rozwiń zwiń

Magia & Miecz

Okładka książki Magia & Miecz
Sergio Toppi Wydawnictwo: Znakomite komiksy
120 str. 2 godz. 0 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Data wydania:
2015-08-01
Data 1. wyd. pol.:
2015-08-01
Liczba stron:
120
Czas czytania
2 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
9788394260019
Tłumacz:
Maria Nowak, Julia Janiak, Zuzanna Tuliszka
Średnia ocen

                7,8 7,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Magia & Miecz w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Magia & Miecz

Średnia ocen
7,8 / 10
15 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1236
290

Na półkach:

Jestem pod sporym wrażeniem, bo to moje pierwsze zetknięcie z dziełami Sergio Toppiego. Tak, dziełami, zwłaszcza pod względem ilustracji, bo niesamowite, czarno-białe plansze spokojnie mogły by zdobić niejedną ścianę. Toppi bawi się tu konwencją, często w nieoczywisty sposób zestawia ze sobą kadry, tworzy sceny jak z obrazów. A jak jest jeśli chodzi o fabułę?
"Magia & Miecz" to zbiór 8 krótkich opowiadań - oprócz jednej biograficznej, mamy tu dość szalony mix historii, magii, czarnego humoru, fantastyki, groteskowej obyczajówki i makabry.
Jedna z nowelek to prawdziwa perełka, kilka jest bardzo dobrych, a jedynie dwie trochę mniej przydały mi do gustu.

Więcej recenzji komiksów i gier na: https://www.instagram.com/czytamigram/

Jestem pod sporym wrażeniem, bo to moje pierwsze zetknięcie z dziełami Sergio Toppiego. Tak, dziełami, zwłaszcza pod względem ilustracji, bo niesamowite, czarno-białe plansze spokojnie mogły by zdobić niejedną ścianę. Toppi bawi się tu konwencją, często w nieoczywisty sposób zestawia ze sobą kadry, tworzy sceny jak z obrazów. A jak jest jeśli chodzi o fabułę?
"Magia &...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

32 użytkowników ma tytuł Magia & Miecz na półkach głównych
  • 17
  • 14
  • 1
22 użytkowników ma tytuł Magia & Miecz na półkach dodatkowych
  • 9
  • 7
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Magia & Miecz

