cytaty z książki "Klątwa prawdziwej miłości"
katalog cytatów
Patrzenie na niego budziło w niej czułość. Nadąsane usta lekko się rozchyliły, jakby utracił zdolność mówienia.
- Już Ci mówiłam. Jesteś miłością mojego życia. Jesteś mój, Jacksie z Zacisza. I nie będziesz moim końcem.
- Ale umierałaś.
- Nie- odparła lekko zażenowana. - Tylko dech mi zaparło.
Jacks pragnął jej powiedzieć, że już nawet nie pamięta twarzy Donatelli, że twarz Evangeliny jest jedyną, którą widzi, kiedy zamyka oczy, że poszedłby z nią wszędzie... gdyby mógł.
Wolę spłonąć razem z nim, niż patrzeć, jak on płonie.
- Nie pozwolę ci odejść. Mówiłeś, że jesteś moim potworem. Jeżeli jesteś mój, po co mnie tu przyniosłeś? Żeby zostawić? To nie ma sensu.
Zacisnął zęby.
- To, że jestem twój, nie znaczy, że ty jesteś moja.
- Kim dla mnie jesteś? - spytała.
Łucznik popatrzył jej prosto w oczy.
- Nikim.
Jacks spodziewał się, że Czas mu coś odbierze. Nie przypuszczał, że odbierze to jej.
Tak, jestem mordercą. Lubię krzywdzić ludzi. Lubię rozlewać krew. Lubię zadawać ból. Jestem potworem, ale czy to pamiętasz, czy nie, jestem twoim potworem, Evangelino.
Po co ma się przyjaciół, jeśli nie po to, żeby wspierali cię w złych decyzjach?
- Zaczekaj! - zawołała. - Jak się nazywasz?
,,Już to wiesz, Lisiczko".
- Kocham cię - powiedział po prostu. Potem nagle jego twarz spoważniała. - Nigdy już nie spuszczę cię z oczu.
- To brzmi jak groźba.
Wciąż patrzył na nią z powagą.
- Nie chodzi o chwilę obecną, ale o zawsze, Lisiczko.
- Podoba mi się brzmienie słowa"zawsze" - uśmiechnęła się pod jego palcami i wyciągnęła rękę do jego policzka, bo teraz on także się uśmiechał.
Evangelina po raz kolejny pomyślała, że jego serce było łamane tyle razy, że nie czuło już nadzieji, jedynie strach.
Evangelina jednak już się przekonała, że miłość to coś więcej niż uczucie. I nie musi to by być bezpieczny wybór, bo miłość ma większą moc niż strach. To najwyższa forma nadziei. Silniejsza od klątw.
Evangelina Fox zawsze wierzyła, że któregoś dnia znajdzie się w baśni.
- Proszę, Lisiczko, przypomnij sobie.
To nie była obsesja.
Jedna wizyta to nie obsesja.
Musiał się tylko upewnić, że ona żyje. Że nie jest ranna. W niebezpieczeństwie. Nieszczęśliwa. Zmarznięta. Że jest bezpieczna we własnym łóżku.
Łucznik nie był aniołem ani wybawicielem. Był szalony, może niebezpieczny, a mimo to wydawał się największą nadzieją Evangeliny na odzyskanie wspomnień.
- Nie przyszedłeś tu, żeby mnie skrzywdzić.
- Nie wiesz tego. - Szczęki mu zadrżały. - Dziś rano omal nie zrzuciłem cię z mostu.
- Ale też właśnie kogoś zabiłeś, żeby mi uratować życie.
- Może po prostu lubię zabijać.
Dłoń którą wcześniej dotknęła, zaciśnięta była w pięść u jego boku, jakby marzył tylko o tym, by się stąd wynieść.
Ona zaś marzyła tylko o tym, by został.
Naprawdę stoję po stronie przegranych spraw i okropnych pomysłów".
[...] ale chciał, by go pamiętała. By na niego spojrzała chociaż raz i zobaczyła w nim to, co widziała wcześniej.
Wiem, że to się wydaje naiwne - upierała się Evangelina.- Wiem, że moja wiara w miłość może się wydawać głupia. Wiem też, że może nie wystarczyć. Robię to nie dlatego, że wierzę w swoją wygraną. W zasadzie trochę się boję, że przegram. Nie myślę już, że miłość jest gwarancją zwycięstwa albo szczęśliwego zakończenia. Ale myślę, że jest powodem walki o nie. Moja próba uratowania Jacksa może się skończyć gwałtowną eksplozją, ale wolę spłonąć razem z nim, niż patrzeć, jak on płonie.
Był piękny. Nieziemski. Wojowniczy anioł z niebieskimi oczami, złotymi włosami i twarzą, na której widok zapragnęła pisać wiersze. Zdawał się niemal błyszczeć. Pomyślała nawet, że może mieć rację i ona rzeczywiście jest bliska śmierci, a on jest aniołem, który zabiera ją do nieba.
- Nie zabieram cię do nieba - mruknął odciągając ją od studni.
Wciąż wyglądała jak w półśnie. Oczy miała mętne, zmęczone. A on wciąż nie mógł oderwać od niej wzroku.
[...] Nie wymagało szycia, ale plama krwi wyglądała okropnie - prawdopodobnie ona sama także.
- Ty nie mogłabyś wyglądać okropnie - stwierdził Łucznik.
- [...] Jestem lepszy w niszczeniu niż ochranianiu.
Gdyby został - gdyby teraz wpadł do komnaty i użył swoich mocy, zmuszając Apolla do patrzenia, jak mówi Evangeline, że nie jest dla niego nikim, że jest dla niego wszystkim, że cofnął czas, by zachować ją przy życiu, i że zrobiłby to jeszcze raz - gdyby Jacks jej przypomniał, że to jego powinna teraz całować przestałaby być bezpieczna. Wtedy już by nie żyła.
Po co ma się przyjaciół, jeśli nie po to, żeby wspierali Cię w złych decyzjach?".
Od tamtego pierwszego dnia w jego kościele pragnął na nią patrzeć. Chciał słuchać jej głosu, dotykać jej skóry. Obserwował ją, słuchał jej modlitwy - nienawidził jej modlitwy. To była jedna z najokropniejszych modlitw, jakie słyszał. I nawet wtedy nie był w stanie odejść. Chciał uszczknąć coś z niej dla siebie. Chciał ją zatrzymać. Użyć jej później.
- Cożeś w takim kiepskim nastroju? - spytał Castor. - Znowu obserwowałeś Evangelinę?
- Nie przez nią tutaj jestem - burknął Jacks.
- Ale pewnie przez nią ta opyrskliwość.
- Ty zaś jesteś w niepokojąco dobrym humorze jak na kogoś, kto właśnie zaszlachtował całą rodzinę - odparował Jacks.
-To bardzo zły pomysł - mruknął Jacks.
- Myślałam, że lubisz złe pomysły.
-Tylko moje.