cytaty z książek autora "Łukasz Staniszewski"
Jest tylko jedna Warmia na świecie. Las wpada tu gwałtem do rzeki, a ta wije się przed nim i nie pozwala się poskromić. Latem jeziora są płaskimi słońcami, zimą - pokrywą z ołowiu. Powietrze jest tutaj rześkie i wysusza łzy. Istnieją ziemie, lasy i wody równie cudowne, ale Bóg musiał mieć do Warmii wyjątkową słabość, skoro przemienił się w tę krainę.
Warmia jest także niezmienna. Tak jak kropla wody, która może zmienić swój kolor i kształt, ale ani przez chwilę nie przestaje być kroplą wody. Zmieniać coś na Warmii to jakby popełniać grzech. Dlatego dobry gospodarz nie zmienia się nigdy.
Jak tu trafić? Zapytaj dziecko. Ono wskaże ci drogę na Warmię. A jeśli jesteś już zbyt głuchy i ślepy, żeby zrozumieć cokolwiek, dziecko cię zaprowadzi. Polecicie na łabędziu przytuleni do jego białej szyi, uważając, żeby głową nie zahaczyć o gwiazdy. W świetle księżyca zobaczysz rozwidlenie drogi. To tam.
O tym, że wieś Skowycze spotka nieszczęście, pierwsze dowiedziały się zwierzęta. Pewnego wieczora pod koniec lata coś bardzo zaniepokoiło psy. Musiało licho szwendać się po drodze, przełazić pod brzozowymi płotkami i ciągnąć za klamki w chałupach. A leciuchne było, że nie zostawiało śladów. I bardziej przezroczyste od pary buchającej z ust.
W powietrzu unosił się chłód utraty - i może dlatego tak żałośnie szczekały psy.
Na Warmii, we wsi Skowycze, mieszka Bernard Witten. Jego w najlepszym przypadku można porównać do żaby. Może nie z wyglądu, bo wygląda jak każdy inny warmiński gospodarz, a oni nie przypominają żab. Witten nosi stare skórzane buty, w których nigdy nie poci się stopa. Spodnie i kurtkę sprawił sobie w dniu, gdy przejął po ojcu gospodarkę, i nosi je do dziś. Zmienia tylko gacie i czasem koszulę, ale o takich rzeczach nie wypada gadać. Ma też piękną nową czapkę ze srebrnymi guzami, lecz jeszcze nigdy jej nie założył, i starą szmaciankę z powyginanym daszkiem, której prawie nigdy nie zdejmuje. Być może nawet w niej śpi, ale o to należałoby zapytać jego żonę Annę. Co prawda ona również mogłaby tego nie wiedzieć, bo Bernard Witten nie ma zwyczaju dzielić z żoną łóżka.
Krowy dają z siebie wszystko. Pokornie pasą się na otaczających Skowycze łąkach, pokornie się cielą, pokornie oddają mleko i pokornie idą na rzeź.
Opisywanie Warmii to tłumaczenie ślepcowi, jak wygląda kropla wody. Jest przecież czymś, co nigdy nie przybiera ostatecznego kształtu. Nie można jej zatrzymać tylko dla siebie, bo wycieknie z każdej, nawet najmocniej zaciśniętej pięści. O Warmii każdy mówi inaczej.
Warmia nie ma jasno wyznaczonych granic, chociaż wszyscy są świadomi, kiedy przekraczają granice. A każdy w niej zakochany nie wie, za co ją kocha.
Jest wieżą Babel, o której opowiada się naraz wieloma językami.
Warmia nie istnieje oddzielnie, z resztą świata łączą ją niewidzialne nici. Gdy gdzieś daleko wiatr przewraca domy, tu też przewracają się domy. Ludzie chorują tak samo jak wszędzie i równie mocno jak inni pragną szczęścia.
Tamtej nocy na glinę duszy Bernarda zostało rzucone ziarno. Hartowane ojcowską miłością i nadmiarem upokorzeń, wydało z siebie pień gruby i twardy. Bernard odkrył, że złością można wyprzeć rozpacz. Myśl ta była cudowną iskrą, która spinała mu mięśnie i rozjaśniała umysł. Bardzo się starał, żeby została w nim na zawsze. Umarłby, gdyby musiał się jej wyrzec. Złość pozwoliła mu odrzucić wiarę ojca. Jeśli koniecznie miał składać hołd czemuś, czego nie sposób zobaczyć, to wolał się kłaniać sile pięści i podkutego buta.
Być może dziadek za dużo zajmował się myśleniem, bo często widywano go, jak siedział nad kartkami. Słowa zapisywał w nieznanym języku, którego nauczył się, gdy mieszkał w lesie. A o czym pisał? Jerycho zdradził mi, że do jego obowiązków należą spisywanie rodzajów wiatru, które odwiedzają Warmię, mierzenie wysokości śnieżnych zasp i pomiar głośności rechotu żab w okolicznych stawach.