Inne książki autora

Sergio Toppi
Sergio Toppi
Sergio Toppi was born in 1932 in Milan, Italy. He began his career in illustration working in advertising and working for the renowned Italian publisher Utet. His comics and graphic novel work spans decades, including work for such comics series as Linus, Corto Maltese, Un uomo un'avventuraand Il Giornalino in Italy and l'Histoire de France en bandes dessinées andLa Découverte du Monde published by Larrousse in France. In recent years he has been published exclusively in Europe by the French publisherEditions Mosquito, including The Collector, winner of the Soleil D'Or prize for Best Series at the Soliès-Ville Festival. His art has been displayed in the "Masters of the European Comic Book" exhibit at the Bibliothèque Nationalein Paris and in the Museum of Comic Art in Angoulême.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Bar Starego Francuza Denis Lapiere
Bar Starego Francuza
Denis Lapiere Jean-Philippe Stassen
Wątek ucieczki z domu jest często motywem wykorzystywanym jako sposób dojrzewania dla głównych bohaterów. Czasem ucieka się przed jakąś patologiczną sytuacją, a czasem, żeby uniknąć codziennej rutyny. Czy jednak dwie osoby uciekające z różnych powodów mogą utworzyć udany związek? Głównymi bohaterami jest dwójka nastolatków Leila i Celestine. Oboje pochodzą z różnych środowisk. Leila jest córką marokańskich uchodźców o dosyć tradycyjnych poglądach w kwestii roli kobiet, więc postanawia spróbować czegoś nowego i pojechać do kraju swoich przodków. Z kolei Celestine to chłopak z zapadłej afrykańskiej wioski, który opuścił swoją wioskę ze względu na dosyć niebezpieczną sytuację jaka zaczęła się tam tworzyć. Losy tej dwójki przetną się w tytułowym barze na pustyni. Zaskakująco długo komiks pokazuje osobne losy bohaterów. Czytelnik musi obserwować jak muszą sobie radzić często korzystając z moralnie dyskusyjnych metod. Kiedy jednak już dochodzi do ich spotkania, to nie jest to hollywoodzka miłość od pierwszego wejrzenia, ale coś w rodzaju zauroczenia. Szybko okazuje się, że młodzieńczy związek może również popaść w pewną stagnację i obie strony mogą chcieć czegoś innego od życia. Na dodatek często zwykły przypadek może sprawić, że pewna znajomość nigdy już się nie odrodzi. Nie jest to jakaś odkrywcza myśl i inne utwory już ją poruszały wcześniej, ale jest bardzo życiowa. Podobało mi się, że świat przedstawiony nie jest wyidealizowany czy nadmiernie okrutny. Napotkani ludzie są bardzo zwyczajni ze wszystkimi zaletami i wadami tegoż. Można zrozumieć motywację ich działań i jak w życiu czasami dochodzi do niewłaściwego zrozumienia czyichś intencji. Chyba najbardziej zabawną postacią pod tym względem jest tytułowy stary Francuz, któremu paradoksalnie poświęcono zaskakująco mało miejsca i osobiście czułem, że ta postać nie została pełni wykorzystany. Komiks narysowany jest dosyć grubą kreską. Autorowi udaje się uniknąć wyidealizowania wyglądu bohaterów. Postacie potrafią być atrakcyjne, co widać u młodych bohaterów, ale przeważają osoby starsze o bardzo przeciętnym wyglądzie. Ciekawe jest, że twórca w pewnym momencie opowiada pewną historią za pomocą malowideł jednego z bohaterów – jest to bardzo klimatyczne zagranie i urozmaica lekturę. Nie powiem, żeby komiks zarówno pod względem fabularnym, jak i graficznym zachwycił mnie. Jest to całkiem solidna historia obyczajowa, która jednak wydaje się zdecydowanie zbyt znajoma. Najprawdopodobniej niedługo zapomnę o samej treści.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na 6 6 lat temu
Staruszek Anderson Hermann Huppen
Staruszek Anderson
Hermann Huppen Yves Huppen
