cytaty z książek autora "A. Gardaś"
Żal niszczy człowieka, czasem nawet bardziej niż nienawiść. Bo żal działa powoli i zawsze jest w nim miejsce na miłość, a przez to szalenie boli.
- Słowa są omnipotentne - uznała kiedyś.
- Omnipotentne? - nie znałem jeszcze tego słowa.
- Wszechmocne, jak Bóg. Można nimi stworzyć wszystko. Są niebezpieczne, ale mogą też leczyć. Opowiedz kogoś na nowo, a go zmienisz. Opowiedz go jak Śpiącą Królewnę, która nigdy do końca nie zasnęła, a zacznie żyć najprawdziwiej, jak potrafi. Opowiedz go jak brzydkie kaczątko, które nigdy nie dorośnie, a go zniszczysz.
Inny" miało się już chyba pojawiać zawsze wśród słów, którymi siebie określamy. To trochę głupie, bo przecież każdy może powiedzieć o sobie, że jest inny. To jest wyznacznik tego, że istniejesz. Jesteś osobą, bo jesteś odrębny.
Nikt nie był jak ja ani ja nie byłem jak ktoś inny. Wszyscy szyjemy życie z innych skrawków codzienności.
Babcia chciała umrzeć. [...]
Tamto mizerne, skurczone ciało nie mogło już dłużej pomieścić w sobie jej wielkiego ducha. Przychodziłem do niej codziennie [...], a ona prosiła żebym - jeśli akurat zacznie umierać - nie probował jej zawrócić z drogi.
Mój ukochany przyjaciel nie mógł o tym nikomu powiedzieć, musiał milczeć na temat swojej miłości. Nie mógł z nikim podzielić się swoim bólem, więc pewnej nocy pobiegł na puste pole zboża i tam krzyczał. Długo i rozpaczliwie, przeklinał cały świat i pozbawionego miłości Boga. A potem ... - Przeszyła mnie spojrzeniem. - A potem pękło mu serce. - Powiedziała.
Wspominałem, że nie wierzę w wieczną szczęśliwość ani raj. Wierze jednak w obecność duchów. To raczej podszept intuicji, nie pełne przekonanie. Duch to dla mnie ta aura, może substancja - nie wiem, jak to nazwać - która zostawiam odciski w miejscach i przedmiotacg ukochanych przez zmarłego. Tworzą ścieżkę, którą wędrował za życiam teraz jego cząstki na zawsze zamknięte są w pojedynczych chwilach i rzeczach. Duch to imię dla spraw nieodgadnionych, istniejących na obrzeżach umysłu.
Baśnie są jak ludzie - powiedziała kiedyś babcia podczas czytania mi tej książki. - Ich historie przeplatają się ze sobą, opowiadają się sobie nawzajem, ciagle na nowo. Kiedy je czytam, zmieniam jaki,ś fakt tu czy tam, ale początki i zakończenia są mniej więcej zawsze takie same, Najpierw ktoś był, urodził się, zaczął się stawać a potem uczył się żyć, aż wreszcie już żył, najlepiej długo i szczęśliwie. - I umierał? - Zapytałem. - Tak ale przed śmiercią żył.
Opowiedz kogoś na nowo, a go zmienisz. Opowiedz go jak Śpiącą Królewnę, która nigdy do końca nie zasnęła, a zacznie żyć najprawdziwiej jak potrafi. Opowiedz go jak brzydkie kaczątko, które nigdy nie dorośnie, a go zniszczysz.
Tamta rozmowa z mamą coś mi uświadomiła. To, że żyjemy sobie trochę samotnie, choć w świecie pełnym ludzi. Ale ponieważ oni tu są i częśto są tak samotni jak my, możemy wyciągnać do nich dłoń. Nikt z nas nie jest czarno-biały i wszyscy staramy się jako,ś przetrwać w nieidealnej rzeczywistości.
Widziałem też młodych, którzy byli, a później ich nie było. Jkaby bycie i niebycie stapiały się w jedno. Śmierć przychodziła i odchodziła, zostawiała po sobie zużyte kalosze i puste półki. Cichą przestrzeń.
-Bo chodzi o słowa, nie o litery - powiedział. - A słów nie muszę widzieć, wsytarczy je usłyszeć. Zależy mi tylko na historiach.
