rozwiń zwiń

Lilianna Łungina. Słowo w słowo

Okładka książki Lilianna Łungina. Słowo w słowo
Oleg Dorman Wydawnictwo: W.A.B. Seria: Fortuna i fatum biografia, autobiografia, pamiętnik
512 str. 8 godz. 32 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Seria:
Fortuna i fatum
Tytuł oryginału:
Podstrocznik
Data wydania:
2012-06-20
Data 1. wyd. pol.:
2012-06-20
Liczba stron:
512
Czas czytania
8 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788377476567
Tłumacz:
Karolina Romanowska
Średnia ocen

                8,1 8,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Lilianna Łungina. Słowo w słowo w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Lilianna Łungina. Słowo w słowo i

W pianie złudzeń, czyli życie po rosyjsku



276 0 130

Oceny książki Lilianna Łungina. Słowo w słowo

Średnia ocen
8,1 / 10
25 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
635
408

Na półkach:

Interesująca opowieść o życiu autorki, którą Lilianna Łungina opowiada czytelnikowi osobiście. Życie niezwykle interesujące i bogate, którego etapy dzieciństwa i dojrzewania przebiegały w różnych zakątkach Europy. Młodość i resztę życia autorka spędza w Moskwie.
Ciekawie rysuje swoje szkolne i studenckie lata. Kadra nauczycielska i akademicka to byli ludzie z pasją, którą zarażali swoich uczniów i studentów. Autorka kilkakrotnie w książce podkreśla, że to szkoła i uczelnia ukształtowały ją i dały podstawy bycia nie tylko humanistą, ale przede wszystkim człowiekiem.
Życie autorki toczy się w kręgu artystów. Spotykamy tu znanych pisarzy, poetów, kompozytorów, malarzy. Nazwiska, które na stałe zapisały się w kulturze rosyjskiej.
Wspomnienia autorki to również historia i wydarzenia polityczne, w tle których toczy się jej życie.

Interesująca opowieść o życiu autorki, którą Lilianna Łungina opowiada czytelnikowi osobiście. Życie niezwykle interesujące i bogate, którego etapy dzieciństwa i dojrzewania przebiegały w różnych zakątkach Europy. Młodość i resztę życia autorka spędza w Moskwie.
Ciekawie rysuje swoje szkolne i studenckie lata. Kadra nauczycielska i akademicka to byli ludzie z pasją, którą...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

89 użytkowników ma tytuł Lilianna Łungina. Słowo w słowo na półkach głównych
  • 60
  • 29
30 użytkowników ma tytuł Lilianna Łungina. Słowo w słowo na półkach dodatkowych
  • 19
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Lilianna Łungina. Słowo w słowo

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Pendereccy - saga rodzinna Katarzyna Janowska
Pendereccy - saga rodzinna
Katarzyna Janowska Piotr Mucharski Krzysztof Penderecki
"Pendereccy – saga rodzinna" to biografia jednego z najwybitniejszych kompozytorów świata, napisana na podstawie rozmowy przede wszystkim z głównym bohaterem i w ostatniej części Jego małżonką Elżbietą Penderecką. Bardzo ładnie wydana, wiele ciekawych zdjęć i jak dla mnie dużo informacji z życia artysty, o których zupełnie nie wiedziałam. Wspomnienia zostały podzielone na etapy życia artysty i jego rodziny, drogę do kariery, pasje i to co w życiu kompozytora bardzo istotne - „jak powstawały jego dzieła”. Krzysztof Penderecki opowiada o swoich przodkach, ich roli w historii Polski, o dzieciństwie w Dębicy. Dość dużo wspomnień dotyczy dziadka, który zaszczepił w nim miłość do muzyki i do drzew. Wspomina studia, życie w trudnym okresie Polski, spotkań z wybitnymi ludźmi, którzy przyczynili się do Jego wyborów i mieli mniejszy lub większy wpływ na jego poglądy zarówno na życie jaki i na rozwój muzyczny. O buncie, który pchnął go w stronę awangardy. Z największą swadą i otwartością mistrz opowiada o muzyce, Lusławicach i miłości do drzew. W każdej biografii szukam przyczyn ( kto, jak, w jaki sposób…..) sukcesu . Talent, motywacja, okoliczności, pracowitość. W przypadku Krzysztofa Pendereckiego wszystkie aspekty miały ogromny wpływ, ale moim zdaniem pracowitość artysty jest wiodąca oraz wsparcie małżonki Elżbiety Pendereckiej. Każdemu miłośnikowi książek biograficznych polecam.
