cytaty z książki "Przez Bieszczady. Opowieści z końca świata"
katalog cytatów
Postój urozmaiciła wizyta konduktora, pracownika Ośrodka Transportu Leśnego w Sanoku, któremu w owych czasach podlegała kolejka. Dżentelmen. zdrowo już pijany, dokonał sztuki niewyobrażalnej: w wypełnionym ludźmi tak stłoczonymi, że nie mogli myśleć o zmianie pozycji, wagonie potrafił się przemieszczać - i pobierać opłaty! Tym, którym źle z oczu patrzyło, wręczał wydzierane z PKS-owskiego kajetu bilety, rozprowadzane w autobusach tego przedsiębiorstwa i ostemplowane pieczątką OTL; kto miał spojrzenie jasne, nie dostawał biletu, a jedynie informację: „A na ch... panu ten kwit". Należało tylko baczyć pilnie, do kogo pan konduktor kieruje swe uwagi: miał, bestia, zeza, więc adresatem wypowiedzi bywał z reguły nie ten pasażer, w stronę którego akurat kierował twarz. A niewłaściwe reakcje gniewały go srogo: inwokował wtedy konstrukcje, w których kilka słów, powszechnie kwalifikowanych jako obelżywe, mnożyło się ponad miarę i przyzwoitość. Pan konduktor wszczął więc kilka drobnych awantur, w kilku miejscach zrezygnował z pobierania należności w zamian za gościniec w postaci piwa.
Do nauki pan Mietek głowy nigdy nie miał, za to do mechaniki - jak najbardziej Nie zmagał się więc z przeznaczeniem, roztropnie poszedł drogą, którą mu los wyznaczył. Odbębnił swoje osiem klas (z malutkim poślizgiem, dwurocznym chyba: ale kto by to dziś pamiętał...) i zameldował się w kółku rolniczym. Prezes swojak, kum matczynej siostry czy jakoś tak, przyjął go do warsztatu. Aspirant był pojętny: w mgnieniu oka zrozumiał, do jakiej części stosuje się młotek, a do jakiej przecinak; komu trzeba coś zrobić „na wczoraj", a komu - kiedy Pan Bóg da wolę i części zamienne; w każdym razie, błyskawicznie opanował niuanse polityki warsztatowej. A że, choć młody, miał do wódki łeb jak cebrzyk, szybko zyskał sobie poważanie przełożonych, współpracowników i klienteli. Mógł wypić wiaderko - co w żaden sposób nie wpływało na jego sprawność psychofizyczną.
Jednej soboty chcieliśmy się napić z kolegami: po południu, po robocie: jutro niedziela, wolne. Ale mi jakoś nie podchodziła czysta, zachciało mi się smak polepszyć. Wziąłem mamie ze spiżarni sok, zaprawiłem jedną flaszkę, drugą - i ile ich tam było; siedliśmy przed domem z kolegami, polewamy. Drogą jechał nadleśniczy. Zatrzymał się, przypatrzył, nie zaszedł na jednego... Aw poniedziałek przyjeżdża na zrąb i mówi: „To ja cię miałem za porządnego człowieka, a ty mi też zaczynasz? Denaturkę ciągniesz?". No i tak się skończyło picie jak pan, z kulturą, wódki z soczkiem: bo ten sok od mamy - to był z jagód: z daleka naprawdę wyglądało, jakbyśmy dyktę" obciągali...