Bardziej lękał się wstydu niż kijów. Wszystko niech robią ze mną, byleby spodni mi nie zdejmowali, szepnął do siebie.
Przyprowadziliśmy ci dziewczynę. I to jaką dziewczynę! Każdy inny na twoim miejscu byłby szczęśliwy, gdyby ją miał. Bądź nareszcie poważny – powiedział starzec głucho. – Najwyższa pora. Nie ściągnij na nas hańby. Spójrz, jak nas jej krewni obserwują. Musimy się pokazać, chociaż dzisiaj (…) Najważniejsze, żebyś pierwszej nocy zrobił, co należy.
Chciałbym, żebyś nareszcie stał się mężczyzną. Masz trzydzieści lat, a z dziećmi ciągle przestajesz. Ale się to wszystko może zmienić. Zawsze można stać się mężczyzną prawda?
Szli wyboistą, polną drogą ku rzece. (...) Szli bosi i obdarci, brudni i zaniedbani; takimi do lat kilkunastu znały ich bezkresne, najróżniejsze drogi.
Zraniony i poszarpany krążył po niebiosach, piejąc donośnie. Był chwilami na jednym, to znów na drugim krańcu białej przestrzeni, w której bezpowrotnie tonęło wszystko, co ludzkie. Mały, czerwony, płomienny diabeł o rozpostartych skrzydłach!
Przyjaciele, stuknijmy się butelkami! Piję za naszą sławę, która jest nienaruszona bez względu na drobiazgi w rodzaju częściowej kapitulacji!
Zobaczył, że nie jest ranny i posmutniał.
Teraz wyjmij i pociągnij. Zobaczymy czy oprzytomnieje. (…) Powiedzieli mu, że dziewczyna robi co trzeba, że zadziwia ich swoją sztuką, ale Pietro jeszcze jest na pół martwy (..) i że każdy by chciał być na jego miejscu.
Czworo dzieci ze ślubną żoną, choć to w gruncie rzeczy prostackie, jeszcze można wytrzymać. Piąte z jakąś portową zdzirą! Jak dobrze pójdzie, po tych kilku latach, gdy ostatecznie wygramy wojnę, wrócę do Włoch na czele stada bękartów z całego świata. Lepiej już odebrać sobie życie albo natychmiast polec za ojczyznę.
Człowiek ani na chwilę nie przestawał gadać i kogut spoglądał na niego oczyma obłaskawionego jastrzębia.
Będzie mi cię żal, ale nie ma niczego na świecie, czego by człowiek nie odżałował i o czym by nie zapomniał.
Starał się wyizolować z tłumu, wycofać w samotność, gdzie mógł w spokoju patrzeć na niebo, słońce, rośliny i ziemię.
Zachwiał się niby wiekowy gruby pień, od lat toczony próchnicą i z grozą oczekujący pierwszego silniejszego podmuchu wiatru.
To, co w górze błękitniało, nazywane niebem, gdzie po śmierci ciał zamieszkiwały dusze, było zwyczajna pustką, nikłą próżnią, bez niczego konkretnego, o co mogłoby się zaczepić ludzkie spojrzenie.
Wszystko to jest kłamstwem, w którym i ty bierzesz udział, i ja również. Ale skoro to rozumiesz, po co strzępisz ten swój długi i jadowity język?
Zapomnij, że istnieje niedola. Wyobraź sobie, że nigdzie na ziemi nie ma bólów. Słyszysz? Nie ma cierpień i męki, ludziom lżej jest chodzić i oddychać. I ciebie już nic nie dręczy. Widzisz? Myśl o tym, że jest ci dobrze i że innym jest tak samo. Nikt nie jest nieszczęśliwy. Serca ludzkie przepełnione są miłością i nikomu łzy z oczu nie płyną. No cóż, wyobraziłaś to już sobie?
Ciepło Muharemowi koło serca a jeszcze cieplej kogutowi w jego objęciach.
- Nigdy o niczym pięknym nie pamiętasz – burknął Petar.
- A ty znowu chorujesz na zbytnią pamięć – odparował Jovan. – Pamiętasz wszystko jak małe dziecko.
- Jestem dobrym człowiekiem. Wrażliwym. Mam tylko jedną wadę: nie mogę żyć, jeśli nie zrobię czegoś złego. Tyko tyle. A naprawdę jestem bardzo dobrym człowiekiem. Wszyscy o tym wiedzą.