zosia_bm - awatar zosia_bm
ocenił na 7 7 lat temu
Wszystko, co najważniejsze Ola Watowa
Wszystko, co najważniejsze
Ola Watowa
To bardzo dobre uzupełnienie “Mojego wieku” Aleksandra Wata, nie sięgające jednak wyżyn tamtego arcydzieła, najlepszej książki o tym, jak się zostawało komunistą przed II wojną, i jak przechodziło się na przeciwstawne pozycje po poznaniu Sowiecji. Niesłabnącą wartością pozostaje opis dramatycznych losów na zesłaniu w Kazachstanie. Z oczywistych powodów Wat nie mógł ich opisać, siedząc wtedy na Zamarstynowie, a potem na samej Łubiance. Ale to również hymn na cześć piękna przyrody i urody świata, także tam, na gorących stepach - latem, a mroźnych - zimą Bardzo mi się to kojarzyło z dopiero co czytanymi wspomnieniami Nadieżdy Mandelasztam z tego samego czasu… To także kawał historii, takiej niekoniecznie znanej i uznawanej. Np. Andrzej, dziecko Watów, styka się z antysemityzmem już od maleńkości, na razie nieświadomie. “Bony, które przeważnie pracowały u Żydów, zbierały się w Parku Ujazdowskim, w pięknej alei bzowej, siadały na ławkach i rozprawiały na tematy żydowskie, a te dozorowane przez nie dzieci różnych adwokatów, inżynierów, lekarzy słuchały i nasiąkały tym wszystkim. I tak oto mój Andrzejek przyszedł zachwycony, że to świetnie, że wybijają szyby”. “+Czy kochasz mamusię?+. Odpowiedział: +Tak, bardzo+. +No to wiedz, że twoja mamusia jest Żydówką. No i co, kochasz Mamę?+. Na co mój Andrzejek zastanowił się, zawahał się chwilę i odpowiedział: +Tobym ją kochał jeszcze bardziej, gdyby nie była Żydówką+”. W 1931 r. Wat trafił jako - wówczas - komunista do więzienia, ale wyszedł z niego dzięki pomocy przyjaciół. “Całe to więzienie polskie ja przynajmniej wspominam teraz jako wielką sielankę. Widzenia, wałówki, umowy, że o określonej godzinie będę chodziła Daniłowiczowską pod więzieniem, a on wtedy będzie wypatrywał mnie przed zakratowane okno. Nie to co Lwów, co więzienia sowieckie. To przepaść”. Bo z Sowietami Watowie spotykają się we wrześniu 1939 r., gdy zajmują oni Lwów. “Chleb zaraz następnego dnia po wkroczeniu Rosjan zawijano w gazetę. Następnego dnia nie było już papieru”. Wat zaczyna we Lwowie pracować w sowieckiej gadzinówce „Czerwony Sztandar”, gdzie robiąc nocną korektę, zawsze miał obsesję, żeby w druku zamiast Stalin nie wyszedł Sralin. „Bo za to rozstrzeliwano” . W 1940 r. Wat wraz m. in. z Broniewskim zostaje aresztowany przez NKWD. Jego żona z synem jako rodzina “wroga ludu” zostaje wywieziona do Kazachstanu. Inni deportowani biorą ją za donosicielkę, bo ktoś ją kojarzy jako żonę komunisty (wtedy - już byłego). W związku z tym jest szykowana przez prawdziwych Polaków, także jako Żydówka. “I chociaż byłam na tym samym co oni dnie nędzy i poniewierki, nie znalazł się ani jeden człowiek, który by usiłował bodaj sprawdzić to, co usłyszał, pomówić ze mną na ten temat, przekonać się że może się mylą, że jestem tak samo jak i oni więźniem”. “Najstraszliwsza tortura ludzkiej niechęci, straszliwych podejrzeń, z dodatkiem obrzydliwego na tym dnie niedoli ludzkiej i osamotnienia antysemityzmu”. “Stłoczeni w wagonie byli wrodzy nie tylko w stosunku do mnie. Po kilku dniach wspólnej jazdy zaczęły wybuchać o byle co awantury nawet pomiędzy członkami rodzin. Nikła warstewka kultury spełzła ze wszystkich w czasie nieprawdopodobnie krótkim”. A już na miejscu nie jest lepiej…. “Zbliża się do mnie pani pułkownikowa Wenclowa i przemiłym głosem proponuje, żebym so​bie poszukała innego miejsca w baraku, bo +tutaj będziemy się modlić, a to i nam, i zapewne pani będzie przeszkadzać+. Na miejscu ciężka praca w kazachskim stepie, marne warunki, głód, brud, ale i piękna natura. I miejscowi, do których Autorka generalnie nie odczuwa niechęć, bo nie ma podstaw. “Byli niewolnikami, każdej chwili zagrożeni więzieniem albo łagrem. Od tej pory twierdzę, że jest to jeden z najnieszczęśliwszych narodów na świecie, O czym świadczą miliony ludzi ginących w łagrach i w więzieniach (...). To nie naród, to ustrój jest zbrodniczy”. “Kazachowie mówili, jak żyją w strachu i nędzy i bez żadnej nadziei na lepsze jutro. Czuło się ich nienawiść do tego ustroju, do komunizmu. Nie tylko za utracony dobrobyt, ale przede wszystkim za utraconą wolność, tak pięknie teraz przez nich wspominaną. Czuło się ich bezsiłę. Zaraz po rewolucji znaleźli się w więzieniu, bo tym więzieniem stał się cały ich świat, te stepy, w których zdawało się, czuje się jeszcze ducha wolności i swobody”. “Nigdy się nie bałam spotkanego przypadkowo w stepie Kazacha. Bałam się natomiast ludzi sowieckich. Kazachowie, jak nauczyło mnie potem doświadczenie, mieli i zachowali swoją wiarę, swoje wierzenia, swoje przykazania moralne”. “Było południe, słońce piekło z okrutną obojętnością i nie było nadziei na błogosławieństwo ochłody świeżego wieczoru ani na rosę przedświtu. Stałam przed naszą lepianką i czekałam na powiew wiatru, który niezmiennie jest tu suchy i gorący, czekałam nieświadoma czasu, który mijał, ponieważ godziny przestały tu być realne, dnie przechodziły w mękę nocy, poranki w piekło południa i nic się nie zmieniało w tej ciekłej, nie kończącej się, żadnymi zmianami nie znaczonej egzystencji”. Albo taka czuła wzmianka o młodym Kazachu, który wrócił z wojny bez nogi : “Położono go na prawdziwym łóżku. Pierwszy raz w życiu leżał na prawdziwym łóżku, a nie na szmatach na klepisku. Leżał na białych prześcieradłach. Pielęgniarka w białym czepeczku i fartuchu podawała mu posiłki, jakich do tej pory nie jadał, opatrywała jego rany. Błogostan. Firanki w oknach. Ciepło, przytulnie, syto, pięknie. Jakiż piękny jest świat, gdzie się tak śpi, je mieszka i gdzie ludzie są tacy dobrzy i grzeczni jak jego pielęgniarka, jak jego lekarz. Bajka z tysiąca jednej nocy. Cudowne przeżycie. I gdyby nie wojna, nigdy by nie dowiedział się, że istnieje taki świat”. Potem już w Ałmaty, już po cudownym spotkaniu z mężem, grozi im śmierć głodowa Wtedy pomaga im Wiktor Szkłowski, ten sam który wspierał wcześniej Mandelsztamów, “przynosząc mi cały woreczek ryżu. Był to jego przydział na miesiąc. Nie śmiałam daru tego przyjąć, ale on ze łzami w oczach twierdził, że nie mam prawa mu tego odmawiać”. Są tam też Paustowski i Zoszczenko. “Pisarze o których wspominam, nienawidzili ustroju, w którym przyszło im życiu tworzyć”. Niestety, Autorka nie może powiedzieć wiele dobrego o miejscowej Delegaturze rządu RP w Londynie. “Ludzie tam pracujący wraz z naszym delegatem myśleli przede wszystkim o sobie, o swoich wygodach, a nawet o luksusie. Nie została tam poczęstowana niczym z suto zastawionego stołu. I co za paradoks: to pisarze, intelektualiści moskiewscy dokarmiali nas, przygarnęli nas do siebie jako współcierpiących z nimi ludzi”. To krótki czas, gdy Polacy związani z Delegaturą, w tym i Wat, relatywnie nie mieli źle, w przeciwieństwie do zwykłych Kazachów: “Na ulicy stał tłum ludzi w ogonku do jakiegoś sklepiku, w którym wydawano zgniłe pomidory. Sklep dla nas mieścił się w podwórzu w ukrytym lokalu. Trudno było uwierzyć w tym czasie, kiedy tylu ludzi umierało z głodu, co przydzielano uprzywilejowanym. Delegaturę w owym czasie zaliczano właśnie do tej kategorii.