Przystanąłem na rogu ulicy i słuchałem: z dwóch knajp rozlegała się owa, tak punktualnie przejawiana pośród nocy, studencka wesołość. Wszędzie pospólność, wszędzie gromady, wszędzie próby pozbycia się ciężaru własnego losu i ucieczki w ciepłe pobliże stada!
Pamiętam jeszcze, że pewnego razu łzy mi stanęły w oczach, gdy opuszczając jakąś knajpę w niedzielne przedpołudnie, zobaczyłem bawiące się na ulicy dzieci, jasne, radosne, o świeżo przyczesanych włosach, odświętnie ubrane. I podczas gdy przy brudnych stołach, w podrzędnych gospodach, wśród kałuż rozlanego piwa zabawiałem, a często i przerażałem moich kolegów niebywale cynicznymi wypowiedziami, w głębi serca czułem wielki szacunek dla wszystkiego, z czego tak szydziłem, i łkając, wewnętrznie padałem na kolana przed własną duszą, przed własną przeszłością, przed matką moją, przed Bogiem.
I można sobie to było tłumaczyć, jak się chciało. A "chce się" zawsze tego, co wygodne i co człowiekowi przyznaje rację.
Po raz pierwszy zakosztowałem śmierci, a śmierć gorzki ma smak, jest bowiem narodzinami, i strachem, i lękiem przed straszliwą nowością.
Pokochał i przy tym odnalazł samego siebie. Większość ludzi jednak kocha po to, żeby siebie przy tym zatracić.
Byłem poszukującym i jestem nim dotąd, nie szukam już jednak w gwiazdach i księgach, zaczynam bowiem słyszeć nauki, którymi szemrze we mnie własna krew.
Życie każdego człowieka jest drogą ku samemu sobie, próbą znalezienia drogi, zaznaczenia ścieżki. Żaden człowiek nie był nigdy w pełni samym sobą, lecz mimo to każdy ku temu dąży, jeden w mroku, inny w światłości, jak kto umie.
Życie każdego człowieka jest drogą ku samemu sobie, próbą znalezienia drogi, zaznaczenia ścieżki. Żaden człowiek nie był nigdy w pełni samym sobą, lecz mimo to każdy ku temu dąży, jeden w mroku, inny w światłości, jak kto umie.
(...) w nas samych istnieje ktoś, kto wszystko wie, wszystkiego chce i wszystko lepiej robi niż my.
W każdym człowieku duch stał się ciałem, w każdym człowieku stworzenie cierpi, w każdym Odkupiciel jest przybity do krzyża.
When we hate a man, we hate in him something which resides in us ouselves. What is not in us does not move us.
I am a poor, weak hound, who needs a little warmth and food, who ocasionally likes to feel the proximity of his own kind. He whose only desire is to work out his own destiny has no kith or kin, but stands alone and has only the cold world space around him.
Nie będzie więc końca świata, ani trzęsienia ziemi, ani rewolucji. Będzie wojna. Zobaczysz, jaki to da efekt! Ludziom sprawi to rozkosz, już teraz każdy się cieszy na początek boju. Tak mdłe stało się dla nich życie.
Każdy ma jakieś "zadanie", nikt jednak nie może sam go dla siebie wybrać, opisać, i wypełniać według własnej woli.
Lecz potrafiłem przecież wykonać wszystko, co robili inni: przy odrobinie pracy i wysiłku mogłem czytać Platona, rozwiązywać zadania z trygonometrii lub przeprowadzić analizę chemiczną. Jednego tylko nie mogłem: wydrzeć ukrytego we mnie, w ciemnościach, celu i namalować go gdzieś przed sobą tak, jak czynili to inni, którzy dokładnie wiedzieli, że chcą zostać profesorami, sędziami, lekarzami lub artystami, wiedząc również, jak długo to potrwa i jakie przyniesie im korzyści. Tego właśnie nie umiałem.
[...] Czuję przecież doskonale, że coś w tobie tkwi osobliwego. Masz to w oczach. I jestem przekonany, że obcujesz z duchami. Ja nie z ciekawości pytam, Sinclair, nie! Sam jestem poszukującym, wiesz, i tak bardzo jestem samotny.
- No to opowiadaj! - zachęciłem go. - Nic wprawdzie nie wiem o duchach, żyję we własnych snach, i to właśnie wyczułeś. A inni ludzie także żyją snami, lecz nie własnymi, i na tym polega cała różnica.
A prawdziwe powołanie każdego polegało na jednym tylko: na odnalezieniu samego siebie. I skończyć mógł jako poeta lub wariat, jako prorok lub zbrodniarz - nie jego to była sprawa i w końcu pozbawiona znaczenia. Jego sprawą było znaleźć własny los - nie byle jaki - i przeżyć go w pełni, całkowicie bez załamania. Cała zaś reszta była połowiczna jedynie, była próbą ucieczki, była nawrotem do ideałów mas, adaptacją i lękiem przed własnym wnętrzem.
Wielu przeżywa ów zgon i ponowne narodziny, które są naszym losem, jedynie ten jeden raz w życiu, w chwili gdy próchnieć i stopniowo rozpadać się zaczyna świat dzieciństwa, gdy wszystko co ulubione chce nas opuścić, i nagle odczuwamy wokół siebie samotność oraz śmiertelny chłód wszechświata.
