wyjaśnienie boskiej tożsamości oraz jej prawidłowego pojmowania przez ludzkość. Można się nie zgadzać z artystyczną wizją autora, aczkolwiek nie sposób zarzucać mu obrazę cudzych uczuć religijnych, czym zazwyczaj wycierają sobie twarze wszyscy, którzy z imieniem Boga na ustach dopuszczają się czynów całkowicie sprzecznych z biblijnym, a niekiedy moralnym nakazem miłowania bliźniego jak siebie samego.
Komiks Marca-Antoine Mathieu przypomniał mi o słynnym obrazie Williama Blake'a pt. „Urizen stwarzający świat”. Namalowana postać tworzy swoje największe dzieło za pomocą cyrkla, który symbolizować ma doskonałość zrodzonego, a wręcz wyłonionego z mroku świata. Współczesnym efektom tych prac daleko do malarskiej wizji Blake'a, w czym dobitnie utwierdza zawartość pozycji ze...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzarno-biały komiks filozoficzny. Lecz nie tylko. Są w nim odniesienia do literatury, ekonomii, rozrywki, teatru. A najciekawszy jest proces Boga, którego pozwali ludzie. Z różnych powodów. Skorzystali z tego, że pojawił się we własnej osobie. I nawet pomimo tego, że tak nie do końca są przekonani, czy to rzeczywiście on, to jednak chcą się z nim rozliczyć. Przeczytałam z dużym zdumieniem, zachwycona różnorodną tematyką, aspektami, do których odniósł się autor. Niektórzy mogą twierdzić, że to książka obrazoburcza, lecz czy rzeczywiście? Niezmiernie cieszę się, że trafiłam na pozytywne recenzje tego komiksu, które spowodowały, że po niego sięgnęłam. Nie zawiodłam się. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak polecić i wam tę lekturę.
Czarno-biały komiks filozoficzny. Lecz nie tylko. Są w nim odniesienia do literatury, ekonomii, rozrywki, teatru. A najciekawszy jest proces Boga, którego pozwali ludzie. Z różnych powodów. Skorzystali z tego, że pojawił się we własnej osobie. I nawet pomimo tego, że tak nie do końca są przekonani, czy to rzeczywiście on, to jednak chcą się z nim rozliczyć. Przeczytałam z...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZabawna ale czasem ciągnęło mi się te 122 stron.
Zabawna ale czasem ciągnęło mi się te 122 stron.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo przeczytaniu wywodu poniżej może się wydawać, że ten komiks jest jak szczyt nie do zdobycia. Nic podobnego!
Zapewniam, że świetnie się bawiłam, a żadne zwierzę nie ucierpiało. Polecam :)
---
"Bóg, tworząc człowieka, przecenił nieco swoje możliwości" (Oscar Wilde)
"Człowiek, tworząc Boga, nie docenił swoich" (autor nieznany)
Twórca celnie dobiera słowa wstępu. Ale o co w tym wszystkim właściwie chodzi?
Bóg zstępuje do ludzi w materialnej formie.
Ludzkość skonfrontowana z konceptem nieskończonego Boga, praprzyczyny wszystkiego - pokazuje różne oblicza i sposoby radzenia sobie z niezrozumiałym.
Nauka jest bezradna. Sztuka - pretensjonalna.
Próba dialektycznej analizy zamienia się w bełkotliwy strumień argumentów, kluczący między ślepymi uliczkami rozumu.
Objęcie zjawiska w formalno-instytucjonalne szczęki systemu prowadzi do najdłuższego procesu sądowego w historii ludzkości.
Reakcja mas nie odbiega od charakterystycznego dla popkultury fanatyzmu.
Oczywiście są też tacy (i jest ich wielu), którzy umiejętnie zarabiają na fenomenie (istotnym wątkiem jest manipulacyjny charakter mediów i reklamy).
A w tle autor stawia pytanie, przywołując odwieczny problem kury i jajka: kto tu jest stwórcą?
Celny prztyczek w nos człowieka XXI wieku. I chociaż poruszane problemy do łatwych nie należą, Marc-Antoine Mathieu radzi sobie z nimi błyskotliwie.
LEKKO i ZABAWNIE. W obrane cele mierzy z gracją, a przy tym trafia bez pudła.
Historia podana w formie reportażu - o przebiegu zdarzeń informują nas gadające z kadrów głowy (komu spodoba się taka forma - odsyłam do mniej atrakcyjnych wizualnie, ale ciekawych treściowo "Trzech palców").
Miejscami autor zapuszcza się w zagmatwane filozoficznie rewiry, a na czytelnika spada grad obcobrzmiących pojęć - ale zapewniam: nie trzeba znać ich wszystkich, bo to o takie poczucie niezrozumienia/zagubienia zapewne chodziło.
Oszczędne rysunki to bardzo dobry wybór - sama treść może przyprawić o zawrót głowy, więc po co komplikować.