Wciąż wydawał się smutny, a ja pomyślałem, że muszę stać się wszystkim tym, co mogłoby rozwiać jego smutek. Jeśli chorował, musiałem stać się lekarstwem. Jeśli się wahał, musiałem być jego pewnością. Jeśli nie wiedział dokąd iść, musiałem ująć go za dłoń jak zwykle i poprowadzić. Być jego mapą.
-Zrobiłem to dla siebie! - Teraz i on podniósł głos. - Bo nie mogłem zranić siebie! Bo nie chciałem, żeby była jeszcze jakakolwiek rzecz na tym świecie, która sprawiałaby, że tak trudno będzie mi go opuścić.
Rozpadałem się na kawałki. Nie wiedziałem, gdzie i czy jeszcze kiedykolwiek je odszukam, by złożyć się w całość.
Ale nasz świat był właśnie taki, jaki był - inaczej nie byłby nasz.
Ale tego wieczora przytuliłem się do niego mocniej niż kiedykolwiek. Przytuliłem się tak, jakbym nigdy nie miał dać mu odejsć i jakby jego ręce były stworzone tylko po to, by wiecznie trzymać w nich mnie.
Chciałem wtedy, żeby zawsze tak było, żeby ludzie zawsze musieli uciekać przede mną. Wtedy ja nie musiałbym uciekać przed nimi.
Śmierć była kobietą. Była człowiekiem. Nosiła w sobie twarze nas wszystkich i za każdym razem płakała, biorąc nas w swoje objęcia, odbierając nas Życiu, a potem znikała, jakby była tylko białawą, migotliwą chwilą. Życie było inne. Ono nie było momentem. Było siecią wszystkich zdarzeń. Jeśli nosiło twarz, to była to twarz utkana z liści. Niekótre rosły większe, pięknie żółkły, czerwieniały i trudno było je zerwać, inne były malutkie, opadały na ziemię jeszcze zielone i świeże. Ale wszystkie miały swoje miejce w wielkim lesie. I wszystkie szumiały tą samą melodią.
Piękno istniało w przestrzeni pomiędzy miłością a dotykiem. Nie miało nic wspólnego z tym co widzą oczy.
Ciepła łza spłynęła z jego policzka na moją dłoń. Wtarłem ją w skórę. Tristan zostawił na mnie niewidzialny tatuaż.
Być może historia prowadzi mnie po swojemu, bo wszyscy o wiele bardziej, niż się nam zdaje, jesteśmy baśniami. A to nie ludzie opowiadają baśnie, tylko baśnie ludzi.
-Bo zawsze lubiłam baśnie, wiesz, od najwcześniejszych lat. A jeśli mamy w świecie cokolwiek z baśni, to chociaż ten księżyc i las. One zawsze mogą cię trochę zmylić, coś zniekształcić, przynieść nieprawdopodobne sny. A w snach, nawet tych złych, rodzi się pragnienie lepszego życia.
Upadasz, wstajesz i robisz dalej to, co zacząłeś. Życie to małe fragmenty, które trzeba zlepiać w ciągu różnych czynności. Jedna po drugiej. Krok po kroku, aż do końca.
Ciało było puste, nie pozostał w nim nawet najmniejszy ślad ducha. Nie wierzyłem, że mógł się tam wciąż tlić. W to, że istniał tam kiedyś, wcale nie wątpiłem. Już sam fakt, że teraz ciało było puste, musiał świadczyć o tym, że kiedyś mieszkał w nim duch. Ale już odszedł.
Jej dotyk był ciepły i drżący. Trzymała mnie tak, jakbym był małym, barwnym fragmentem jej rzeczywistości, o który wciąż musiała się troszczyć.
W końcu zostałem odcięty od tlenu, którym były dla mnie opowieści babci. Opowiadała nieustannie. Opowiadała wszystko. Ziemię, słońce, robaki kopiące tunele w ciemności, opowiadała samą siebie i innych ludzi. Czasem sądziłem, że to dzięki jej szeptom świat się w ogóle kręcił, odnajdywał swoje tory. Bo ona doradzała księżycowi, jak świecić, i morzu, kiedy szumieć. Nigdy nie wiedziało się, co w jej opowieściach było prawdą, a co wymysłem. W ustach babci słowa tańczyły jak wiecznie żywe baśnie.