(..) Dostawało się absolutnie wszystko, łącznie z kawiorem, tortami, winem, czekoladą. (...) Na dnie tej szczęśliwości było prawie że uczucie wstydu, że korzystamy, że żywimy się z tego splugawionego nędzą powszechną źródła”. Po zerwaniu w 1943 r. przez Sowietów stosunków dyplomatycznych z RP wszystko wraca do “normy”, a nawet jest jeszcze gorzej…. Dramatyczny, znany szczegółowo z “Mojego wieku”, opis tak zwanej paszportyzacji czyli zmuszania Polaków w Sowietach do przyjmowania sowieckiego obywatelstwa po zerwaniu stosunków z rządem RP. I w tym kontekście Autorka wspomina o czymś, co nie jest powszechną wiedzą: “Wszyscy Polacy ze Związku Patriotów razem z całą armią i z całym sztabem tych wielkich patriotów weszli przecież do Polski jako obywatele sowieccy. Paszportyzacja i zalegalizowanie Związku Patriotów było jednoczesne i należało do jednego planu: obrócić milion czy półtora miliona Polaków w poddanych sowieckich i jednocześnie dać im nadzieję powrotu do Polski” I to nikt inny, tylko Wat - polski Żyd, zarządził wśród Polaków bojkot przyjmowania paszportów wroga. W reakcji Sowieci aresztują wszystkich. Trafiają do więzienia, gdzie kryminalne więźniarki biją Autorkę, wściekłe, że ma czelność gardzić sowieckim paszportem. Po tym kobiety biorą paszporty obcego, wrogiego państwa - ale nie sam Wat. A to dzięki hersztowi bandytów którzy mieli go bić do skutku, wrzuconego im przez NKWD do celi “na pożarcie”. Ruski kryminalista Walentyn na to jednak nie pozwolił - zaimponowała mu postawa Wata, który powiedział przed frontem kryminalnych, że woli zginąć niż wziąć sowiecki paszport. Zdaje się, że jako jedyny Polak na coś takiego się poważył…. Ostatecznie Watowie wracają do Polski w 1946 r. i od razu deklarują niezainteresowanie budowaniem komunizmu. O dziwo, jest to uszanowane, prawdopodobnie z powodu jego przedwojennej działalności. Po 1956 r. Watowie coraz więcej czasu spędzają na Zachodzie, w związku z leczeniem jego ciężkiej choroby. W tych staraniach zahaczają m. in. o osławionego Padre Pio. “Wydał mi się prymitywny, brutalny, a także w uśmiechu jego było coś chytrego. Następnego dnia Aleksander miał stawić się w kościele do spowiedzi. Na pierwsze pytanie, kiedy się spowiadał po raz ostatni, odpowiedział, że do tej pory nigdy. I wtedy Padre Pio ujrzał jakby piekło, które się przed nim rozwarło i szatana w postaci Aleksandra. Zaczął się od niego opędzać i po prostu wypędzać z kościoła”. Taki to był z niego święty… Niezwykłą osobą była siostra Wata Seweryna Broniszówna, aktorka i wielbicielka Piłsudskiego. Jak pisze Autorka, miała ona przyjaciół wśród najbliższych mu ludzi, Wieniawa-Długoszowski, Stpiczyński, Beck, Miedziński i inni. “Przygotowania do wypadków majowych w 1926 roku odbywały się w jej mieszkaniu. +Byli moimi przyjaciółmi do objęcia władzy+. Potem odeszła od nich. +Nie lubię ludzi sprawujących władzę, a poza tym wiedziałam, że się nie nadają się do rządzenia Polską+”. W młodości była ona zaręczona z Andersem. Przebywając na Zachodzie, Watowie mieli problemy z przedłużaniem paszportów, w końcu wybrali wolność. “Zmuszono nas do tego, jak tylu innych Polaków, którzy gdyby mieli swobodę wyjazdów i powrotów do kraju, na pewno nie musieliby tej wolności wybierać, ponieważ byliby po prostu wolni. Zresztą zerwanie z komunizmem nie wiązało się z +wybraniem wolności+. Zerwanie z komunizmem nastąpiło wiele lat wcześniej”. Nie ma tego dobrego, co by na dobre nie wyszło: wszak dzięki temu z rozmów z Czesławem Miłoszem nagrywanych w Ameryce powstał “Mój wiek”, jedna z najlepszych książek nt. komunizmu. Książce Watowej tylko niewiele ustępuje znakomity film Roberta Glińskiego z niezapomnianym Krzysztofem Globiszem w roli Wata. Wstyd powiedzieć, odtwórczyni roli jego żony zupełnie już nie kojarzę, bo i aktorka chyba jej nie udźwignęła…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 1 miesiąc temu
Moje nienapisane wspomnienia Katia Mann
Moje nienapisane wspomnienia
Katia Mann
Katia Mann bardzo wzbraniała się przed napisaniem tych wspomnień. Kiedy już zaczęła, nakłoniona podstępnie przez dzieci, była zdziwiona przyjemnością, jaką jej to sprawiło. Zawsze żyła w cieniu męża Noblisty. Zaczyna od wspomnień dzieciństwa, domu rodzinnego - domu otwartego. Ojciec słynny matematyk, wielbiciel muzyki, kompozytor. Bardzo lubił udzielać się towarzysko, więc dom ciągle pełen był zacnych gości, rozbrzmiewał muzyką i retoryką. Thomas Mann pierwszy raz zobaczył ją wskakującą z książkami do tramwaju i zauroczony odszukał. Przeżyli wspólnie pięćdziesiąt lat. Najpierw w Monachium, potem na emigracyjnej tułaczce w USA . Tęsknili bardzo za Europą, mając za sąsiadów innych europejskich intelektualistów m.in. Einsteina, Schonberga, brata Thomasa - Henryka, wraz ze skandalizującą żoną Nelly . ( Parę lat temu, nasza telewizja pokazała znakomity spektakl Teatru Tv "Opowieści Hollywoodu", przedstawiający atmosferę tego trudnego etapu życia antyfaszystowskich, niemieckich intelektualistów. W rolę narratora wcielił się Janusz Gajos.) Katia dokładnie opisuje metody pracy męża. Można by pomyśleć, że słynna ,, Czarodziejska góra " powstała dzięki jej nadwątlonemu zdrowiu . Lekarze wysłali ją do sanatorium w Davos , a mąż odwiedził ,,(...) Był pod tak silnym wrażeniem tamtejszego środowiska i wszystkiego, o czym mu opowiadałam, że od razu wpadł na pomysł napisania noweli o Davos (..) Z zaplanowanej noweli powstała ,, Czarodziejska góra". Raz jeszcze dzieło miało swoją własną wolę. " Napisała wspomnienia subtelne, dyskretne. Nie śmiem się domyślać, czego nie opisała....
