cytaty z książki "Żołnierze. 7 czerwca 1944-7 maja 1945. Od plaży Normandii do Berlina"
katalog cytatów
Zamiast dobrych butów żołnierze otrzymali wskazówki, jak mają ustrzec się odmrożeń. Kazano im masować stopy i codziennie zmieniać skarpetki. Sierżant Lick wspomina: Mieliśmy zdejmować wilgotne skarpetki, zawieszać je sobie na szyi, żeby wyschły, zrobić masaż stóp, a następnie założyć suche skarpetki, powieszone na szyi poprzedniego dnia. Potem przyszły wytyczne stwierdzające, że każdy, kto cierpi na stopę okopową, może trafić pod sąd wojenny.
(...) Najpierw traciło się paznokcie u nóg. Stopa robiła się biała, potem purpurowa, wreszcie czarna. W poważnych przypadkach w ogóle nie dawało się chodzić. Wielu żołnierzy straciło palce, niektórym trzeba było amputować stopy. Kiedy wdawała się gangrena, lekarze musieli obcinać nogę jeszcze wyżej. Mało prawdopodobne, żeby był to wynik świadomego działania. Strzał w stopę był o wiele szybszy, mniej niebezpieczny i prawie nie sposób było udowodnić, że to nie wynik walki.
(...) Stopa okopowa wyłączyła z walki więcej żołnierzy niż niemieckie armaty 88 mm, moździerze i karabiny maszynowe. Zimą 1944-45 trzeba było z tego powodu wycofać z linii frontu blisko czterdzieści pięć tysięcy żołnierzy - tyle, ile trzy pełne dywizje piechoty.
Nigdy nie widziałem, żeby na linii frontu ktoś był sam - opowiada sierżant Egger. - Żołnierze automatycznie łączyli się w pary. System dwuosobowych okopów działał bezbłędnie; zapewniał dodatkowe poczucie bezpieczeństwa... dodatkowe ciepło... Stanowiliśmy zespół, wspólnota losów i żywioł wojny łączyły nas, stwarzając specyficzną więź.
Kumpli z jednego okopu łączyło coś więcej. Byli sobie bardziej bliscy niż przyjaciele, niż bracia. Nie był to związek kochanków. Poznawali się jak łyse konie i mieli do siebie absolutne zaufanie. Ciągle opowiadali o sobie nawzajem, wiedzieli, co robili przed mobilizacją, jacy są ich rodzice, bracia i siostry, ich nauczyciele, co lubią jeść i pić, i co potrafią. Czasami się nienawidzili, częściej kochali miłością znaną tylko dawnym żołnierzom. Bez zastanowienia każdy podzieliłby się z kolegą ostatnim kęsem, ostatnim łykiem wody czy kocem - i jeden oddałby za drugiego życie.
Wojsko nie może nikogo zmusić, żeby coś zrobił, ale ponad wszelką wątpliwość potrafi sprawić, by żałował, że tego nie zrobił.
Zdecydowanie nie można powiedzieć nic dobrego na temat sytuacji jeńca wojennego. Co było gorsze, być Niemcem w rękach Rosjan czy Rosjaninem w mocy Niemców? Amerykaninem w niewoli Japończyków czy Polakiem w rękach Niemców (lub Rosjan)? Trudno powiedzieć, ale w tej skali grozy na pewno lepiej wiodło się Amerykanom w rękach Niemców.
Zabawne anegdoty pomagały przetrwać. Bohaterką jednej z nich była siostra Czerwonego Krzyża, miss Eisenstadt, która zajrzała w kartę choroby pacjenta w nadziei, że dowie się z niej, gdzie i jak został ranny. Zadziwiło ją to, co tam zobaczyła.
- Jakim sposobem, na Boga, mogły pana trafić dwie strzały? - palnęła
Leżący na szpitalnym łóżku autentyczny amerykański Indianin odpowiedział ze szczerym oburzeniem:
- To moje imię, a nie przyczyna rany!