Temat prześladowań na tle rasowym, jest ostatnimi czasy bardzo modny. Mimo wielu podłoży, patrzy się na niego głównie przez pryzmat wydarzeń jakie miały miejsce w drugiej połowie XX wieku w Południowych Stanach, gdzie czarna ludność naprawdę wiele wycierpiała z rąk białych mieszkańców. Nie było to co prawda tak kryształowo przejrzyste jak podają dzisiejsze media, gdyż murzyni, czy też Afroamerykanie, posiadali często równie dużo krwi na rękach, zaś nie jeden biały pomagał im w tych ciężkich czasach. Dobrze ukazał to film Służące z 2011 roku, gdzie umiejętnie przedstawiono obie strony barykady. Staruszek Anderson to historia o wiele prostsza, jednak poruszająca i smutna. Śmierć, zemsta i utracone nadzieje mieszają się tutaj z sobą na tle waśni rasowych pomiędzy białymi a czarnymi mieszkańcami Missisipi. Można by rzec, historia jakich opowiedziano już wiele i zapewne nie raz się je jeszcze usłyszy. A mimo to warto na chwilę się zatrzymać i wysłuchać co ma do powiedzenia pewien sędziwy jegomość, zwany przez lokalnych Staruszkiem. Akcja komiksu rozgrywa się w małym miasteczku, znajdującym się gdzieś w Missisipi. Anderson, nazywany przez lokalnych Staruszkiem, to sędziwy murzyn, któremu osiem lat temu zabito nastoletnią córkę. Przynajmniej tak podejrzewa, gdyż dziewczyna znikła i wszelki słuch po niej zaginął.Gdy umiera jego żona, Anderson dowiaduje się od swego przyjaciela, że pewna osoba może mieć jakaś informację na temat wydarzeń sprzed ośmiu lat. Staruszek nie mając już nic do stracenia postanawia pójść tym tropem i wymierzyć swoją własną, ojcowską sprawiedliwość. W krótkim czasie mała wendetta jednego człowieka przeradza się w pościg przypominający polowanie na wściekłe zwierzę. Album pokazuje dwa dramaty ludzkie, skupiające się wokoło tytułowej postaci. Pierwszy to utrata ukochanych osób, nadających sens naszemu życiu. Bez nich czujemy się nie tylko puści oraz zagubieni, ale tracimy poczucie własnej wartości oraz czasu. Dlatego postanawiamy zakończyć stare porachunki lub rozwikłać zagadki dręczące od lat rodzinę. To na co wcześniej brakowało nam odwagi wraca do ans ze spotęgowaną siłą jako wyrzut sumienia i torturuje, powoli zatruwając umysł. Tracimy wtedy jasność myślenia i zaczynamy działać impulsywnie, chcąc osiągnąć naszą, prywatną sprawiedliwość. Tu pojawia się drugi punkt, czyli eskalacja przemocy. Pozbawieni hamulców moralnych, celu dla życia i dalszej egzystencji w tym świecie, nie wahamy się przekroczyć granicy. Chcemy aby oprawcy czuli to samo co ich ofiara. Bezradność, przerażenie, ból oraz koszmarną wizję śmierci. Niestety wszystko ma swoją cenę, szczególnie jeśli nie jest przemyślane, tylko rodzi się z impulsu. Wtedy w całym tym tyglu przestaje obowiązywać prawo spisane na papierze i nazwane Kodeksem Karnym. Liczy się tylko to jaki masz kolor skóry oraz czy jesteś dość sprytny aby uniknąć kuli. Zatracamy się w tym polowaniu na dzikiego zwierza, nie starając się nawet zrozumieć jego motywów. Jest zły bo posiada taki a nie inny kolor skóry. Dla jednych będzie to czarna nastolatka lub starzec, dla innych biały policjant bojący się społecznego linczu, przez co chowa głowę w piasek. Hermann bardzo umiejętnie ukazał brud, przerażenie oraz samotność w swej pracy, ubogacając tekst Yves'a, swoimi rysunkami. Tak naprawdę miałem wrażenie, że mimo dominacji obrazu, to słowa, a czasem ich brak, grają tutaj pierwsze skrzypce. Najbardziej uwidocznione jest to w finalnych kartach komiksu, gdzie dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy oraz w pełni pojmujemy dramat pierwszej karty tego albumu. Staruszek Anderson to nie dzieło wybitne, jednak bardzo życiowe. Prosta historia, krwawa i smutna, jakich wiele można by usłyszeć w Południowych Stanach. Jednak przykuwa uwagę czytelnika, na ten krótki czas i być może nawet go czegoś nauczy.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 7 3 lata temu
Ralph Azham #08: Nie pochwycisz płynącej rzeki Lewis Trondheim
Ralph Azham #08: Nie pochwycisz płynącej rzeki
Lewis Trondheim