Na szkolnej naszej pensji początkowo ani mnie lubiano, ani szanowano, dokuczano mi najpierw trochę, potem zaś odwrócono się ode mnie, uważając mnie za hipokrytę i nieprzyjemnego dziwaka. Spodobałem się sobie w tej roli, nawet jeszcze w niej przesadzałem, z uporem zagrzebując się w samotności, która od strony zewnętrznej przedstawiała mi się zawsze jako na wskroś męska pogarda dla świata, podczas gdy sam często ulegałem gwałtownym atakom rozżalenia i rozpaczy.
Wielu bowiem widziałem, a niejeden z nich umierał u mego boku, którzy zdołali przeczuć i pojąć, że nienawiść i wściekłość, niszczenie i mordowanie nie były związane z obiektami. Nie, obiekty, podobnie jak i cele, były absolutnie przypadkowe. Uczucia pierwotne, nawet najdziksze, nie odnosiły się do nieprzyjaciela, krwawe ich dzieło było jedynie rezultatem promieniowania od wewnątrz, przejawem rozdwojonej duszy, która pragnęła oto szaleć, zabijać, niszczyć i umierać, aby móc zrodzić się na nowo. Ogromny ptak z trudem dobywał się z jaja, a jajem tym był świat, i świat musiał rozpaść się w gruzy.
Ptak wykluwa się z jaja. Jajem jest świat. Kto chce się urodzić, musi świat zniszczyć. Ptak leci do Boga. A imię Boga Abraxas".
[…]żaden, żaden obowiązek nie istniał dla ludzi przebudzonych, prócz tego jednego: szukać samego siebie, w sobie się umocnić, po omacku szukać własnej drogi naprzód, niezależnie od tego, dokąd ona wiedzie. Wstrząsnęło to mną głęboko i było dla mnie owocem owego przeżycia. Często igrałem z obrazami przyszłości, marzyłem o rolach, jakie można by mi było przyznać jako poecie lub może prorokowi, lub malarzowi; albo komuś innemu jeszcze. A wszystko to było niczym. Nie żyłem po to, aby układać wiersze czy wygłaszać kazania, czy malować, ani ja, ani żaden inny człowiek nie po to istniał. Wszystko to było jedynie uboczne. A prawdziwe powołanie każdego polegało na jednym tylko: na odnalezieniu samego siebie. I skończyć mógł jako poeta lub wariat, jako prorok lub zbrodniarz nie jego to była sprawa i w końcu pozbawiona znaczenia: jego sprawą było znaleźć własny los nie byle jaki - i przeżyć go w pełni, całkowicie, bez załamania. Cała zaś reszta była połowiczna jedynie, była próbą ucieczki, była nawrotem do ideałów mas, adaptacją i lękiem przed własnym wnętrzem. Straszliwy i święty wynurzył się przede mną ów nowy obraz, przeczuwany po stokroć, często też może już wypowiadany, lecz teraz dopiero przeżyty. Byłem pociskiem natury, rzuconym na los szczęścia, może ku temu, co nowe, może ku nicości, a wyłącznym zadaniem moim było ukształtowanie biegu tego pocisku, z czeluści bytu.
Było to pierwsze naruszenie świętości ojca, pierwsze podcięcie filarów, na których spoczywało moje dzieciństwo, a które zniweczyć musi każdy człowiek, zanim zdoła stać się sobą. Z przeżyć tych, niedostrzegalnych dla nikogo, składa się wewnętrzna, najbardziej istotna linia naszego losu. Naruszenie takie i podcięcie zarastają znowu, zagojone zostają i zapomniane, lecz w najtajniejszej głębi nadal żyją i krwawią.
Nie mogę siebie nazwać wiedzącym. Byłem poszukującym i jestem nim dotąd, nie szukam już jednak w gwiazdach i księgach, zaczynam bowiem słyszeć nauki, którymi szemrze we mnie własna krew.
Możemy zrozumieć się nawzajem; lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam.
Wielu przeżywa ów zgon i ponowne narodziny, które są naszym losem, jedynie ten jeden raz w życiu, w chwili gdy próchnieć i stopniowo rozpadać się zaczyna świat dzieciństwa, gdy wszystko, co ulubione, chce nas opuścić, i nagle odczuwamy wokół siebie samotność oraz śmiertelny chłód wszechświata.
Moja to była sprawa uporać się z samym sobą i znaleźć własną drogę, a wywiązałem się z tego zadania źle, jak większość tych, których dobrze wychowano.
Wielu przeżywa ów zgon i ponowne narodziny, które są naszym losem, jedynie ten jeden raz w życiu, w chwili gdy próchnieć i stopniowo rozpadać się zaczyna świat dzieciństwa, gdy wszystko, co ulubione, chce nas opuścić, i nagle odczuwamy wokół siebie samotność oraz śmiertelny chłód wszechświata. A bardzo wielu na zawsze już pozostaje na tej mieliźnie, przez całą resztę życia lgnąc boleśnie do wszystkiego, co bezpowrotnie minęło, do marzenia o raju utraconym - najgorszego i najbardziej morderczego ze wszystkich marzeń.
Każdy człowiek jest jednak nie tylko sobą: stanowi również jedyny, szczególny, w każdym wypadku ważny i osobliwy punkt, w którym krzyżują się ze sobą zjawiska tego świata, raz jeden tylko w ten właśnie sposób i nigdy więcej.
Chyba nie zechce pan uważać wszelkich dwunogów, którzy tam oto biegają po ulicy, za ludzi dlatego tylko, że chodzą prosto i noszą swoje młode przez dziewięć miesięcy? Widzi pan przecież, ilu z nich jest rybami, baranami, robakami lub aniołami, ilu mrówkami, a ilu pszczołami!