Kiedy jest zimno, chyba myślę o tym, że jest mi zimno. I o tym, że jest mi gorąco w gorące dni. Kiedy jestem smutny, myślę trochę o smutku. Kiedy jestem wesół, myślę trochę o radości. Jak już wspomniałem wcześniej, wracają też do mnie przypadkowe wspomnienia. A bardzo rzadko - tak rzadko, że szkoda o tym mówić - wpadam na pomysł, który wykorzystuję w powieści. Mówiąc szczerze, kiedy biegnę, nie myślę o niczym wartym zapamiętania.
Po to,żeby osiągnąć pustkę. Ale jak można się spodziewać, w takiej pustce myśli kryją się naturalnie. To oczywiste. W ludzkim umyśle nie może istnieć całkowita pustka. Emocje ludzkie nie są wystarczająco silne ani zintegrowane,żeby dać sobie radę z prawdziwą nicością. Chodzi mi o to,że myśli i idee, które wpływają na moje emocje, gdy biegnę, są podporządkowane pustce. Ponieważ brakuje im treści, są przypadkowymi myślami gromadzącymi się wokół pustki znajdującej się w środku. Myśli, które przychodzą mi do głowy, kiedy biegnę, są jak chmury na niebie. Chmury o najrozmaitszych kształtach. Przychodzą i odchodzą, a niebo pozostaje zawsze takie samo. Chmury są tylko gośćmi na niebie, przepływają przez nie i znikają na zawsze, zostawiając za sobą niebo. Niebo jednocześnie istnieje i nie istnieje. Jest namacalne i nie jest. A my akceptujemy ten wielki ogrom i chłoniemy
go.
Wszakże wraz z wiekiem zdałem sobie stopniowo sprawę, że tego rodzaju ból i rany są nieodzownym elementem życia. Jeśli się nad tym zastanowić, ludzie są w stanie stworzyć własne odrębne ja tylko dlatego, że różnią się między sobą.
Ale oto żyję teraz w tym niewyobrażalnym świecie. Czuję się w nim naprawdę dziwnie i nie potrafię powiedzieć, czy mam szczęście, czy nie. Może to bez znaczenia.
Czasem jednak poczucie osamotnienia - jak kwas wylewający się z butelki - może mimowolnie wyżreć ludzkie serce i w końcu je rozpuścić. Jest zatem mieczem obosiecznym. Chroni
mnie, a jednocześnie wyżera stale od wewnątrz.
Emocjonalne rany są ceną, którą się płaci za bycie niezależnym.
Kiedy jestem niesprawiedliwie (przynajmniej ze swojego punktu widzenia) krytykowany albo kiedy ktoś, kto na sto procent powinien mnie zrozumieć, nie robi tego, idę pobiegać trochę dłużej niż zwykle. Mam wrażenie, że biegnąc dłużej, zdołam fizycznie pozbyć się części swojego niezadowolenia. Biegnąc dłużej, znów zdaję sobie sprawę, jak jestem wątły i jak ograniczone są moje możliwości. Uświadamiam sobie fizycznie te dwa słabe punkty. A jednym z rezultatów biegania trochę dalej niż zwykle jest to,że staję się o ten nadliczbowy kawałek silniejszy. Jeśli czuję gniew, kieruję gniew ku sobie. Jeśli przeżyłem rozczarowanie, wykorzystuję je do udoskonalenia siebie. Zawsze żyłem w taki sposób. Przyswajam po cichu wszystko, co mogę, i oddaję to później światu - w tak przekształconej, jak to tylko możliwe postaci - jako część fabuły powieści.
Od tamtej pory będziemy się spotykać tylko z tymi, z którymi chcemy się spotkać, i będziemy unikać - na ile to możliwe - spotkań z tymi, których spotkać nie chcieliśmy. Uznaliśmy, że przynajmniej przez jakiś czas możemy sobie pozwolić na ten mały luksus.
Kiedy biegłem, zaświtała mi w głowie taka myśl: nawet jeśli nic poprawię wyników w maratonach, nic na to nie można poradzić. Zestarzałem się, czas zrobił swoje. To niczyja wina. Takie są reguły gry. Starzenie się i spowalnianie są taką samą częścią naturalnej scenerii jak rzeka płynąca do morza, i muszę się z tym pogodzić. Nie będzie to łatwy proces, a to, co odkryję na jego końcu, może wcale nie okazać się przyjemne. Ale czy mani jakiś inny wybór?