Początek nowego cyklu. Wydawać by się mogło, że wszystko zostało już opowiedziane, a główny bohater osiągnął co mógł. Czy zatem kolejny tom ma coś do zaoferowania? Ralph Azham jako naczelnik rządzi Astolię. Jednakże ta rola szybko go nuży i postanawia wyruszyć do jednej z prowincji, która nie chce się podporządkować. Tam zostaje okradziony z części magicznych artefaktów. Ralph rusza w pogoń za złodziejami. Trochę obawiałem się, że kolejne przygody nie będą stanowić dla Ralpha żadnego wyzwania. Początkowo rzeczywiście tak jest, bo w wyniku wydarzeń z poprzedniego tomu stał się bardzo potężny. Okazuje się jednak, że dalej można go zaatakować z zaskoczenia i on sam musi radzić sobie przede wszystkim swoim sprytem. Na dodatek przyjdzie mu zmierzyć się z kimś, kto ma zdolności podobne jak on. Bardzo intrygujący są nowi przeciwnicy. Są to wojujący ateiści, którzy chcą uwolnić ludzi z więzów narzuconych im przez religię. Ich argumenty są całkiem sensowne, ale przy tym w dalszym ciągu kibicuje się przede wszystkim głównemu bohaterowi. Po raz pierwszy w serii zostaje pokazany smok. Jednakże nie jest to majestatyczne stworzenie, lecz dzika bestia jedynie trochę potężniejsza od zwykłych latających stworów, którymi przemieszczają się bohaterowie. Początek nowego cyklu jest bardzo obiecujący. Mam nadzieję, że uda się to dalej sensownie poprowadzić.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na 8 2 miesiące temu
Dżihad Igor Baranko
Dżihad
Igor Baranko
(...) Lektura tomu była dla mnie sporym zaskoczeniem, ponieważ dzieło ukraińskiego autora wyraźnie odróżnia się od innych jego komiksów, zigor którymi mieliśmy okazję się zapoznać (w Polsce wydano: Maksyma Osę oraz dwa tomy Egipskich księżniczek). Dżihad zaskoczył mnie zarówno rodzajem opowieści, jak i graficznym stylem, który natychmiast skojarzył mi się z pracami Mœbiusa. Natomiast skrypt wyraźnie trąci Jodorowskim. Zapożyczenia z obu panów są powierzchowne, nie one są najważniejsze i najciekawsze, należy je uznać raczej za kierunkowskazy. cenariusz Dżihadu jest produkcją oryginalną i samoistną. Straszną i śmieszną zarazem. Przywodzącą na myśl powieści Wiktora Pielewina, szczególnie Mały palec Buddy i Generation P. Akcja komiksu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w roku 2040. Skupiona została na imperialnych zapędach Rosji, która rządzona jest przez dyktatora Ivana Apelsynowa, niespełnionego pisarza science fiction. Trochę jest tak, jakby satrapa zamiast pisać rozdziały swej niepowstałej powieści, „pisał” historię Wielkiej Rosji. Bez wątpliwości jest szalony. Ma w planach podbić całą Azję i Europę. Uważa, że wielkość jego ojczyźnie zapewni nowe wcielenie Dżyngis-chana. Chce odrodzenia imperium w duchu panmongolizmu. Aby zapewnić sobie wsparcie przywódcy Mongołów, organizuje ekspedycję na Ukrainę, gdzie znajduje się ciało lamy, który ponoć posiadał wiedzę o tym, jak wskrzesić Dżyngis-chana. Brzmi absurdalnie, ale jak uczy historia, despoci miewają najdziwniejsze pomysły pod słońcem.... (...) Podczas lektury włos jeży się na głowie. Komiks zaskakuje od pierwszej strony i aż do ostatniej nie przestaje szokować. Wizja Wschodu przedstawiona przez Barankę to świat mroczny, groteskowy i absurdalny. Wydarzenia historyczne przemieszane zostały z religią i ezoteryką. (...) Zadziwiające, jak wizja przedstawiona ponad dziesięć lat temu, jest zborna z wydarzeniami, jakie rozgrywają się za naszą wschodnią granicą. „Dżihad” to pozycja profetyczna, a co za tym idzie – niepokojąca. Z jednej strony niby metafora, ale z drugiej rzecz „ku przestrodze”. - - - cały tekst można przeczytać tu: https://dybuk.wordpress.com/2015/07/06/dzihad/
giera - awatar giera
oceniła na 6 10 lat temu
Gilles McCabe, część 1 Daniel Gizicki
Gilles McCabe, część 1
Daniel Gizicki Barbara Okrasa