Oto historia, którą opowiedział mi były porucznik, pracujący w wydziale kryminalnym przy dowództwie sprzymierzonych, o prowadzonym przez siebie śledztwie. Pewien pułkownik z Gwardii Narodowej, urodzony na Sycylii, przydzielony do Dowództwa Transportu, z racji pełnionej funkcji administracyjnej miał do dyspozycji samolot C-47. Każdego pogodnego dnia leciał z drugim pilotem z Londynu do Paryża i z powrotem. Z Londynu zabierał kartony papierosów, a w drugą stronę wiózł kosztowności i perfumy. Interes kwitł, ale pułkownik miał wiele płatności, bo dużo osób było zamieszanych w całą sprawę. Gdzieś w połowie grudnia służba kryminalna SHAEF już miała go aresztować, ale w jakiś sposób dowiedział się o tym i zwiał swoim C-47, z drugim pilotem i skrzynką wyładowaną precjozami. „Nad kanałem La Manche - opowiadał porucznik - zastrzelił drugiego pilota i zmasakrował jego twarz tak, że była nie do poznania. Był cholernie dobrym pilotem; wylądował w okolicy plaży Utah na linii wodnej, w momencie najniższego przypływu. Samolot z ciałem drugiego pilota znaleziono dopiero następnego dnia, kiedy zakończył się odpływ - pułkownik zostawił przy ciele zabitego swój identyfikator. Potem dowiedzieliśmy się, że dwoje francuskich wieśniaków widziało, jak amerykański pilot ukradł osiołka i wóz, załadował jakąś skrzynię, przebrał się w chłopskie ciuchy i wtedy widziano go po raz ostatni”.
W lipcu w Normandii szeregowy żołnierz Wermachtu, Walter Zittats, pilnował kilku amerykańskich jeńców. Jeden z nich mówił po niemiecku. Zittats zapytał go: "Dlaczego walczycie przeciwko nam? Na zawsze zapamiętałem jego odpowiedź: Walczymy o to, żeby wybić wam z głowy ten obłędny pomysł, że jesteście rasą panów".
Waters urządził obóz dla jeńców wojennych w Chambois, ale był on przepełniony. Pewnego dnia polski kapitan przyprowadził jednak jeszcze jakichś dwustu jeńców, chcąc ich przekazć Amerykanom.
- Tu są wasi jeńcy - powiedział
- Nie chcę ich - odparł Waters
- Ale ja ich muszę panu zostawić. Mam takie rozkazy.
- Mimo to nie zgadzam się. Niech pan ich zabiera. (Waters otrzymał rozkaz, żeby przyjąć jeńców, ale powiedziano mu, że to ma być grupa tysiąca pięciuset żołnierzy; tych było zaledwie kilkuset.)
- Mimo to muszę ich u pana zostawić
- No dobrze, ale miał pan przyprowadzić tysiąc pięciuset jeńców. Gdzie oni są?
- Nie żyją. Zastrzeliliśmy ich. Zostało tylko tylu.
- A dlaczego nie zastrzeliliście także tych? - dowiadywał się Waters. Po chwili poprawił się. - Nie możecie tego robić.
- Owszem, możemy. Oni strzelali do moich rodaków. Wziął Watersa pod ramię i odprowadził na bok. Powiedział: - Kapitanie, nie możemy ich zastrzelić. Zabrakło nam amunicji.
W Normandii, dwa dni po lądowaniu, szeregowy Ken Webster ze 101 Dywizji zobaczył, jak z oparów dymu wyłonił się kübelwagen (niemiecki dżip) i śmiało jechał przez miasteczko Vierville. Nad nim powiewała flaga Czerwonego Krzyża, na noszach z tyłu leżało dwóch rannych Niemców, a za kierownicą siedział wielki, krzepki spadochroniarz. Był to widok tak zaskakujący, że nikt nie ruszył się, żeby go zatrzymać; uczynił to dopiero jakiś amerykański oficer, kiedy samochód już niemal wyjeżdżał z miasta. Webster opisuje, co nastąpiło potem: „Samochód zarekwirowano. Kierowcę-sanitariusza zastrzelono, bo miał pistolet, a dwóch rannych zostawiono na poboczu drogi, na pewną śmierć”.
Dostawy dla Amerykanów walczących we Włoszech przechodziły przez port w Neapolu. Docierały tam w dzień i w nocy - broń, amunicja, artykuły spożywcze, paliwo, ciężarówki, sprzęt elektryczny i
wiele innych. Wszystkie te rzeczy były bardzo poszukiwane na czarnym rynku.
Ukradziono jedną trzecią wszystkich dostaw wyładowanych w Neapolu. We Włoszech po prostu zniknął kiedyś cały pociąg z zaopatrzeniem dla wojska.