Moja mama nie wierzyła w żadne słowo teścia. Prychała ze złości, gdy przy obiedzie opowiadał, że świat istnieje tylko dzięki człowiekowi, który na niego patrzy. I że gdyby naraz wszyscy ludzie zamknęli oczy, to nic by nie zostało.
Widział, jak krowy, wyciągając pyski, zlizują Drogę Mleczną. Aż się od ich języków marszczyło niebo. Dawały później słodkie mleko. Specjalność warmińskich stron.
W każdej porządnej wsi na Warmii mieszka kobieta, na którą od zawsze woła się Baba i która zajmuje się leczeniem ludzi. Robi to z takim skutkiem, że chorzy równie dobrze mogliby się położyć na polnej drodze i poczekać, aż samo przejdzie.
Bernard z odrazą patrzył na jego strach. Nie znosił słabych ludzi. Budzili w nim słodką, trudną do pohamowania agresję.
Gdy pierwsze nieśmiałe promienie słońca zaczęły ogrzewać ziemię, Warmia znajdowała się w opłakanym stanie. Drogi były powykręcane na drugą stronę i poznaczone głębokimi ranami z tłustej gliny. W wielu chałupach przeciekały dachy, woda kapała na puste talerze. Ludzie stali się gnuśni i powolni, zaczęli przypominać przepełnione beczki, które trudno ruszyć z miejsca.
Z miasta Katarzynka sprowadzała sobie ubrania i bieliznę. Węższe od wstążki majtki suszyła na sznurze. Gdy ginęły porwane przez wiatr lub od ręki zgorszonej gospodyni, biedna dziewczyna całymi dniami chodziła bez majtek.
Bernard uważał, że to letnicy doprowadzili Matysów do zguby. Dziewczyna miała prawo brać od nich pieniądze, karmić ich nadpsutym jedzeniem i trzymać w chlewiku. Ale po jakiego diabła łaziła za nimi do lasu i szukała po łąkach spadających gwiazd? Mówiono, że na miastową modłę trzy razy w tygodniu brała kąpiel i bez powodu stroiła kwiatami chałupę. Posądzano ją nawet, że nie jadła mięsa!
Przetłuszczone włosy posłusznie formowały się pod jego dłonią, ustawiając się w dawno wypracowany kształt stożka: wąski na czubku głowy i rozwichrzony na jej lewym boku. Całą tę wyrafinowaną konstrukcję przykrywał szmacianą czapką o zapachu smażonego tłuszczu.
Była sobota, a w soboty siadała Anna na progu chałupy i wkładała między nogi cebrzyk. Mocno zaciskając dłonie na ubijaku, wyrabiała masło.
Gdy się ściemni, można w końcu wyjąć z komody butelkę, bo po zmroku napić się to nie grzech. Mężczyźni nalewają sobie po szklance samogonu, żeby dwa razy nie wstawać z krzesła. Kobiety niby piją z naparstków, ale i tak później latają na miotle po chałupie. Pić należy z umiarem, uważając, żeby nie zmarnować sobie niedzieli.
W sobotni wieczór czas przypomina rzekę. Przelewa się ludziom przez serca i głowy, nanosząc z wolna słodką nudę. Już nie trzeba nic robić.
Piwo smakowało, jakby przepuszczono je przez stara szmatę. Skwasiło się, bo beczki wyleżały się w wodzie i, jak się wkrótce miało okazać, nabyło niezwykłych właściwości.
Był nieodrodnym synem Warmii, zrodzonym z najczarniejszej grudy ziemi, mrukiem z mruków, zapiekłym w swej niechęci do wszystkiego. Dzięki temu żył zatopiony w ciszy, wolny od codziennej historii, która każe ludziom robić rzeczy żałosne i szkodliwe dla zdrowia. Cenił tylko własne zdanie i nie zważał na inne.
Na Warmii są wiatry każdego rodzaju. Od wciskania słów z powrotem do gardła. Od przyspieszania porodów, a czasem od poczęcia. Wieją takie wiatry, po których ryby przestają brać. A od tych ciepłych znad łąk rozpinają się kobietom guziki w sukienkach, a mężczyznom w spodniach.
Czasami na Warmii wykluje się takie pisklę, które okaże się ptaszkiem bardziej kolorowym i zgrabniejszym od innych.
Dobrze jest żyć, kiedy nie pada. Gdy unoszą się pod niebo warmińskie pieśni. Promienie słońca pociągnięciami smyczka rozświetlały ciemność i gdzie okiem sięgnąć, lęgło się piękno.
Siostra jednego z pracowników, Luśka, pokazywała za opłatą piersi i krocze. "Za pieniążka", jak to mówiła.
Ale gdy Bernard przez nieuwagę stanął zbyt blisko okna, zaświecił opryszczoną twarzą i zamachał kościotrupią ręką, Baba ze strachu o mało nie popuściła dyduka w spodnie.