Uderzające jest to, że z wiekiem pojawiają się w naszym życiu priorytety,że trzeba kombinować, w jakim porządku dzielić czas i energię. Jeśli w określonym wieku nie ustali się odpowiedniego systemu, traci się orientację i życiową równowagę.
Szkoły się nie zmienią. Najważniejsze, czego uczymy się w szkole, jest to,że najważniejszego nie można nauczyć się w szkole.
Jak już wspomniałem, jeśli nic nie robię, zaczynam przybierać na wadze. Odwrotnie niż moja żona, która może jeść tyle, ile chce (nic jada wiele słodyczy, ale nie potrafi ich sobie odmówić), nie trenować i nie przybierać na wadze. Nie ma przy tym ani grama zbędnego tłuszczu. „Życie jest niesprawiedliwe" - tak sobie to tłumaczyłem. Niektórzy starają się jak mogą i nigdy nie osiągają upragnionego celu, a inni docierają do niego bez najmniejszego wysiłku. Lecz kiedy się teraz nad tym zastanawiam, moje przybierające na wadze ciało było prawdopodobnie prawdziwym błogosławieństwem. Innymi słowy, jeśli nie chciałem przybierać na wadze, musiałem uprawiać wyczerpujące ćwiczenia każdego dnia, uważać na to, co jem, i ograniczyć przyjemności. Takie życie nie należy do łatwych, lecz jeśli nie szczędzi się wysiłków, metabolizm ulega pozytywnym zmianom i w rezultacie jest się o wiele zdrowszym, a przy okazji silniejszym. Można też do pewnego stopnia opóźnić efekty starzenia się. Ci, którzy w sposób naturalny zachowują wagę, nie muszą trenować i uważać na dietę, by pozostać w formie. Niewielu z nich decyduje się na zmianę stylu życia i podejmowanie kłopotliwych decyzji, jeśli nie muszą ich podejmować. I właśnie z tej przyczyny w wielu przypadkach tracą siły wraz z wiekiem. Jeśli się nie trenuje, mięśnie słabną w sposób naturalny, podobnie jak kości.
Mówiąc inaczej i dosadniej: życie jest z gruntu niesprawiedliwe. Lecz nawet w tak niesprzyjających okolicznościach można, moim zdaniem, odnaleźć w nim odrobinę przyzwoitości. Wymaga to rzecz jasna czasu i wysiłku. Na końcu może się też okazać, że właściwie nie było warto. Od każdego z nas zależy, czy było warto, czy nic.
Próbuję uporać się z tym wszystkim najlepiej jak umiem, choć mam do dyspozycji niewiele czasu. No i chcę biegać, żeby przygotować się do nowojorskiego maratonu. Nawet gdybym się dwoił i troił, i tak nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, co zrobić należy. Ale bez względu na to nie rezygnuję z biegania. Ono każdego dnia kreśli linię mojego życia, więc nie mam zamiaru tego odkładać albo rzucać tylko i tej przyczyny,że jestem zajęty. Gdyby to miało stać się wymówką do nie biegania, już nigdy nie zdołałbym do tego wrócić. Mam bardzo niewiele powodów,żeby biegać, więc muszę starannie je pielęgnować, i mnóstwo takich, żeby nie biegać.
Lepiej, kiedy nas chwalą, niż ganią - to pewne. Ale moim zdaniem silna wola to za mało, żeby czegoś dokonać. Świat nie jest taki prosty.
Istoty ludzkie w sposób naturalny powtarzają rzeczy, które lubią robić, i nie robią tego, czego nie lubią. To prawda,że coś w rodzaju woli odgrywa w tym jakąś niewielką rolę. Ale bez względu na to, jak. silną ma się wolę i jak nie lubi się przegrywać, jeśli robimy coś, czego nie lubimy, nie wytrwamy w tym długo. A nawet jeśli wytrwamy, nie będzie to dla nas dobre.