Fauni - awatar Fauni
ocenił na 7 6 lat temu
Utracone dzieciństwo Yehuda Nir
Utracone dzieciństwo
Yehuda Nir
W takich wojennych historiach jak ta zawarta w tej książce szukam zawsze odpowiedzi na jedno pytanie – Jak udało się bohaterowi wspomnień przeżyć nazistowskie piekło Holokaustu? I chyba nie ja jedna poszukuję odpowiedzi na to lub podobne mu pytania, skoro przetłumaczono ją na 10 języków, Gottfried Wagner napisał na jej podstawie operę, w USA doczekała się pięciu wydań, a ja czytałam trzecie już z kolei wydanie polskie. Moje oczekiwanie na odpowiedź w tym przypadku było dodatkowo spotęgowane wiekiem opowiadającego. Było nim… dziecko. Chłopiec miał 9 lat, kiedy wybuchła wojna. Mieszkał we Lwowie i był synem kochających go rodziców. Zamożnych Żydów. I ten ostatni fakt miał największe znaczenie w skomplikowaniu jego wojennych losów. Musiał uciekać i ukrywać się nie tylko przed Niemcami, ale i przed Polakami. Podczas czytania jego wspomnień zaczynających się od inwazji najpierw niemieckiej, a potem rosyjskiej na Polskę, śmierci ojca rozstrzelanego przez Rosjan, ucieczkę ze Lwowa do podkrakowskiego uzdrowiska Swoszowice, z którego z kolei uciekł do Warszawy, by przejść przez obóz dla ewakuowanej ludności po Powstaniu Warszawskim i ostatecznie znaleźć się w niemieckim gospodarstwie w Herzbergu pod Berlinem w roli przymusowego robotnika, uważnie wyszukiwałam tych jego cech, które pozwoliły mu przeżyć. A nie było łatwo. Na każdym etapie tej wędrówki, każdego dnia towarzyszyło mu wysokie ryzyko rozpoznania w nim Żyda, stałe zagrożenie zdemaskowania ze strony Niemców i denuncjacji przez Polaków, ciągły lęk przed zdradzeniem się gestem lub niewiedzą i strach przed utratą własnego życia i jego bliskich. Musiał się ukryć, wtopić w polskie tło, udawać innego człowieka i w zależności od sytuacji być Polakiem lub Niemcem. Wszystkie chwyty uważał za dozwolone, by ukryć swoją przeszłość i prawdziwą tożsamość, a w konsekwencji, by przeżyć. Zmienił więc imię i nazwisko na polsko brzmiące Julian Heybowicz, posługiwał się fałszywym dokumentem tożsamości, nosił przy sobie zdjęcie komunijne, nauczył się katolickich modlitw po polsku, przyjął świat takim, jakim obdarzyli go dorośli i zaczął grać w ich brutalną grę, w której stawką było życie. Pomogła mu w tym dziecięca zdolność przystosowywania się, przemiana niewinnego zaufania w cynizm, zdolność szybkiej oceny otaczających go warunków i pogodzenie się z faktem ich absurdalności, nieobliczalności i wysokiego stopnia niebezpieczeństwa oraz silne więzi rodzinne z towarzyszącą mu matką i starszą siostrą Lalą, z którymi tworzył, jak sam to nazywał, triumwirat, "zwarty, współzależny monolit – trójkąt w symbiozie. Nasz ratunek oparty był na jedności – wspólnocie fizycznego trwania i psychicznych cierpień". Każde z nich miało wyznaczone role przez predyspozycje i zdolności. "Siła Lali tkwiła w jej inteligencji i kuszącej urodzie oraz młodym wieku, wdzięku i dowcipie. […] Atutem matki był jej aryjski wygląd: niemal blond włosy, niebieskie oczy i jasna cera, a nadto wewnętrzne opanowanie i zdrowy rozsądek". Zaletami bohatera były jego wiek, inteligencja, zdolność szybkiego uczenia się i zdrowy rozsądek oparty o zwierzęcy instynkt i szybką reakcję. Cechy, które nie raz i nie dwa ratowały mu życie z łapanki na warszawskiej ulicy, spod obozowego prysznica, gdzie widok obrzezanego penisa był wyrokiem śmierci, przed skutkiem donosu wynikającego z jego fatalnej pomyłki na temat polskich świąt czy przed denuncjacją polskich sąsiadów. Perspektywa spojrzenia na rzeczywistość wojenną oczami żydowskiego chłopca pokazała mi również świat ukrywających się Żydów, wtopionych w polskie społeczeństwo, funkcjonujących między Polakami pod zmienioną tożsamością, żyjących i pracujących wśród nich po aryjskiej stronie Warszawy. Absurdalność rzeczywistości dopełniał fakt, że wielu z nich pracowało u Niemców tak, jak matka bohatera, profesor Zwilling, ginekolog ze Lwowa po operacji nosa i, maskującej obrzezanie, penisa, mieszkający u katolickiej gospodyni, Tadzio o wyglądzie stuprocentowego Aryjczyka żyjący z niemieckim homoseksualistą, pani Schotzler pracująca jako gospodyni domowa i jej matka udająca głuchoniemą, bo znała tylko jidysz, sześcioletni Jurek udający dziewczynkę Marię, Kazik należący do Armii Ludowej i działający w ruchu oporu, Irka o wyglądzie typowo semickim ukrywająca się od półtora roku w kościele, do którego przychodziła "na poranną mszę i pozostawała tam aż do zmroku, udając, że się modli" czy wreszcie pan Kramer pracujący jako technik dentystyczny u niemieckiego stomatologa. Przypominało mi to gorzki teatr absurdu z plejadą aktorów grających przybrane, przymusowe role, a każda dobra, jeśli dawała, choć cień nadziei na bezpieczne przeżycie kolejnego dnia. I o ile w przypadku Niemców ocena ryzyka wpadki była jednoznaczna – każdy był zagrożeniem, o tyle w przypadku Polaków poszukiwanie tego dobrego, przychylnego i gotowego pomóc Żydowi było ogromnym ryzykiem. Według bohatera wspomnień "większość Polaków nie