cytaty z książek autora "Miłosz Szymański"
Od zawsze nienawidziłem, gdy ktoś na mnie krzyczał, a tym bardziej jak nie miał racji. Nigdy też nie mogłem zrozumieć, jak można traktować innych bez elementarnego szacunku. Począwszy od drogowych cwaniaczków wymuszających pierwszeństwo czy parkujących skosem na chodniku, przez fircyków, którzy uważają, że obsługa restauracji to osobista służba, po wszelkiej maści tępaków płci obojga mylących posiadanie pieniędzy z posiadaniem klasy. Najbardziej jednak wkurwiali mnie tacy ludzie w roli przełożonych. Typ chamowatego kierownika w urzędzie czy dyrektorki szkoły, którzy wiedzą, że w okolicy ciężko o dobrą pracę i mogą się wyżywać na podwładnych z dziećmi i kredytami, bo nikt się nie zbuntuje, a nawet jeśli, to nic nie wskóra.
Kiedy go spotkałem, nie miał przy sobie taczki ani dłuta. Stał obok wysłużonej łady z przyczepą, na której leżała łopata. - Robię podjazd przed domem. Cement jest drogi, więc przyjechałem po gruz, a tego tu dużo. Mój podjazd wytrzyma bombę atomową! - uśmiechnął się złotymi zębami.
Przekroił banana na pół. Zauważyłem wtedy, że nóż ma na ostrzu wygrawerowany napis po japońsku. Złapał mój wzrok zza lenonek. Nóż gyuto z ręcznie kutej stali, fajna rzecz. Za czterysta baksów masz nóż na całe życie. Chwycił połówkę banana i łyżeczką wydłubał z niego miąższ. Potem zrobił to samo z pozostałymi. Rozdał nam po jednej i zalał je do pełna drogą wódką. Wziąłem bananowy kieliszek do ręki i liczyłem w myślach. Czterysta dolarów, to siedem tysięcy lejów, to dwie pensje na wsi albo jedna dobra w Kiszyniowie, ewentualnie kilka emerytur. Bananowe szoty zamrożonej wódeczki wchodziły jak po masełku. Wydmuchując dym z kolejnego skręta, zobaczyłem żółto-niebieską nalepkę z kobietą w kapeluszu z owoców i napisem Chiquita. Kobieta z nalepki tańczyła, byłem tego pewien. Machała do mnie i krzyczała - ¡Dile, dile! - Powiedz mu, powiedz! Spojrzałem wtedy w lennonowe okulary, on drygnął głową do tyłu i sztachnął się skrętem.
Mołdawii świat nie zna. Z niczym mu się nie kojarzy i niczego się po niej nie spodziewa. Mołdawia tymczasem powoli znika. Każdego dnia Mołdawianie gaszą światła w swoich domach i wyjeżdżają za granicę, szukając lepszego życia.
Adam pozostał jednak nieugięty i nigdy nie włożył wysiłku w naukę gotowania. Jego specjalność - trujciesiana - przypominała bardziej tort niż pizzę. Był to jednak tort dość osobliwy. Przywodził na myśl coś, co mogłoby powstać w trakcie kręcenia serialu Jackass, gdzieś pomiędzy skakaniem do pustego basenu a wyścigami w wózkach sklepowych. Pizza ta była prostokątna, bo pieczona w wielkiej blasze. To akurat nie stanowiło wielkiego problemu. Nikt się nie spodziewał, że Trujek ugniecie dwadzieścia okrągłych placków, które następnie rozciągnie i zakręci na palcu. W statkowym piekarniku nie było miejsca na to, żeby upiec tyle porcji na raz. Ciasto musiało być więc prostokątne i grube. Do tego miejsca trudno było Trujkowi robić wyrzuty. To niestety nie koniec. W kwestii sosu Trujek nie eksperymentował i postawił na keczup, który rozsmarował cienką warstwą na cieście. Efekt przypominał ten uzyskiwany przez studenta pierwszego roku, który mieszka z dala od rodzinnego domu i odkrywa nagle, że jedzenie nie pojawia się samo na stole. Sos nie został posypany startym serem, tak by po upieczeniu ciągnął się ponętnie, co mi osobiście w zupełności wystarczało do nazwania pizzy doskonałą. Ser został do trujcesiany użyty oszczędnie i tylko jako dekoracja z wierzchu. Trujcesiana została pozbawiona najwspanialszej cechy pizzy. Miała za to coś, czego nie miała żadna inna pizza. Większość jej wysokości stanowił składnik, który był tajemnicą szefa kuchni, aczkolwiek słabo skrywaną. Trujcesiana składała się w połowie z mortadeli pokrojonej w paski. Grube ciasto, keczup, mortadela i szczypta sera na wierzchu. Nie wymyśliłbym takiej pizzy, nawet gdybym miał schemat tortur w więzieniu w bazie Guantanamo albo Starych Kiejkutach.
Mieszkał w kabinie obok mojej. Słyszałem, jak chrapie i czułem dym z jego papierosów. Słyszałem też, jak przez sen ciężko sapie, a potem budzi się i mamrocze coś w malignie. Flaszkę, którą przyniosłem mu z mojego hamburskiego rajdu, wypił w pół godziny, to jest w czasie, jakiego potrzebowałem, żeby pójść do Starego, podpisać protokół i zejść do mesy zrobić sobie kanapki i herbatę. Przyszedł do mojej kabiny, jak tylko usłyszał, że wychodzę. To był litr czystej wódki. Pół godziny później widziałem, jak pusta flaszka wylatuje z jego bulaja i wpada do wody.
W grudniu 2013 roku pierwszy raz wszedłem do MallDova, najsławniejszego centrum handlowego w Mołdawii. Tam na ostatnim piętrze znajdował się sklep z elektroniką. W samym wejściu stał telewizor o przekątnej osiemdziesięciu cali. Rzecz wtedy, w 2013 roku, niesamowita. Był akurat w promocji. Przeceniono go z czterystu na dwieście osiemdziesiąt emerytur. No ale to było kiedyś. Sześć lat później widziałem taki sam w okazyjnej cenie siedemdziesięciu czterech emerytur. Można go postawić w salonie i patrzeć, jak żyją emeryci gdzieś indziej.