Temat Kuby Rozpruwacza, który mordował w Londynie z końcem XIX wieku, jest obecnie mocno wyeksploatowany w kulturze masowej. W dużej mierze przyczyniły się do tego ówczesne media, napędzane brutalnością morderstw i tworząc legendę Rozpruwacza. Później posiadał on wielu naśladowców, jednak samego mordercy z Whitechapel nigdy nie złapano. Tak naprawdę po dziś dzień nie wiadomo kim był, a to pozwala twórcom tworzyć wymyślne historie związane z tą osobą. Gilles McCabe to kolejna próba przedstawienia Kuby Rozpruwacza współczesnemu czytelnikowi, ale w nieco odmienny sposób, choć z początku nic na to nie wskazuje. Akcja komiksu rozgrywa się 10 lat po słynnych morderstwach w Whitechapel, również w tej samej, owianej złą sławą, dzielnicy. Tytułowy detektyw prowadzi dochodzenie w sprawie kolejnej serii morderstw prostytutek i odkrywa, że wszystkie ofiary przeszły zabieg usunięcia ciąży. Oprócz tego ich ciała zostały pozbawione niektórych organów, usuniętych z chirurgiczną precyzją. Mimo że prasa już zaczyna węszyć powrót Kuby Rozpruwacza, a sami policjanci boją się mordercy, to McCabe nie daje wiary legendom. Woli opierać się na twardych dowodach i poszlakach, a te wiodą go do domu lekarza, który za darmo leczy ludzi z East End. Jak się szybko okazuje był to dobry strzał, jednak zagadka morderstw szybko okazuje się o wiele bardziej zdumiewająca. To co jest najciekawsze w całej fabule, to nie kolejna wizja Rozpruwacza, choć i ona jest interesująca, a postawa inspektora McCabe. Jest on stereotypowym bohaterem kryminałów - samotnik, bez rodziny, za często zaglądający do kieliszka i o nietuzinkowej wiedzy. Oczywiście kocha tytoń. Z drugiej strony posiada cechy, wyróżniające go na tle tej klasycznej papki. Potrafi samodzielnie myśleć, słucha swoich podkomendnych i nie wyciąga pochopnych wniosków. Nie wierzy też w legendy, a nawet najbardziej zawiłe, nieprawdopodobne i koszmarne historie analizuje ze stoickim spokojem. Innymi słowy Gilles McCabe wypada wiarygodnie, gdyż zachowuje się wiarygodnie. Ma swoje słabości i się ich nie wypiera, nie podąża ślepym trafem tylko wszystko analizuje, słucha każdego i zastawia pułapki szerząc plotki, które tłum może łatwo połknąć. Podobnie wypada jego podkomendny posterunkowy Jack O'leary, choć ta postać jest o wiele bardziej bezpośrednia. Od razu widać rozdźwięk społeczny pomiędzy posterunkowym a inspektorem, choćby w samej formie dobierania przez nich słów czy formułowania wypowiedzi. Mimo to nie ma między nimi tarć, jest wręcz przeciwnie. O'leary ma na swe usługi lokalną siatkę żebraków, którzy ściągają dla niego informacje z całego miasta, też nie stroni od kieliszka, ale wydaje się mieć silniejszą głowę oraz zawsze mówi to co myśli. Działa równie szybko, ale McCabe potrafi nad nim panować, dzięki czemu nie popełniają błędów, których nie dałoby się przekuć na korzyść. Zwieńczeniem całej fabuły jest zakończenie oraz, w pewnym sensie, postać samego mordercy. Jego pobudki nie są zdradzone w tym tomie, jednak na końcu czytelnik pozostaje z kilkoma naprawdę trudnymi łamigłówkami do rozwiązania i choć część odpowiedzi wydaje się oczywista to trudno jest to udowodnić. Taki zabieg pobudza ciekawość i chce się wiedzieć kim naprawdę jest zabójca. Komiks zawiera ciekawą kreskę, która jednak miejscami jest trochę chaotyczna. W całokształcie tworzy świetny klimat rasowego kryminału końca XIX wieku. Postacie są jakby skąpane we mgle, dymie i mroku ulic oraz przybytków East Endu, co tylko pogłębia szaro-biała kolorystyka. Miejscami znajdziemy też czerwień, świetnie potęgującą napięcie danej sytuacji. Z drugiej strony najlepiej wypadła okładka i gdyby cały album był utrzymany właśnie w takiej stylistyce, pozbawiony co niektórych "chaotycznie" narysowanych ołówkiem klatek to zapewne przykuwałby większą uwagę. Choć tutaj dużo zależy od samego gustu czytelnika. Jak na kolejną opowieść o Rozpruwaczu, która jest pracą dyplomową autorów, jestem naprawdę, mile zaskoczony. Mimo wielu standardowych zagrywek, mamy ciekawe zakończenie, zapadające w pamięć główne postacie, a wszystko to podane w przykuwającej oko kresce. Niby to samo, niby powtórka, a jednak czyta się to naprawdę przyjemnie. Chciałbym widzieć na rynku więcej takich "odgrzewanych kotletów", bo nowa przyprawa potrafi czynić cuda.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 8 3 lata temu
Tysiąc Sztormów Tony Sandoval
Tysiąc Sztormów
Tony Sandoval
