cytaty z książki "Czy ktoś tu jest normalny? Dwieście lat poszukiwania normalnych ludzi (i dlaczego tacy nie istnieją)"
katalog cytatów
Choć nieustannie modyfikujemy i rozszerzamy rozumienie tego, co jest normalne, naturalne i pożądane, wielu z nas nigdy nie zastanawia się, czy w ogóle coś takiego istnieje. Zakładamy, że jest jakaś normalność, jakieś niewidoczne prawo natury – nawet jeśli nie do końca pokrywa się z tym, co wpajali nam rodzice czy dziadkowie.
Aż do 1990 roku powszechnie testowano leki jedynie na mężczyznach. Było to tańsze i łatwiejsze rozwiązanie ze względu na bardziej stabilny poziom hormonów niż u większości kobiet. Szkopuł w tym, że gdy tak przygotowane leki trafiały na rynek, nie zawsze nadawały się dla kobiet. W swojej książce Sex Matters [Płeć ma znaczenie] doktor Alyson McGregor pisze o tym, że leki wydawane na receptę czasem muszą być wycofane z rynku ze względu na niespodziewane efekty uboczne, które wystąpiły u zażywających je kobiet. Na przykład środek nasenny ambien był już dostępny w aptekach, gdy zdecydowano o obniżeniu dawki dla kobiet o połowę, bo zdano sobie sprawę, że one metabolizują go wolniej niż mężczyźni.
Przed drugą dekadą XIX wieku nikt nie używał słowa „normalny” do określania siebie ani innych osób. Naukowcy i lekarze też nie opisywali ludzi w ten sposób. Był to termin zarezerwowany do opisu kątów, równań i wzorów w matematyce. To nie ludzie byli normalni, ale linie i obliczenia.
Ogromny wpływ na nasze wyobrażenie normalnego ciała ma zatem historia dostępności towarów na rynku i wyborów podejmowanych przez konsumentów. Gdy ludzie sami szyli sobie ubrania, byli mniej zainteresowani porównywaniem rozmiarów.
Kiedy zaszufladkujemy dziecko jako hiperaktywne, autystyczne lub w jakikolwiek sposób „inne”, możemy zbyt łatwo przymknąć oko na czynniki społeczne, które wpływają na jego przeżycia – a ten wpływ nie ustaje przecież wraz z rozpoczęciem farmakoterapii. Łatwiej jednak przepisać ritalin, niż tak zreformować system szkolnictwa, żeby uwzględniał różne style uczenia się.
Jakim celom służyły więc normy? Umacniały one istniejące hierarchie – czy to ewolucyjne, czy ekonomiczne – i przynosiły korzyści niektórym grupom kosztem innych.
Za pojęciem normalności stoi narracja o tym, że całe wspólnoty ludzi definiowane w opozycji do zachodnich standardów są „inne”, bo nie są takie, jakie być „powinny”. Naukowcy, lekarze i badacze, którzy usiłowali ująć ludzkość w system miar i ustalić normy, byli w przeważającej mierze białymi zamożnymi mężczyznami z Zachodu i nie było wśród nich osób innych nich heteroseksualne (przynajmniej oficjalnie). W interesie nie leżała zmiana istniejącego stanu rzeczy - któremu zawdzięczali swą pozycję - mieli raczej tendencję do marginalizowania innych grup. Jeśli już pragnęli cokolwiek zmienić, to tylko w sposób korzystny dla siebie samych, czyli dla grupy dobrze wykształconych specjalistów. Nie chcę przez to powiedzieć, że mieli złe intencje czy że żaden z nich nie pomagał osobom mniej uprzywilejowanym. Niektórzy uważali się za specjalistów, inni popierali ruch feministyczny, obnażali przemocowe mechanizmy imperializmu czy opowiadali się za legalizacją homoseksualizmu. Mimo wszystko zakładali przy tym że to sama natura dała im miejsce na szczycie hierarchii społecznej. Od urodzenia znajdowali się na najwyższym szczeblu rozwoju ludzkości– a przynajmniej byli o tym przekonani– i wspaniałomyślnie pragnęli ustalić normy, które pomogą innym stać się lepszymi. W tamtych czasach usiłowano usprawiedliwić kolonializm, między innymi argumentem, że właśnie dzięki niemu życie mieszkańców skolonizowanych terenów polepszyło się ze względu na inspirację zachodnimi normami - a raczej, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, ze względu na to, że zachodnie normy zostały im w brutalny sposób narzucone.