zwalczała nazizmu, a raczej walczyła z Niemcami – ich odwiecznym, historycznym wrogiem. To zaś pozwalało znacznej ich całości zachować swój antysemityzm, nawet wtedy, gdy przelewali własną krew w walce ze wspólnym wrogiem". To był główny powód, dla którego bohater nie zdradził swojej prawdziwej tożsamości, nawet biorąc udział w Powstaniu Warszawskim, nawet w obozie wśród Polaków, nawet będąc robotnikiem przymusowym w Niemczech. Po wojnie przybrał nazwisko Nir, "aby nie nosić dłużej niemieckiego nazwiska" – Grünfeld, odcinając się od przeszłości. Rozpoczął nowe życie, w nowym kraju, z nową tożsamością, a męczącym go przeżyciom dał upust w tej książce. Żył, ale mimo wszystko przeszłość pozostawiła w jego pamięci ślad nie do wymazania, nie do zapomnienia, nie do wyparcia, która nie tylko zabrała bohaterowi normalne dzieciństwo, ale również zdolność do radości, zadziwień i wzruszeń należnych każdemu dziecku. Podstawową i niezbędną bazę do budowania szczęśliwej przyszłości. Staram się o tym pamiętać, o takich małych bohaterach, kiedy napotykam na chwile, w których wydaje mi się, że moje życie w czasach pokoju mnie przerasta. naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 8 3 lata temu
Pensjonat pamięci Tony Judt
Pensjonat pamięci
Tony Judt
Chory na stwardnienie zanikowe boczne, „nieuleczalną degeneracyjną chorobę, na którą niedługo umrze”, nieodwołalnie przykuty do łóżka i fotela inwalidzkiego, „w warunkach niecodziennych ograniczeń narzuconych przez ciało, które stało się więzieniem”, będący w stanie, który będzie się już tylko pogarszał, zdany na „różnych mechanicznych bądź ludzkich pośredników”, jeden z najwybitniejszych historyków naszych czasów Tony Judt pisze książkę, która jest pochwałą życia i kultury. Jak tego dokonuje? Aby przetrwać ciągnące się w nieskończoność bezsenne noce, unieruchomiony, niemogący samodzielnie wykonać jakiegokolwiek ruchu pisarz oddaje się swoistym umysłowym ćwiczeniom: „przeglądam swoje życie, myśli, fantazje, wspomnienia, także te niedokładnie zapamiętane, aż natrafię na wydarzenia, ludzi czy opowieści, za pomocą których mogę oderwać umysł od ciała, w którym jest unieruchomiony”. Z czasem te motywowane czysto praktycznymi względami zabiegi przekształcają się w projekt o wiele bardziej ambitny: „Po kilku miesiącach choroby zdałem sobie sprawę, że nocą układam w głowie całe historie”. Aby móc „odtworzyć następnego dnia te na wpół zapisane szlaki” sięga po mnemotechniczne metody stosowane przez myślicieli i podróżników z początków ery nowożytnej, którzy dla gromadzenia i przypominania sobie szczegółów i opisów wznosili w swoich umysłach „pałace pamięci”. Judt nie miał jednak ochoty na wznoszenie w głowie pałaców. Te prawdziwe zawsze kojarzyły mu się z „jakąś dekadencją”. „Ale jeśli nie pałac, to może chociaż pensjonat pamięci”? Ten pensjonat to przywołany z przeszłości „mały pensione, rodzinny hotelik w niemodnej miejscowości Chesières u podnóża bogatego kurortu narciarskiego Villars we francuskojęzycznej części Szwajcarii”, w którym autor z rodzicami i wujem spędzał zimowe wakacje „chyba w 1957 albo 1958 roku”. Jego dobrze zapamiętane wnętrze posłużyło mu za swoisty magazyn, archiwum czy też teren, w którym wyznaczana była marszruta dla pojawiających się w głowie narracji. Cała recenzja tutaj 👇 innelektury.pl/judt-pensjonat-pamieci
Grzegorz Tomicki - awatar Grzegorz Tomicki
ocenił na 8 5 miesięcy temu
Róża Joanna Gromek-Illg
Róża
Joanna Gromek-Illg Róża Thun
Mnóstwo biografii, autobiografii i wszelakiego rodzaju odmian publikacji życiowo-wspomnieniowych ukazuje się ostatnio na rynku wydawniczym. Zatrzęsienie! Wręcz, powiedziałabym, istny zalew i potop. No, ale każdy pisać może tak, jak każdy je potem czytać. Pytanie, czy zawsze jest o czym? To dlatego do większości podchodzę nieufnie. Szanuję swój czas, bo tak wiele książek, a tak mało życia. Stąd rzadko zaglądam komuś do życiorysu, starannie selekcjonując nazwiska. Ostatnim był, o ile dobrze pamiętam, Władysław Bartoszewski. Mój autorytet, więc tego wyboru nie muszę uzasadniać. A dlaczego Róża Thun? Z bardzo prozaicznego powodu – jej niezwykłego, długiego, cudzoziemskiego i skomplikowanego nazwiska, które kiedyś, bardzo dawno temu, zobaczyłam na szklanym ekranie podczas udzielania wywiadu. A wyglądało ono tak – Róża Gräfin von Thun und Hohenstein. Potem się jeszcze dowiedziałam, że właściwie nie hrabina a księżna. Nie do zapamiętania od razu po pierwszym zobaczeniu czy usłyszeniu. Dlatego na okładce widnieje jego skrót, którego używa na co dzień. I to właśnie ten zapamiętany wywiad i ciekawość kryjącej się za nazwiskiem historii (bo zawsze taka jest) skłoniła mnie do sięgnięcia po te wspomnienia. Niczego się po nich rewelacyjnego nie spodziewałam i niczego nie oczekiwałam, poza wyjaśnieniem zagadki. A niezwykłość treści, zapowiadaną przez krótką informację na okładce tytułowej, potraktowałam jak slogan. W końcu jakoś trzeba czytelnika zachęcić przynajmniej do zajrzenia do środka. To, co ujrzałam wewnątrz, a właściwie poznałam i