Na szczęście te dwie cechy - skupienie i wytrwałość - różnią się od talentu, ponieważ można je zdobyć i doprowadzić do perfekcji przez trening. Naturalną koleją rzeczy uczymy się koncentracji i wytrwałości, siadając każdego dnia za biurkiem i szkoląc się w zwracaniu uwagi tylko na jedną czynność. Przypomina to w dużej mierze trenowanie mięśni, o którym pisałem niedawno. Należy nieustannie transmitować przedmiot naszej koncentracji do całego naszego systemu, który powinien - a to zależy od nas - asymilować wszystkie niezbędne informacje, jakie będą potrzebne do pisania każdego kolejnego dnia oraz do koncentrowania się na czekającej nas pracy. Stopniowo zwiększają się granice tego, co jesteśmy w stanie zrobić. Niemal niezauważenie sami unosimy poprzeczkę. Jest to ten sam proces, który podczas codziennego biegania wzmacnia mięśnie i rzeźbi posturę biegacza. Dodaj bodziec i wytrwaj. Powtarzaj to. Cierpliwość jest warunkiem sine qua non całego przedsięwzięcia, ale daję głowę, że pojawią się rezultaty.
Nikt nigdy nie zalecał mi, ba, nikt nigdy nie pragnął, żebym został pisarzem - w istocie niejeden usiłował mnie od tego odwieść. Wpadłem na pomysł, że zostanę pisarzem, i wprowadziłem go w życie. Podobnie jest z bieganiem - nikt nie staje się biegaczem, ponieważ ktoś mu to poradził. Ludzie najczęściej stają się biegaczami, ponieważ tak ma być.
Zbliżam się do wieku, w którym naprawdę dostaje się tylko tyle, za ile się zapłaci.
Jak wspomniałem, nic lubię rywalizacji. Doszedłem do wniosku,że niekiedy porażki są do pewnego stopnia nieuniknione. Nikt nie jest w stanie wygrywać przez cały czas. Po autostradzie życia nie da się jechać bez przerwy pasem szybkiego ruchu. Wszakże z całą pewnością nie chcę powtarzać w nieskończoność tych samych błędów. Muszę uczyć się na błędach i przy najbliższej okazji wprowadzać tę naukę wżycie. Kiedy jeszcze mogę.
- Chyba nie myśli pan o przebiegnięciu całej tej trasy, prawda?
- Oczywiście,że myślę. Po to tutaj przyjechałem.
- Naprawdę? Ale kiedy robimy tego rodzaju projekty, większość ludzi tylko markuje. Pstrykamy zdjęcia i nikt nie myśli o pokonywaniu długich dystansów. A pan chce przebiec cały...? - Czasem świat mnie zdumiewa. Nie mogę uwierzyć,że ludzie naprawdę robią coś takiego.
Jeśli ktoś ma siłę podnieść do ust kubek z kawą - myślę sobie - może napisać powieść. Ale wystarczy spróbować, żeby się przekonać, iż nie jest to tak spokojna praca, jak się wydaje. Cały proces - siedzenie przy biurku, wysilanie skoncentrowanego umysłu niczym lasera, wyobrażanie sobie czegoś z niczego, tworzenie opowieści, wybieranie jednego po drugim najwłaściwszych słów i pilnowanie, by fabuła nie wyrwała się spod kontroli - wymaga wydatkowania znacznie większej ilości energii przez długi czas, niż się ludziom wydaje. Można siedzieć bez ruchu, ale w środku odbywa się ciężka dynamiczna praca. Każdy używa umysłu, kiedy myśli. Ale pisarz wkłada na siebie kombinezon, który nazywa się narracją, i myśli całym swoim jestestwem. Proces ten wymaga od niego wprzęgnięcia do pracy wszystkich sił - często ponad miarę.
Biegnąc, staram się myśleć o rzece. I chmurach. Ale w zasadzie nie myślę o niczym. Jedyne, co robię, to biegnę przez własną przytulną, skrojoną na moją miarę pustkę, własną nostalgiczną ciszę. I to jest czymś cudownym. Bez względu na to, co mówią inni.
Gdy ma się młodość i talent, to tak jakby miało się skrzydła. Jednak w większości przypadków wraz z upływem lat ten swobodny wigor traci naturalną żywotność i błyskotliwość. Po przekroczeniu pewnego wieku wszystko, co robiliśmy z łatwością, przestaje być łatwe, a ta łatwość zanika jak szybkość starzejącego się baseballowego miotacza.