Z niecierpliwością oczekiwałem jej wyzdrowienia, aby znowu móc znęcać się nad nią.
Mężczyźni są tylko mężczyznami i nic nie rozumieją. Patrzą na nią ze zdziwieniem. Widzą, że płacze, i źli są na nią, że psuje im zabawę. Woleliby, żeby się śmiała. Szczęki im się zaciskają ze złości.
- Ale ja lubię się włóczyć - szepnął Kajica.
- To dlatego, że nie miałeś kobiety - powiedział starzec. - Odtąd już nie będziesz. Przywiąże cię ona do swoich cycków, nie bój się.
- Temu obok mnie, tej sierocie wojennej darujcie życie, jeśli to możliwe. Niczym nie zawinił na tym świecie. Narobił tylko w portki!
- Uspokój się, Peppe - odrzekł Antonio. - Nie zabiją cię: oszczędzają amunicję!
- Niemcy nie gwałcą! - powiedział pułkownik. - Niemcy niechętnie zadają się z kobietami nawet, kiedy są czyste, Italiano! - dodał porucznik z obandażowaną głową. - Niemcy oczyszczają ziemię z komunizmu, wszy, a teraz także i z Włochów!
Przed pułkownikiem Schlottererem wyrósł nagle żołnierz z trawą i kwiatami na hełmie. Zameldował, że wzięto do niewoli jeszcze sto dziewcząt. Niektóre mówią po albańsku, niektóre po grecku, inne zaś po niemiecku. - A w jakim języku klną? - Po włosku, panie pułkowniku - powiedział żołnierz. - Są między nimi Cyganki, Macedonki, Bułgarki! - i dodał: - Boimy się, że niektóre ukryły pod spódnicami broń i wywrotowe komunistyczne ulotki!
- Jest pan niezmiernie zmęczony, pułkowniku – powiedział porucznik zasłaniając mu piersi od ulewy, a oczy od blasku reflektora. – Będzie panu potrzebny spokój i dłuższy odpoczynek – dodał drugi. – Nasz doskonale urządzony obóz z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma barakami, setką psów, stu pięćdziesięcioma siedmioma strażnikami, ponad pięciuset wartownikami i agentami różnego rodzaju, a także krematorium w budowie, będzie dla pana najidealniejszym zakątkiem do rekonwalescencji. Coś w rodzaju Szwajcarii plus Adriatyk oraz widok na Bałkany i Czarnogórę, która dla pana, zresztą dla mnie również, jest nie do wymazania z pamięci.
– Jak mamy szczekać, panie pułkowniku? – Jak prawdziwe psy! Jak prawdziwe niemieckie psy! Prawdziwe, wytresowane i nade wszystko niemieckie obozowe psy, przyzwyczajone do spokoju, dobrego jedzenia, do drażnienia sowy!
Porucznicy szczekali.
– Nie tak! – zagrzmiał Schlotterer. – To nie jest szczekanie! Tak skomlą szczenięta! Musicie szczekać jak prawdziwe niemieckie owczarki, jak psy, które walczą z wilkami!
– Nosze! – krzyknął. – Są zakrwawione – zaczął pierwszy z poruczników. – Tym lepiej! – pułkownik przypomniał sobie rozwalony brzuch Breitbacha.
- Odnieśliśmy na nich do wspólnego braterskiego grobu tysiące więźniów obozu niemal ze wszystkich krajów świata. Czy to panu nie przeszkadza? Nie są wydezynfekowane… .
– Czy to nie grzech budzić psy? – spytał kapitan brnąc przez kałuże.
– Jakie psy?
– Wspaniałe psy, które pilnują obozu, panie pułkowniku – odpowiedział kapitan roztkliwiając się. – Nasze psy! Czyste, grzeczne, humanitarne niemieckie psy. Naszych przyjaciół pełnych przywiązania, którym należałoby postawić pomnik.
- Nie rozumiem, kapitanie.
– Czy jest sens budzić psy, panie pułkowniku? Co innego jeńcy. I tak nie śpią. Oni albo drzemią, albo marzą o wolności. Ich największe marzenie to, niech pan sobie wyobrazi, ucieczka!