przeżyłam, przeszło moje oczekiwania! Zacznę od tego, że była napisana bardzo żywym, dynamicznym językiem, odzwierciedlającym charakter autorki. Tak silny, pełen wigoru i tempa, że przebijał przez martwą ścianę kartki z drukiem niczym przez bibułę, likwidując dystans autor-czytelnik. Zawartość połknęłam na dwa razy. Jednak nie tylko dlatego. Drugim plusem, jeszcze większym niż styl narracji, to sposób snucia opowieści. Historii niby o sobie, ale tak naprawdę o dziejach Polski i rodziny inteligenckiej na tle zawieruch wojennych, a potem przemian polityczno-ustrojowych. Mówiąc o sobie, stawiała się z boku, uwypuklając i nadając rangę ważności wirowi wydarzeń, których była czasami obserwatorką, często sprawczynią i inspiratorką, nierzadko aktywną uczestniczką, a najczęściej wszystkim naraz. Miałam wrażenie, że wokół niej stale się coś wydarza. Może dlatego, że żyła w czasach niezwykłych, co wcale nie oznaczało łatwych – PRL i trudne lata przemian po 1989 roku. I to właśnie one są głównym bohaterem wspomnień z czołowymi, wybitnymi, nietuzinkowymi postaciami ówczesnej kultury, polityki i duchowieństwa z jeszcze wówczas biskupem Karolem Wojtyłą na czele. Pojawiali się w życiu autorki wychowywanej w biednym materialnie, ale przebogatym w wartości moralne i duchowe, domu rodzinnym, którego korzenie sięgały z jednej strony austriackich rodów arystokratycznych, a z drugiej polskich Pawlikowskich, Woźniakowskich i Platerów. A mimo tego, a może właśnie dlatego, na wskroś Polka z bezcenną cechą otwartości na ludzi i świat w całej swojej różnorodności. Pasjonującym było odkrywanie budowania tożsamości na bazie bezcennych wartości moralnych pielęgnowanych i dziedziczonych w rodzinie w tyglu światopoglądów i z lewicy, i z prawicy. Przy niepokornym charakterze zbuntowanej nastolatki wobec socjalistycznej szkoły, która, jak sama podkreśliła, zmarnowała jej czas, musiała wyrosnąć na dziewczynę opozycji wobec ustroju, który jej tę niesprawiedliwość zgotował. A potem, po uwolnieniu się od sowieckiego okupanta, nie było innej, słuszniejszej drogi niż aktywne, z osobistym udziałem, budowanie nowej Polski. Dla mnie wzorcowy życiorys roli rodziny w wychowywaniu dzieci i przepustka do reprezentowania mnie w świecie. Ucieszyłam się bardzo, że to właśnie ona jest moją przedstawicielką w Europarlamencie. I oby jak najdłużej! Jednak największym zaskoczeniem były bezcenne dla mnie informacje na temat ludzi, których spotykała w swoim życiu. Przedstawicieli kultury i polityki z pierwszych stron mass mediów, którzy przewijali się przez dom rodzinny autorki, a potem jej własny. Zaprzyjaźniona z nimi w czasach dzieciństwa, a potem kontynuująca znajomość już jako osoba dorosła. Nierzadko bliżej lub dalej spokrewniona z wieloma z nich. Miałam wyjątkową okazję do ujrzenia osób znanych mi z publikacji oficjalnych, z ich twórczości lub działalności, od strony nieformalnej. Odkrywałam ich na nowo. Uzupełniałam skrupulatnie dotychczasową wiedzę na ich temat, której próżno szukałabym w encyklopediach lub opracowaniach popularnonaukowych. Do tego w sytuacjach czasami bardzo nietypowych, w okolicznościach wyjątkowych, a jednocześnie bardzo ludzkich. Zdarzało się, że i w humorystycznych. Uwielbiałam grać z autorką w zgadywankę – o kim mowa?- zanim padło nazwisko. A zazwyczaj zaczynało się tak – „Wuj Józio był świadkiem Katynia…” Nic mi nie mówiło „wuj Józio”, ale zaraz potem czytałam dalej – jego książka „Na nieludzkiej ziemi…” Szybko dodawałam nazwisko albo utwierdzałam się, że to TEN Józef Czapski i wszystko stawało się jasne. Również to, że ten bohater „zawsze powtarzał, że strasznie się bał”, dopełniało człowieczego obrazu w morzu nieludzkości. Od takiej właśnie strony poznawałam Jana-Nowaka Jeziorańskiego, Jacka Kuronia, Beatę Obertyńską, księdza Adama Bonieckiego, Władysława Bartoszewskiego i wielu, wielu innych. Było jeszcze coś, co czułam, czytając te wspomnienia. Nie tylko czar dawnych lat, rodzinnej atmosfery, niepewności jutra w czasach walki z komunistami, ale i, wbrew pozorom, powiew optymizmu. Czytając, chłonęłam go mimowolnie z rosnącym przekonaniem, że nie ma rzeczy niemożliwych i sytuacji bez wyjścia. Bez względu na to, czy żyje się w zniewolonym lub wolnym państwie, czy w Nepalu (bo i taki ciekawy epizod autorka miała za sobą) z własnym dzieckiem umierającym na rękach, bo nie było lekarza. Nieodparte przeświadczenie, że początek każdych zmian na skalę własnego życia, czy na skalę światową, zawsze tkwi w człowieku. I od tego punktu należy zawsze zaczynać jakiekolwiek zmiany. To silnie emanująca pozytywną energią opowieść o tym, jak być przyzwoitym człowiekiem, w pełni realizując się w roli żony, matki oraz Polki i żyć również dla innych i Ojczyzny, nie gubiąc przy tym własnych pragnień i nie rezygnując z marzeń. To trudna sztuka, którą autorka opanowała do perfekcji, dając jednoznaczne świadectwo swoim życiem, mówiąc – wszystko można, tylko trzeba bardzo chcieć, bo masz wprawdzie jedno życie, ale nieograniczoną ilość możliwości. Wybór zawsze należy do ciebie.