Z drugiej strony pisarze, którzy nie zostali obdarzeni zbyt wielkim talentem, czy raczej tacy, którzy z trudem osiągają przyzwoity poziom, od młodych lat muszą pilnie pracować i własnymi siłami doskonalić swoje umiejętności. Muszą wytrenować w sobie zdolność do większej koncentracji i zwiększonej wytrwałości. W pewnym sensie są zmuszeni zastąpić brak talentu tymi cechami. A gdy jakoś w ten sposób przetrwają, czasem zupełnie przypadkowo odkryją w sobie prawdziwy talent, który był w nich głęboko ukryty. Pocą się, kopią zapadłem dziurę u swych stóp i trafiają na głęboko ukrytą żyłę wody. Mają szczęście, ale nie jest ono do końca dziełem przypadku, bo sami zdobyli siłę, która pozwala im kopać. Wyobrażam sobie,że wszyscy pisarze rozkwitający na starość przechodzą podobny proces.
Bieganie ma mnóstwo zalet. Po pierwsze, można uprawiać je samemu i nie potrzeba do tego specjalnego sprzętu. Nie trzeba też nigdzie jeździć, żeby biegać. Wystarczy obuwie do biegania, dobra droga, i można biegać ile dusza zapragnie. Z tenisem jest inaczej. Trzeba pojechać na kort i poszukać kogoś, z kim można pograć. Można samemu uprawiać pływanie, ale i tak trzeba znaleźć basen.
Oglądając siebie w taki sposób, sporządziłem listę wszystkich swoich niedoskonałości, a przynajmniej tego, co za nie uznawałem. Na przykład (a to tylko przykład), miałem za gęste brwi i dziwny kształt paznokci u rąk - były to tego rodzaju rzeczy. Gdy, o ile dobrze pamiętam, doszedłem do dwudziestej siódmej niedoskonałości, zrobiło mi się niedobrze i zrezygnowałem. Oto, co wówczas pomyślałem: Jeśli tyle widocznych części mojego ciała odbiega od tego, co jest normą, kiedy zacznę roztrząsać inne swoje atrybuty - charakter, inteligencję, wytrzymałość i tym podobne - lista będzie nieskończenie długa. Bycie szesnastolatkiem to bardzo kłopotliwy stan. Człowiek zamartwia się drobiazgami i nie potrafi określić obiektywnie, gdzie się akurat znajduje; staje się biegły w dziwnych, bezsensownych rzemiosłach i popada w niewolę niewytłumaczalnych kompleksów. Dorastając, uczy się metodą prób i błędów dostać to, czego chce, i odrzucać to co niepotrzebne. Gdy zaczyna się rozpoznawać własne wady i godzić z faktem niemal nieskończonej liczby niedoskonałości, najlepiej zająć się swoimi mocnymi stronami i nauczyć żyć z tym, co się ma.
Ludzie niekiedy szydzą z tych trenujących codziennie, twierdząc,że niektórzy są gotowi zrobić wszystko, byle tylko przedłużyć sobie życie. Moim zdaniem część z nas biega wcale nie dlatego,że chce żyć dłużej, ale dlatego, żeby przeżyć życie najpełniej. Jeśli mamy przed sobą długie lata, znacznie lepiej jest przeżyć je z jasno wytyczonymi celami i najpełniej jak można, a nie we mgle. Moim zdaniem bieganie bardzo w tym pomaga. Zmuszenie się do największego wysiłku, do jakiego jesteśmy w stanic się zmusić przy wszystkich naszych ograniczeniach - oto istota biegania i metafora życia, a dla mnie również pisania. Sądzę,że wielu biegaczy się ze mną zgodzi.
Na tym etapie wszystkie spekulacje muszą tak czy inaczej pozostać tym, czym są - spekulacjami. Są wąziutką strużką wody wsysaną bezlitośnie przez pustynię.
Ale tak czy inaczej, moje mięśnie są w tej chwili naprawdę napięte i rozciąganie niewiele im pomaga. Jestem u szczytu cyklu treningowego, ale i tak są bardziej napięte niż zwykle. Czasem muszę uderzać się po nogach pięściami,żeby je rozluźnić. (Owszem, to boli). Moje mięśnie potrafią być tak uparte jak ja, a nawet bardziej. Są pamiętliwe i wytrwałe, i w pewnym sensie stają się coraz lepsze. Ale nie znają kompromisów. Nie poddają się.