Fascynacja twórczością Sandovala trwa u mnie w najlepsze. Z każdym kolejnym komiksem coraz bardziej. Próżno szukać podobnie opowiadanych i rozrysowanych graficznych powieści. Tysiąc Sztormów do krótki wycinek z życia Lisy - młodego dziewcza - introwertyczki, samotniczki, która miast z rówieśnikami czas spędzać, chodzi po łąkach, lasach i zbiera różne takie, co natura przyniosła. Kości, czaszki, kamyczki. I w zupełnie nieoczekiwanym momencie - jak to u Sandovala często bywa - nastaje… fantastyczność fantastyczna. Lekkość z jaką autor opowiada tą pełną oniryzmu, surrealizmu i baśniowości opowieść wbija w fotel. Nie jest to komiks dynamiczny, raczej powolny, wprowadzający bardzo delikatnie coraz to kolejne niuanse, jednocześnie prowadząc gdzieś obok - również częsty u Sandovala - wątek przemijającej młodości, pierwszych młodzieńczych fascynacji pocałunkiem, dotykiem i poznanymi dopiero co uczuciami, które towarzyszą dojrzewaniu. Chociaż 1000 Sztormów ma bardziej zwięzłą, zrozumiałą i „czystszą” fabułę, to przypomniał mi Mrok W Różu (Sandoval, wydawnictwo Timof) - wszystko za sprawą specyficznych i przepięknych rysunków wykonanych akwarelą. Ale i nie tylko, bo mamy tutaj - również, po raz trzeci - znaną u Sandovala zmienność stylistyczną. Z biegiem całej lektury można podziwiać niesamowity warsztat meksykańskiego artysty. 1000 Sztormów to nie jest komiks dla każdego - zupełnie się nie zdziwię, jeśli ktoś oszacuje go jako „nudne, zbyt mozolne, mało intrygujące” - tutaj nie ma typowej struktury fabularnej, która mogłaby wessać czytelnika na dobre. To bardziej taka „poetycko-baśniowa bajenda” z tłem dojrzewania, doświadczania świata, metafory i wrażliwości. Chociaż jak wspomniałem - jest bardziej klarownie niż Mrok w Różu, który jest już surrealem pełną parą. I to widać nie tylko w narracji ale w ilustracjach. Rysunki Sandovala są specyficzne. Wariacka wręcz anatomia - przesadnie chude kończyny, jajowate głowy, absurdalnie wielkie nosy - wszystko to rysowane kreską lekką, wręcz zwiewną - ma się wrażenie, że gdyby ten komiks wystawić na działanie wiatru - rysunki mogłby ulecieć wraz z nim do Limbo. Postaci fantastyczne wyglądają jak żywcem wyjęte z ludowych baśni albo.. dziecięcych koszmarów. Horrorowe w funkcji, baśniowe w formie - skrajność, która niesamowicie cieszy oko. W sferze wizualnej twórczość Sandovala to jest absolutny majstersztyk. Styl wyjątkowy, niepowtarzalny i przepiękny. Perła wśród komiksowych artystów. Uwielbiam i już uwielbiać będę chyba zawsze. Wartością dodaną jest wysoki współczynnik powrotu do komiksów Tony’ego. 1000 Sztormów się w tym przypadku nie różni. Zdecydowanie komiks na niejedną lekturę. więcej na IG @znakiem_tego
ZnakiemTego - awatar ZnakiemTego
ocenił na 9 3 miesiące temu
Krwawe gody Jean Van Hamme
Krwawe gody
Jean Van Hamme Hermann Huppen
Van Hamme jest wielkim pisarzem, podobnie jak Hermann rysownikiem. Pewnego razu obaj panowie wpadli na pomysł napisania dość dziwnej powieści, w której dwoje upartych mężczyzn, w wyniku głupiej sprzeczki, doprowadziło do śmierci kilkorga ludzi. Brzmi trywialnie, a mimo to Krwawe gody zawierają pewną unikalną prawdę. Pokazują jak mały spór może przerodzić się w otwartą wojnę, w której giną niewinni. Tylko dlatego, że dwoje upartych ludzi, nie umie odpuścić i każdy musi postawić na swoim, ciągle się usprawiedliwiając. Wplątują wtedy oni w ten konflikt nie tylko swych bliskich oraz podwładnych, ale również osoby, które pojawiły się na arenie w nieodpowiednim miejscu i czasie. Sam Van Hamme zwraca na to uwagę czytelnika już na pierwszej karcie komiksu, gdzie opowiada długą, wręcz blisko dziesięciu letnią, historię jego powstania. A wszystko zaczęło się od imprezy, na której pewien nieznajomy opowiedział pisarzowi wesoła anegdotę o weselu i pomidorach nadziewanych nieświeżymi krewetkami. Jean Van Hamme opisuje na początku przyczyny powstania Krwawych godów oraz, tak jak w sztuce teatralnej do której stale się odnosi, przedstawia wszystkich bohaterów tej tragedii. W sumie jest ich trzydzieścioro, włącznie z psem odgrywającym krótką, ale jakże istotną rolę