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 8 5 lat temu
Wspomnienia z niepamięci Gustaw Holoubek
Wspomnienia z niepamięci
Gustaw Holoubek
To jest właśnie ta książka, którą warto przeczytać, jeśli naprawdę interesuje nas osoba Gustawa Holoubka. „Wspomnienia z niepamięci”, będące zbiorem luźnych reminiscencji i rozlicznych przemyśliwań na bliskie aktorowi tematy, czyta się szybko, z niesłabnącym zainteresowaniem i – w moim przypadku – z rosnącym zadziwieniem. Że Holoubek to wielki artysta, że na zawsze wpisał się w historię polskiego kina i teatru, że to legenda naszej kultury – to wszystko jest oczywiste. Ale wcale nie było dla mnie oczywistym to, jak bardzo zajmującym, dobrym i inteligentnym był on człowiekiem. Owszem, nie sposób było nie widzieć i nie cenić jego kindersztuby; szacunku, z jakim zwracał się do ludzi, jego dbałości o język ojczysty, wybitnej erudycji, pełnego profesjonalizmu oraz ogólnej życzliwości i widocznej pokory w stosunku do życia, ale w jego „oficjalnym” wizerunku zawsze brakowało mi nutki jakiejś takiej … bo ja wiem… normalności? naturalności? Czegoś, co czyniłoby go mniej księżycowym, a bardziej przyziemnym. Ciągle wydawał mi się bowiem nieco … oddzielny, nieprzystępny, irytująco emfatyczny. A tu szok! „Wspomnienia z niepamięci” pozwoliły mi odkryć Gustawa Holoubka. Tak… dla siebie. Na użytek własny. Książka zaczyna się od pięknego wstępu napisanego przez Jana Holoubka, syna aktora, a dalej czeka na nas siedem wypełnionych po brzegi treścią i okraszonych licznymi zdjęciami rozdziałów, opowiadających o najważniejszych dla Gustawa Holoubka osobach, o przełomowych momentach w jego życiu, o dzieciństwie, o Krakowie, o początkach w teatrze, o religii, kościele, także o wojnie i polityce (ot, choćby rozdział OKUPACJA: traktuje ogólnie o władzy, ale i bardziej szczegółowo, np. o Rosji; o tej nieuzasadnionej, nie dającej się wytłumaczyć tęsknocie Rosjan za ZSRR, nawet – w skrajnych przypadkach – za łagrami [syndrom sztokholmski się kłania]; również o naszej, polskiej, niezrozumiałej, a nawet niezauważanej przez nas państwowości, o jedynych słusznych drogach rozwoju kraju, o odpowiedzialności za kraj… wspaniały wywód). Z autentyczną radością i rosnącą z każdą przeczytaną stroną ekscytacją zaczęłam pojmować, jakim ciekawym człowiekiem był Holoubek, jak nieprzeciętne miał poczucie humoru, jak wiele w życiu przeszedł, na jak wiele tematów miał do powiedzenia nie coś, ale coś autentycznie głębokiego i przemyślanego. Jego gra nie rusza mnie może tak, jak rusza mnie gra moich ulubionych aktorów, czyli Świderskiego, Łapickiego czy Zapasiewicza, ale jego człowieczeństwo, sposób bycia i podejście do życia otworzyło we mnie wiele ukrytych do tej pory „szufladek” i skierowało moje myślenie na wiele nowych ścieżek. I za to jestem cholernie wdzięczna. I także dlatego polecam tę książkę z całego serducha.
Mignatka - awatar Mignatka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Czasy, miejsca, ludzie. Wspomnienia z Kresów Wschodnich Helena Rothowa
Czasy, miejsca, ludzie. Wspomnienia z Kresów Wschodnich
Helena Rothowa
Autorką wspomnień z Kresów Wschodnich jest Helena z Jaczynowskich Rothowa, pochodząca z zamożnej, ziemiańskiej rodziny. Ja uwielbiam takie książki, to cenne źródło informacji jak dawniej żyli Polacy , szczególnie interesują mnie tzw wyższe sfery, ponieważ to warstwa społeczna, która całkowicie przestała istnieć. Rodzina pisarki związana była z Grodnem i Wierzchowicami w dawnym województwie poleskim. Obecnie to rejony pogranicza Polski i Białorusi. Helena z dzieciństwa pamięta min sąsiadkę Elizę Orzeszkową, ale jej wspomnienia są znacznie bogatsze. Śledzimy losy rodzin Rothów i Jaczynowskich od przełomu XIX i XX wieku, poprzez Wielką Wojnę, dwudziestolecie międzywojenne, II Wojnę Światową, do wczesnych lat po wyzwoleniu. Książka,, Czasy, Miejsca, Ludzie '' to prawdziwa perełka, mamy tu szczegółowy opis życia ziemian , poznajemy codzienną rutynę państwa że dworu oraz służby, prowadzenie gospodarstwa, pracę rolne i domowe , rozrywki i święta , to wszystko jest przedstawione bardzo wyczerpująco. Małym minusem jest przerywanie wspomnień bardziej współczesnymi zapiskami autorki( z lat 1964-1967) , co prawda tekst odznacza się ponieważ napisany jest kursywą, mimo tego wytrąca czytelnika z rytmu. Mnie osobiście na początku przytłoczyła masa osób z najbliższej i dalszej rodziny Heleny Roth , o której wspomina w tej książce. Szczerze, myliły mi się te osoby i nie zawsze wiedziałam kto jest kim. Poza tym te wspomnienia są cudowne, polecam każdemu, kto lubi takie retro opowieści rodzinne, będziecie zachwyceni.