Dziś wielu z nas uznaje masturbację za coś zwyczajnego i naturalnego, a jednak przez setki lat zachowania autoerotyczne uchodziły za najbardziej nienormalne akty seksualne. Stygmatyzacja trwała jeszcze długo po tym, jak obalono mit o zgubnych skutkach tej praktyki dla zdrowia.
W Polsce na przykład uśmiechanie się do obcych ludzi uznawane jest za rzecz nienormalną – miałam nieprzyjemność się o tym przekonać w czasie pobytu w Krakowie, gdy jak zwykle wyszczerzyłam się do zasępionych ekspedientek, a te zareagowały zdumieniem.
Gdy definicje normalnych uczuć są tworzone w odniesieniu do konkretnej grupy ludzi, mogą się okazać samospełniającą się przepowiednią. Powściągliwość emocjonalna albo specyficzny sposób wyrażania uczuć typowy dla jednej grupy może stać się wzorcem, według którego osądzane i oceniane będą inne zbiorowości. W ciągu ostatnich dwustu lat był to często argument za tym, żeby utrzymać status quo. Nauka o uczuciach oparta na przesłankach elitystycznych i rasistowskich mówiła, że osoby dzierżące władzę polityczną i gospodarczą w XIX i XX wieku to po prostu najlepsi z ludzi – obdarzeni najbardziej wyrafinowanymi uczuciami. To, że podporządkowywali sobie innych – czego przykładem są kolonializm, seksizm czy klasizm – przedstawiano jako działanie dobrotliwego rodzica, który wie, co będzie dobre dla samopoczucia i zdrowia dziecka. Część negatywnych stereotypów nadal pokutuje w masowej wyobraźni: od wizji gniewnego młodego czarnego do wyobrażenia kobiet manipulujących innymi za pomocą emocji.
Lęk o przyszłość narodu to właściwie punkt wspólny wszystkich trosk o wymiary normalnego dziecka. Normalne dziecko - a co za tym idzie, również normalna matka – przynajmniej od stu lat są w centrum politycznego i kulturowego zainteresowania, gdy chodzi o przyszłość narodu. Na początku XX wieku martwiono się o wychudzone i zaniedbywane niemowlęta, których matki nie wywiązywały się z obowiązku wobec państwa – a później na sercu leżał nam stan otyłych i gnuśnych millenialsów. Temat „normalnych” dzieci mówi wiele o tym, czego boimy się jako społeczeństwo. Niepokój związany z niedożywieniem czy otyłością tak naprawdę nie dotyczy tego, czy poszczególne dzieci rozwijają się normalnie – jest on raczej odzwierciedleniem obaw dotyczących rodziców, biedy, płci i przynależności klasowej. Jeśli w takim świetle spojrzymy na dziecko, okaże się, że jest ono znacznie bardziej normalne, niżby to wynikało z porównania ze standardowymi wymiarami czy innymi wartościami. Jak stwierdził w 1979 roku pediatra Jan van Eys, kiedy dana społeczność uznaje jakieś dziecko za nienormalne, zwykle świadczy to o tym, że „sama ta społeczność działa wadliwie”.
Założenie białych zachodnich naukowców o tym, że społeczeństwo, w którym żyją, jest najlepsze na świecie, sprawiło, że pojęcie normalności stało się narzędziem wprowadzania dominacji kulturowej i materialnej.
Częściowo właśnie ze względu na to, że za słowem „normalność” kryje się skomplikowana sieć znaczeń, tak długo udało mu się nami rządzić. Może ono oznaczać właściwie wszystko. Może odnosić się do tego, co codzienne, przyziemne i nudne, ale może też być ideałem albo wymogiem. W ostatecznym rozrachunku jednak historia tego pojęcia jasno pokazuje, że normy społeczne nie są odrębnymi bytami, które w cudowny sposób materializują się jako część żywego, oddychającego organizmu społecznego (…). Normy powstają na gruncie konkretnych ideologii i im właśnie mają służyć.