w całym tym przedstawieniu. Dwadzieścia dziewięć osób oraz pies, wiejski hotel w którym odbywa się wesele oraz nieudana przystawka, od której rozpoczął się cały ten konflikt. Autorzy jednak już na początku zadają nam pytanie. Czy opisane tutaj wydarzenia nastąpiły z powodu głupiego incydentu, a może chodziło zwyczajnie o ludzką głupotę? Dramat rozgrywa się na wsi w małym pensjonacie o ciekawej nazwie Farma mańkuta. Odbywa się tam właśnie skromny obiad weselny, który sponsoruje ojciec pana młodego Jean Maillard. Człowiek majętny, wpływowy w lokalnej gminie, ale jednocześnie bardzo wybuchowy, agresywny i nieustępliwy. Jak sam przyznaje nigdy nie waha się sprowokować wojny, zawsze będąc pewnym swych racji oraz wygranej. Po drugiej stronie barykady mamy właściciela pensjonatu, Franza Bergera, Luksemburczyka z pochodzenia, który również nie grzeszy cierpliwością oraz łagodnym usposobieniem. Na początku posiłku pomiędzy dwoma mężczyznami dochodzi do kłótni o świeżość jednej z przystawek - pomidorów faszerowanych krewetkami. Każdy obstawia przy swoim, żaden nie chce ustąpić, zatem Maillard docyduje o zmianie lokalu. Akurat w tej chwili jego synowa oraz żona są w łazience, co wykorzystuje Berger i je tam zamyka. Kiedy goście opuszczają pensjonat, zatrzaskuje im bramę i mówi Maillardowi, że odda mu kobiety, kiedy ten zapłaci czek za obiad weselny. To doprowadza do serii wydarzeń, które zakończa się śmiercią kilku oraz milionowymi stratami. Komiks w rewelacyjny sposób pokazuje kolejne etapy rodzące wojnę. Od początkowej sprzeczki, podszytą uporem z obu stron, przez powolne zaognianie sytuacji, podczas których dochodzi do nieporozumień oraz popełniania błędów przez oba obozy, po tragiczny finał w formie otwartej wojny, podczas której zawsze giną niewinni. Autorzy umiejętnie pokazali to na hotelowych gościach, z których każdy ma inne podejście do całego konfliktu. Małżeństwo akademickich naukowców, nie chcące brać udziału w sprzeczce pokazuje dwie skrajności - on ma na wszystko filozoficzną teorię i się upija, ona stara się być mediatorem, którego i tak niemal wszyscy lekceważą. Kongresmen spędzający weekend z kochanką, stara się nie mieszać, aby nie zdradzić miejsca swego pobytu i nie daj Bóg pobrudzić ręce. Były angielski wojskowy staje po jednej ze stron, jednocześnie każąc swej rodzinie się nie mieszać, co oczywiście nie ma szans na zaistnienie, skoro głowa rodziny wtrąca się w cały konflikt. Każda z tych osób odgrywa mała, jednak za każdym razem niezwykle istotną rolę w całym dramacie, popychając trwający spór w stronę otwartej wymiany ognia. Jednak największą winę ponoszą za to dwaj przywódcy - Maillard oraz Berger. Żaden nie umie pójść na kompromis, żaden nie myśli o kapitulacji i stawia na szali wszystko aby tylko udowodnić światu, że to on jest lepszy, zmyślniejszy i ma rację. Angażują zatem wszystkie siły oraz środki jakie posiadają, jednak w gorączce przygotowań zapominają o drobiazgach. To powoli zaczyna doprowadzać do sytuacji gdzie tracą kontrolę nad osobami jeszcze bardziej narwanymi od nich, mającymi spore skłonności ku przemocy, szczególnie wobec słabszych. Finał tego typu nieporozumień oraz pomyłek może być tylko jeden - śmierć. Krwawe gody to naprawdę dopracowane dzieło, co zresztą widać na każdym kroku. Typowy dla Hermanna rysunek, zmyślnie napisana przez Van Hamme'a fabuła oraz umiejętnie dobrana kompozycja barw sprawiają, że album czyta się niezwykle szybko. Co więcej zapada on w pamięci, w szczególności zaś ostatnia karta, która w milczeniu podsumowuje cały ten koszmar, jaki rozegrał się na naszych oczach. Mawiają że ludzka głupota nie zna granic i chyba udało się to ładnie zilustrować. Krwawe gody to swego rodzaju manifest antywojenny, ale przede wszystkim ostrzeżenie przed naszą arogancją, uporem oraz zwykłą, najzwyklejszą głupotą.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 8 3 lata temu

Cytaty z książki Magia & Miecz

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Magia & Miecz