YAGAES - awatar YAGAES
ocenił na 9 10 miesięcy temu
Mały pamiętnik José Saramago
Mały pamiętnik
José Saramago
Świętej pamięci Jose Saramago opowiada o swoim życiu bez większego planu, ale przypomina najważniejsze epizody czy nauczki z własnej historii dzieciństwa, czy dorastania. Napisane prostym, ale trafnym piórem o korzeniach rodzinnych, stłuczonym kolanie czy bliźnie na ciele, którą zatrzymał na stałe. Długimi fragmentami przywodzi na myśl anegdotki, pikantne szczegóły i bolesne rozczarowania światem. Jako dyslektyk, który miał matkę analfabetkę (do końca swych dni), to niesamowite, że stał się szanowanym pisarzem, którego znają z politycznej strefy komentatorskiej. ,,Niektórzy ludzie, z całą powagą i powołując się na cytaty z klasyków, twierdzą, że krajobraz jest stanem ducha, co po prostu znaczyłoby, że wrażenia wywoływane przez krajobraz zależą od wahań nastroju i dobrego lub złego humoru w danym momencie. Nie ośmielam się tego kwestionować. Zgodnie z tą teorią należałoby sądzić, że stany ducha są właściwością wyłącznie ludzi dojrzałych, umiejących, lepiej lub gorzej, posługiwać się poważnymi pojęciami, które służą definiowaniu tychże stanów i ich drobiazgowej analizie''. Portugalski prozaik nie obawia się mówić o swoich lękach przed psami czy o fascynacji końmi. O tym, jak był zdolnym uczniem i potrafił zająć miejsce jakiegoś prymusa w szkole. Saramago jawi się jako szczery gawędziarz, czasem nie skąpi delikatnej krytyki w stronę bliskich, opowiada o traumach, o sukcesach literackich, o Lizbonie, jak bieda i kiepski dostęp do prasy był powszechny. Dla mnie, jako osoby, która żywo interesuje się kinematografią - zaskoczyła wiadomość, że nigdy nie lubił komedii Harolda Lloyda (którego z kolei cenię), za to nieoczekiwanie promuje mniej znanych artystów z Danii, jak Pata i Patachona. Któremu babcia kojarzyła się z zapachem octu, a największy triumf odniósł będąc wyróżnionym w klasie, niż na światowej scenie literackiej (co jest dość ujmujące). ,,Nieraz zadaję sobie pytanie, czy pewne wspomnienia są naprawdę moje własne, czy nie są to może opowieści dotyczące wydarzeń, których byłem nieświadomym aktorem, przekazane mi później przez uczestników owych wypadków, o ile oni sami nie powtarzali historii zasłyszanych od innych''. * Laureat nagrody Nobla czule rozwodzi się nad swoim słodkim dzieciństwem, opisując wędrówki przez gaje oliwne czy bagna, a zabawnych doświadczeń erotycznych nastolatka nie zapomnę, bo są równie barwne, jak ów pamiętnik, w którym przegląda się, jak w lustrze. * Cytaty pochodzą z książki ,,Mały pamiętnik'' Opinia pierwotnie opublikowana na Literackiespelnienie.blogspot.com
Chris3z8 - awatar Chris3z8
ocenił na 7 2 lata temu
Język na wygnaniu Imre Kertész
Język na wygnaniu
Imre Kertész
Zbiór bardzo sprawnie napisanych esejów dotyczących chyba przede wszystkim tożsamości - elementu, który w obliczu doświadczeń obozu, wojny, wykluczenia staje się szczególnie kłopotliwy. Autor stawia pytania o pamięć, a przede wszystkim o rolę języka w kształtowaniu wspomnień. Bardzo trafnie prześwietla też źródła kompleksów towarzyszących mieszkańcom Europy Środkowej. Mimo podejmowania tematów wyjątkowo trudnych, Kertesz zdolny jest pisać w sposób, który brzmi, jak pełne spokoju pogodzenie się z losem, objęcie własnych doświadczeń, zrozumienie, w jaki sposób wchłonięte one zostały przez "pamięć zbiorową", tracąc tym samym swój czysto ludzki wymiar. Każdy esej to poniekąd sucha, pozbawiona emocji diagnoza, budowana na opisach zdarzeń i osób. Ta nieobecność silnych uczuć jest jednak ogromną zaletą. Oto głos, który mówi, że jedyne, czego by chciał, to móc wejść w posiadanie należnych mu wspomnień. Równocześnie natychmiast tłumaczy (sam sobie, sam innym, sam całemu światu), że wie, dlaczego jest to niemożliwe i nie potrafi mieć tego komukolwiek za złe, bo tak działa ta maszyna, tak pisze się historia. Bardzo interesujące są w tym kontekście rozważania autora na temat związków języka z takim właśnie stanem rzeczy. Minusem jest szereg powtarzających się akapitów - wiele z tekstów to zapisy wystąpień Kertesza i często niestety pojawiają się powtórki z opowieści, czy komentarzy.
Aleksandra - awatar Aleksandra
oceniła na 6 10 lat temu
Jestem Tyrmand, syn Leopolda Matthew Tyrmand
Jestem Tyrmand, syn Leopolda
Matthew Tyrmand Kamila Sypniewska
Kupiłam tą książkę od bukinisty, przypadkowo, w przelocie, skuszona nazwiskiem. Nie spodziewałam się wiele, a dostałam całkiem interesujące spojrzenie nieznanego syna na znanego ojca. Jak żyje się w cieniu nazwiska znanej osoby? Jak to jest dowiadywać się wszystkiego o ojcu od innych, postronnych osób? Jak to jest składać obraz znanego ojca z tysiąca kawałków, jak z rozbitej szyby? Nie ma tu dużo o samym Leopoldzie Tyrmandzie, otrzymujemy za to ciekawą historię jego syna, doprawione garścią anegdot i rodzinnych fotografii. Najbardziej chyba zaskoczyła mnie lewicowość USA w czasach, gdy udał się tam Tyrmand ojciec i mur, z którym się zderzył. Przecież wtedy w Polsce żyło się mitem kapitalistycznej, prawicowej Ameryki! A tu takie zdumienie, takie nieprzystosowanie do zastanej rzeczywistości. Zaskakujące! Mamy tu żywo opowiedziane dorastanie Matthew na Brooklynie, trudne relacje z matką, babcią, siostrą – generalnie skomplikowane dorastanie w rodzinie emigrantów, pośród innych rodzin emigrantów i marzenia o życiu „po drugiej stronie mostu”, czyli na Manhattanie. Wreszcie przychodzi czas na wyrwanie się i zachłyśnięcie własną mocą, sprytem, poczuciem sprawczości i samowystarczalności. A wszystko to… o parę lat za późno. Autor ciekawie rzuca światło na pracę na Wall Street i na nadejście kryzysu ekonomicznego, bardzo żywo kreśli postacie grające tam pierwsze skrzypce. Podziwiam go za wiarę w siebie, ambicję i determinację w dążeniu do celu. Cenię za szczere, radosne chwalenie się osiągnięciami, co w Polsce może razić, ponieważ jako naród mamy zupełnie inną mentalność. Nie oczekiwałam wiele, a ciekawie spędziłam czas z tą książką. Przede wszystkim dowiedziałam się parę istotnych rzeczy, poznałam przydatne fakty. A to zawsze jest cenne.
Edyta - awatar Edyta
oceniła na 7 3 lata temu

Cytaty z książki Lilianna Łungina. Słowo w słowo

Więcej
Oleg Dorman Lilianna Łungina. Słowo w słowo Zobacz więcej
Oleg Dorman Lilianna Łungina. Słowo w słowo Zobacz więcej
Więcej