cytaty z książki "Why not yesterday"
katalog cytatów
– Niezapominajki – usłyszałam i raptownie otworzyłam oczy. – Dlaczego je tak lubisz?
– Bo są jak mały fragment mojej własnej mozaiki uczuć – wyrecytowałam, po czym odetchnęłam głęboko. Mogłabym przysiąc, że pod palcami nadal czułam bukiet tych kwiatów. – Symbolizują tęsknotę i pamięć. Są delikatne, ale trwałe. Przypominają o tym, co ważne, co mimo upływu czasu wiernie pozostaje w sercu.
– To on sprawił, że tak je polubiłaś?
– Nie – prychnęłam, spuszczając głowę. – Zawsze je uwielbiałam, chociaż ich prawdziwe znaczenie odkryłam dopiero, gdy Josh pojawił się w moim życiu.
– Myślisz, że jestem wariatką?
– Może trochę – wymamrotał nad wyraz poważnie. – Ale wszyscy bywamy trochę szaleni. A ci, którzy szaleją z miłości, często są najszczęśliwsi.
Ludzie często tchórzą, bo się boją, że nie są wystarczający. Myślą, że nie są na tyle dobrzy, by spełnić oczekiwania tych, na których im zależy.
– Uciekają, nie zdając sobie sprawy, co tracą.
– Jak widać… – zaczął. – I jak słyszałaś, niektórzy przez strach tracą wszystko.
– Może nie przesadzajmy. [...] Nie tracą wszystkiego, ale rzeczywiście, mogą przejść obok wielu wspaniałych rzeczy, które zmieniłyby ich życie.
– W mojej wersji opowieści, gdyby Josh stchórzył, straciłby wszystko.
– Ach, tak? – mruknęłam pytająco.
– Elowen Hartley była dla niego wszystkim.
Oczy Willa wyglądały jak usiane płatkami niezapominajek.
– Skończyłaś? – zapytał nagle, a jego wargi drgnęły w tkliwym uśmiechu.
Wtedy wyrwałam się z zawieszenia.
– Maszyna – dodał, skinąwszy głową w stronę aparatury pompującej lek.
W sali rozbrzmiał krótki dźwięk, a mnie zrobiło się głupio, bo pomyślałam, że chodziło mu o moje wlepianie wzroku w jego twarz.
– Josh dał mi bukiet niezapominajek. Gdzie były, kiedy bawiliśmy się na kolejce i zjeżdżalni? – Z satysfakcją uniosłam brew, bo zauważyłam nieścisłość w jego zmyślonej historii.
Will uśmiechnął się szeroko, a potem wolno, niemal teatralnie, wziął głęboki oddech. Zmarszczył czoło, spuszczając wzrok na swoją koszulę. Powoli przyłożył dłoń do kieszeni na piersi.
– Nosił jej bukiet przy sercu – odparł z powagą, a kąciki jego ust znów powędrowały w górę. Choć nie podniósł głowy, wzrok wciąż koncentrował na moich oczach.
Przez chwilę stałam w milczeniu, wpatrzona w przedmioty, dotąd istniejące tylko na papierze i w moich myślach. Klatkę piersiową wypełniło mi wzruszenie, ciepłe i kojące, ale niosło też krztę żalu. Bo to nie były zwykłe naczynia. W głębi duszy miałam przeczucie, że to ostatnia kolekcja, którą zaprojektowałam.
– Więc mu nie zależało.
– Zależało mu tak bardzo, że wolał pozostać twoim pięknym wspomnieniem, niż ostatecznie stać się kimś, o kim chciałabyś zapomnieć.
– On wtedy bardzo chciał cię przytulić, droga sąsiadko – wyszeptał mi do ucha.
– A ona rozumiała, że nie mógł tego zrobić – odparłam.
Wierzyłam w Boga, ale na pewno nie takiego, jakim go przedstawiano podczas niedzielnych mszy. Ufałam, że jest coś poza nami. Los, być może. Z pewnością jednak nie był to człowiek siedzący na chmurze, skrupulatnie ważący nasze grzechy i zasługi.
Nie powiedziałam ani słowa, ponieważ po części go rozumiałam. Bywają bowiem straty tak ogromne, że żadna, nawet najgorliwsza modlitwa nie jest w stanie ich dźwigać.
Byliśmy tylko ja i on. Jego dłonie na mojej talii, ciepło jego skóry, bliskość jego duszy.
Zawód, który poczułam, był inny niż wszystkie dotychczasowe. Głęboki, osiadający na sercu ciężarem, którego zwyczajnie nie miałam już siły dźwigać.
Nie wierzyłem, co właśnie uczyniłem. Zimny beton przyjął mnie obojętnie, jakby znał wszystkie moje grzechy. Pochyliłem głowę, czołem dotykając ziemi, a serce… serce eksplodowało wrzącym kwasem żalu.
Przeglądałem zdjęcia, bo wiedziałem, że tego chciałaś. Z każdym kolejnym czułem, jak wbija się we mnie ostrze tęsknoty. Jak rozcina skórę wspomnień i pozwala wypłynąć cierpieniu na zewnątrz.
Ratowałaś mnie każdego dnia mojej młodości i każdego wieczora dorosłości.
– Przyszedłeś.
– Obiecałem, więc przyszedłem, droga sąsiadko.
Rozpostarł ramiona, bym się w niego wtuliła.
Mówi się, że przy spotkaniu swojej prawdziwej, jedynej miłości wcale nie czujemy motylków w brzuchu. Nie ma tej nadmiernej ekscytacji, niepewności, dreszczyku, który towarzyszy początkom zauroczenia. Jest tylko spokój, głęboki, wypełniający całą duszę i ciało. Poczucie, że wreszcie dotarliśmy do miejsca, którego szukaliśmy przez całe życie… dotarliśmy do domu.