Niezbyt podoba mi się zakończenie, ale też nie mam pomysłu, do czego mogło to wszystko zmierzać.
Po przeczytaniu wywodu poniżej może się wydawać, że ten komiks jest jak szczyt nie do zdobycia. Nic podobnego!
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZapewniam, że świetnie się bawiłam, a żadne zwierzę nie ucierpiało. Polecam :)
---
"Bóg, tworząc człowieka, przecenił nieco swoje możliwości" (Oscar Wilde)
"Człowiek, tworząc Boga, nie docenił swoich" (autor nieznany)
Twórca celnie dobiera słowa wstępu. Ale o co...
Mam problem z "Bogiem we własnej osobie". To komiks, który nie ma skoncentrowanej fabuły czy określonych bohaterów, poza Bogiem oczywiście, który jednak jest tu raczej tematem wywodów poszczególnych postaci, a nie pełni roli funkcyjnej. Autor starał się poprowadzić głębszą refleksję na temat ludzkości i stanu naszej wiary, ale także tego jak szybko i pod jakimi warunkami jesteśmy w stanie w coś uwierzyć. Wreszcie co zrobimy w obliczu bytu nadprzyrodzonego. W praktyce wygląda to tak, że narracja skacze po różnych osobach, od sprzątacza po speców od marketingu, z których każda wtrąca swoje 3 grosze. Sprawia to wrażenia zrobionego po łebkach i próby upchnięcia wielu dziedzin i poglądów w jedno. Według mnie to nie działa, zwłaszcza w obliczu finału, który wygląda trochę jak niezdarna próba wykaraskania się z przytłoczenia kalibrem tematu.
Mam problem z "Bogiem we własnej osobie". To komiks, który nie ma skoncentrowanej fabuły czy określonych bohaterów, poza Bogiem oczywiście, który jednak jest tu raczej tematem wywodów poszczególnych postaci, a nie pełni roli funkcyjnej. Autor starał się poprowadzić głębszą refleksję na temat ludzkości i stanu naszej wiary, ale także tego jak szybko i pod jakimi warunkami...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toHistoria stylizowana trochę na film dokumentalny opowiadający historię o tym, co działo się, kiedy na ziemi pojawił się ponownie Bóg. Osobiście. Namacalnie, jako człowiek. Najpierw to bawi, nawet dziwi i czytelnik trochę sobie kpi pod nosem z postaw ludzi, ale im dalej, strona za stroną, dochodzi do ciebie ta myśl, że przecież tak właśnie to wszystko by się potoczyło, gdyby Bóg naprawdę pojawił się na ziemi. Gorzka refleksja nad człowiekiem i jego wartościami. Konsumpcjonizm przeżarł wszystkie wartości, nawet Boga.
Warty polecenia, zdecydowanie.
Historia stylizowana trochę na film dokumentalny opowiadający historię o tym, co działo się, kiedy na ziemi pojawił się ponownie Bóg. Osobiście. Namacalnie, jako człowiek. Najpierw to bawi, nawet dziwi i czytelnik trochę sobie kpi pod nosem z postaw ludzi, ale im dalej, strona za stroną, dochodzi do ciebie ta myśl, że przecież tak właśnie to wszystko by się potoczyło, gdyby...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBóg we własnej osobie schodzi na Ziemię, i co? Niewiele. Zostaje celebrytą, pisze książki, udziela wywiadów, a w końcu: staje na ławie oskarżonych w największym procesie sądowym w historii. Trochę mało boskie, prawda? I owszem, gdyż – jak się okaże na koniec – był on jedynie sprytnym wytworem jakiejś medialnej korporacji.
Liczyłem na metafizykę, dostałem w zamian gorzką satyrę na współczesne społeczeństwo. Na kolejnych kartach toczą się miałkie quasi-filozoficzne dysputy, stanowiące komentarz do stanu współczesnej myśli, w której wszystko jest względne i która na piedestale stawia słowo, zarzucając poszukiwanie prawd absolutnych. Ogłupiałe masy wciągają telewizyjną papkę programów rozrywkowych i dają sobie wcisnąć wszystko, co media im w danej chwili zaproponują.
Bóg we własnej osobie schodzi na Ziemię, i co? Niewiele. Zostaje celebrytą, pisze książki, udziela wywiadów, a w końcu: staje na ławie oskarżonych w największym procesie sądowym w historii. Trochę mało boskie, prawda? I owszem, gdyż – jak się okaże na koniec – był on jedynie sprytnym wytworem jakiejś medialnej korporacji.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLiczyłem na metafizykę, dostałem w zamian gorzką...
Pozytywne zaskoczenie. Komiks jest zabawny ale z drugiej strony mocno filozofujący, co w sumie przy tej tematyce nie powinno dziwić. Na pierwszy rzut oka takie połączenie może wydawać się karkołomne ale autor wychodzi z tego obronną ręką. Warto też zwrócić uwagę na kilka fajnych rozwiązań formalnych, np. scena snu. Zakończenie jest dość zaskakujące, pozostawiające czytelnika ze znakiem zapytania w głowie.