I oto stałam teraz przed drzwiami mojego domu. Przed otwartym sercem mężczyzny, na którego czekałam, odkąd zasmakowałam tego, co ludzie nazywają zakochaniem.
– Obiecywałem wycałować cię za każdy dzień naszej wspólnej samotności.
[...]
– Obiecałem posklejać twoje serce. – [...]– I tej obietnicy również zamierzam dotrzymać.
Drogi Boże… lub ktokolwiek, kto mnie teraz słucha.
Powiedz mi, proszę, czy jeśli nigdy dotąd nie prosiłam o cud, to mam do niego prawo? Czy istnieje pula cudów przypisana każdemu z nas? Jeśli tak, to błagam, niech moim małym cudem będzie czas – czas dla mojego przyjaciela Williama. Josha, być może.
Ja odejdę powoli, pogodzona z losem, ale jemu, drogi Boże, oddaj wszystkie lata, których sama nigdy nie przeżyję.
Elowen Hartley, grzeszniczka, ale ta z dobrym sercem.
– Kiedy ktoś pyta, dlaczego wczoraj postąpiłeś tak, a nie inaczej… dlaczego nie wykrzesałeś z siebie siły, by zrobić to, czego pragnąłeś…
Zbliżył się i oparł swoje czoło o moje.
– Ty odpowiadasz…?
Wzięłam głęboki oddech, a na wydechu wyszeptałam:
– Że wczoraj nie byłam jeszcze na to gotowa.
Will uśmiechnął się ledwo zauważalnie.
– Dlatego nie wczoraj?
– Bo wczoraj miało przygotować mnie na dzisiaj.
Jego słowa osiadały na mojej skórze niczym orzeźwiające krople wiosennego deszczu. Coraz bardziej pragnęłam zostać w objęciach Willa. Dłużej, niż powinnam. Dłużej, niż mogłam.
– Jeszcze tylko kilka kropli… Tyle zniesiesz, prawda?
Zmarszczyłam brwi i poderwałam brodę, by spojrzeć mu w oczy.
– Kilka kropli?
Posłał mi delikatny uśmiech i zagryzł wargę.
– Sztorm masz już za sobą, teraz ciesz się ostatnimi… – Jego spojrzenie było teraz bardziej szkliste, drżące. – Ostatnimi kroplami tańca w deszczu, dobrze?
W ustach Willa zabrzmiało to jak coś więcej niż pożegnanie zwykłej burzy.
To ironiczne, prawda? Jeszcze kilka miesięcy temu błagałam los o życie, a w zamian dostałam chorobę. Ale co, jeśli powiem, że właśnie wtedy poczułam, że naprawdę żyję?
Zamknęła oczy i uspokoiła oddech, by odnaleźć wewnętrzną moc, bo czasami, żeby ocalić świat przed mrokiem, trzeba najpierw ukryć się w jego cieniu i ponownie narodzić silniejszym, gotowym do walki z nadciągającym niebezpieczeństwem.
– Dlaczego nie wczoraj – szepnął jakby do siebie.
– Wczoraj można było jeszcze naprawić. Jednym słowem. Jednym, ale prawdziwym „przepraszam”.
– Ile takich wczoraj musiałaś znieść?
– Zbyt wiele.
– W takim razie nie randkujmy, Elowen Hartley. Wyjdźmy bez etykiet – odparł spokojnie. Jego propozycja zabrzmiała niemal jak wyciągnięta ręka. – Potraktujmy to jak zwykłe, przyjacielskie i niezobowiązujące spotkanie dwojga umierających ludzi.
Gdzie trzymasz ścierki? W składziku pod schodami... Zniknął na moment i zaraz wrócił ze szmatką. Starannie wytarł parapet, przesunął dłonią po ścianie, a na się podłogą. końcu zajął - Mogłam sama to ogarnąć - wymamrotałam, zaciskając palce na pościeli. Czułam się jeszcze mniejsza. Trochę tak, jak gdyby cały pokój urósł, a ja uległam skurczeniu do roli problemu, którym ktoś inny musiał się zająć. Nie wiedziałam, jak zachować resztkę godności. Godności... Co ja w ogóle wygaduję? Tej przecież już wcale nie miałam.
Zawsze marzyłam, by zostać matką. By doświadczyć delikatnych paluszków maleństwa zaciśniętych na moim kciuku, czuć jego ciepło, gdy przytulam go do swojej piersi, nucić mu spokojne kołysanki na dobranoc. Gdyby było mi dane mieć dziecko, kochałoby mnie bezwarunkowo. Z wzajemnością, rzecz jasna. Jednak teraz, patrząc na to z innej perspektywy, rozumiałam, że nie ma większej tragedii, niż zachorować jako matka. Odejść i zostawić maluszka bez ochrony w tym bezlitosnym świecie. Opuścić je ze świadomością, że nie dopełniło się najważniejszej roli, najwyższej powinności... nie nauczyło go, jak żyć, nie zdążyło uśpić wszystkich jego lęków. A z drugiej strony - skazać je na brak matczynego ramienia, odebrać mu poczucie bezpieczeństwa, zabrać ten pierwszy i najważniejszy dom, którym matka zawsze jest dla swojego dziecka. To podwójna tragedia. A ja... paradoksalnie czułam teraz ulgę, że chociaż przez to nigdy nie będę musiała przechodzić. Ta tragedia była moją własną. Niedzieloną, niezaraźliwą.
-Dom, w którym nikt na ciebie nie czeka, nie jest domem ,droga sąsiadko - stwierdził, patrząc mi głęboko w oczy.
- Między nami nie będzie żadnych „Przepraszam", tylko same „Dziękuję", dobrze?