Pozytywne zaskoczenie. Komiks jest zabawny ale z drugiej strony mocno filozofujący, co w sumie przy tej tematyce nie powinno dziwić. Na pierwszy rzut oka takie połączenie może wydawać się karkołomne ale autor wychodzi z tego obronną ręką. Warto też zwrócić uwagę na kilka fajnych rozwiązań formalnych, np. scena snu. Zakończenie jest dość zaskakujące, pozostawiające...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCiekawa pozycja, choć liczyłem na to, że lekturze towarzyszyć będzie nieco więcej emocji. Koniec końców, to sympatyczny traktat quasifilozoficzny, w którym autor rozprawia się z problemem komercjalizacji Boga we współczesnym świecie. Polecam sprawdzić, może się spodobać.
Więcej o komiksach piszę na fb.com/polishpopkulture
Ciekawa pozycja, choć liczyłem na to, że lekturze towarzyszyć będzie nieco więcej emocji. Koniec końców, to sympatyczny traktat quasifilozoficzny, w którym autor rozprawia się z problemem komercjalizacji Boga we współczesnym świecie. Polecam sprawdzić, może się spodobać.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWięcej o komiksach piszę na fb.com/polishpopkulture
ART DEO
W trakcie rutynowego spisu ludności dochodzi do zdarzenia, jakie nie miało wcześniej miejsca. Oto niepozorny człowiek stojący karnie w kolejce wraz z innymi okazuje się nie posiadać żadnego dokumentu potwierdzającego jego tożsamość. Na pytania o swoje personalia odpowiada krótko, że jest Bogiem. Podejrzenia o chorobie psychicznej się nie potwierdzają, potwierdza się natomiast boskość. Co w obliczy tego wydarzenia uczyni ludzkość? Chwilowa fascynacja mija szybko, Bóg zaś zostaje oskarżony właściwie o wszystko, a w sądzie rozpoczyna się proces...
Co by było gdyby Bóg rzeczywiście zstąpił pośród nas i to w czasach obecnych? Jak ludzkość powitałaby swojego Ojca i do czego by się posunęła? Na te pytania stara się odpowiedzieć Marc-Antoine Mathieu, francuski twórca, który w swym komiksie na zaledwie 124 stronach zderza boskość z odkryciami fizyki, paradoksami filozoficznymi i twierdzeniami rzesz teoretyków, pokazując zarówno jak człowiek widzi Boga i jak Bóg mógłby widzieć człowieka. To wszystko staje się jednak nie celem samym w sobie a środkiem do ukazania brutalnej prawdy o nas samych. Pretekstem do obśmiania naszych przywar i cywilizacyjnych uzależnień. Naszego konsumpcjonizmu a nawet poprawności politycznej, konwenansów.
Bałem się trochę tego komiksu i nie będę się z tym krył. Bałem się do jakich granic posunąć może się autor i bałem się, że może zechcieć – jak choćby Garth Ennis – zamiast skupić się na filozofii, wywołać emocje kontrowersjami, które popchną go na ścieżkę taniego skandalizowania. Obawy na szczęście nie ziściły się a „Bóg we własnej osobie” okazał komiksem, który odważnie dokłada swój głos do ważkich dyskusji, wywołując (prowokując!) mnóstwo refleksji i przemyśleń. I choć porusza temat, który już z założenia jest kontrowersyjny, choć pokazuje różne ludzkie postawy wobec tematu, który nikomu nie jest obojętny, udaje mu się nie szokować ani nie zniesmaczać, za co jestem autorowi bardzo wdzięczny. I w takim podejściu do tematu widać talent autora.
Graficznie album jest dość prosty, czarnobiały z nutą szarości – ale to wszystko dobrze współgra z treścią. Jakby oblec filozoficzny thriller prawniczy w otoczkę noir. Nie ma tu nadmiaru szczegółów, tła są sporadyczne, ale tak naprawdę niczego więcej nie potrzeba.
Nie potrzeba także dodawać niczego więcej w ramach konkluzji, jednak i tak to zrobię, bo chcę wprost polecić Wam ten rewelacyjny album.
Recenzja opublikowana także na moim blogu http://ksiazkarnia.blog.pl/2015/10/07/bog-we-wlasnej-osobie-marc-antoine-mathieu/
ART DEO
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW trakcie rutynowego spisu ludności dochodzi do zdarzenia, jakie nie miało wcześniej miejsca. Oto niepozorny człowiek stojący karnie w kolejce wraz z innymi okazuje się nie posiadać żadnego dokumentu potwierdzającego jego tożsamość. Na pytania o swoje personalia odpowiada krótko, że jest Bogiem. Podejrzenia o chorobie psychicznej się nie potwierdzają, potwierdza...