cytaty z książek autora "Jacek Podsiadło"
Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń - wzruszenie ramion.
Coś mam w środku spierdolone. Na amen.
Czasami brak mi powietrza i wtedy wiem, że na chwilę o mnie zapomniałaś.
Nazywam się Jacek Podsiadło.
Mam 26 lat.
Kiedy byłem małym chłopcem, marzyłem o takiej dziewczynie jak ty.
I później, latami.
Próbowałem zmusić parę kobiet, by były tobą.
Chciałbym cię bliżej poznać.
Zobaczyć, co nosisz pod skórą.
(...)
I wybacz mi moje wynurzenia.
Spróbuję stworzyć nowy kierunek w poezji.
Bo wstydzę się niezdarności, z jaką mówię o tobie.
(...)
Kwiaty precyzyjnie rozkładają swoje płatki (...).
A ja nie mam śmiałości ich zrywać.
Mam 26 lat.
Nazywam się Jacek Podsiadło.
Chciałbym cię bliżej poznać.
Piękno zawsze mnie onieśmielało."
I jeszcze mam teraz ciebie - nie wolno mi umrzeć,
bo byś płakała.
i wcale nie smakuje mi bez ciebie kawa i głos Tracy Chapman jest coraz smutniejszy (...)
Jest we mnie obóz koncentracyjny, z którego wychodzi się tylko wyobraźnią.
Los upodabnia nas do tych, którymi gardzimy.
Moje niewyspane serce rwało się do Ciebie.
(...) Wracam na górę i siadam blisko kaloryfera, z kubkiem gorącej herbaty. Z każdym krokiem czy łykiem czuję, jak mnie ubywa, jest mnie coraz mniej, w sposób zupełnie niegroźny, wyzuty z dramaturgii, najwolniej jak można znikam.
Zawsze jest jakieś nieosiągalne TY
materializujące się najłatwiej w kobiecie.
było tak zimno, że całe przedpołudnie spędziliśmy w jej mieszkaniu, a potem włóczyliśmy się po kawiarniach, próbując nie upić się za bardzo.
czasem spotykaliśmy tam jej znajomych.
albo wpadaliśmy na nich na ulicy.
(...)
nie pamiętam już, co piliśmy, ale na początku musiało być grzane piwo.
raczej z sokiem niż z goździkami.
tak.
a siadaliśmy tak, żeby móc obejmować się albo stykać udami pod stolikiem, prawie nigdy naprzeciw siebie.
no wiecie, może widzieliście coś podobnego na starych filmach.
(...)
minęły ze dwa lata i coraz częściej ona siadała w kawiarniach nie obok, ale naprzeciw mnie.
tyle, że wtedy nie przywiązywałem do tego wagi.
byłem ślepy jak szpak.
Schronie mój, piorunochronie, falochronie, spadochronie:
gdy już w polu przed otwartą piersią wiatru klęknę nieprzytomnie,
przed pragnieniem, by tu wrócić, które jest jak strzał w tył głowy - chroń mnie.
odrzuciłem sto prawd o tobie i stałaś się realna
Chciałbym być wałkiem do ciasta, szafą, małżonkiem, śrubokrętem, dziennikiem telewizyjnym, czymś, co się nie buntuje.
JADĄC DO CIEBIE
Annie Marii
T o p r o s t e: wystarczy zapomnieć o całym świecie z wyjątkiem skarpetek na zmianę i pieniędzy na bilet i jechać do ciebie.
(...) Boli mnie głowa. Myślę. O tobie. Głowa. Przestaje mnie boleć. Dobrze jest. Myśleć o tobie.
Moje życie jest jak bardzo biały wiersz, same spacje.
Nareszcie sam (...)Tak potwornie sam. Jest zbyt późno by telefonować do kogokolwiek, można już tylko kochać, kochać. Cierpliwie i ostrożnie, nie naruszając kruchej równowagi tęsknoty i zgody na nią (...) Chciałbym opowiedzieć mu teraz o szalonym tempie swojego beznadziejnego pościgu za własnym istnieniem, który właśnie zakończył się niepowodzeniem. O kobietach, które nie obejrzały się za mną na ulicy. Tak jakby mnie nie było (...) O smutku tak wielkim, że chwilami zabijał sam siebie i nie czułem nic, jakby mnie nie było (...) Zamiast mijać sekundy r o z g r y w a j ą się. Jak tragedie. Jesteśmy tacy bezradni (...) Permanentnie zakochani miłością, po której nie zostanie nawet ślad zacierania śladów. Idący przez krajobrazy natychmiast zamykające się za naszymi plecami tak, jakby wcale nas nie było.
Nagle wszystko (a może nie wszystko, może tylko bardzo dużo) zawisło w próżni, w której mogę dostrzec jedynie ciebie. Ja już tak będę jechał do ciebie w nieskończoność.
Wstałem i nie wiem co mógłbym zrobić. Chyba tylko herbatę.
Spróbuję stworzyć nowy kierunek w poezji. Bo wstydzę się niezdarności, z jaką mówię o tobie.
Czasami brak mi powietrza
i wiem wtedy, że na chwilę o mnie zapomniałaś.
Fale Czułości rytmicznie przelewają się przez moje piersi.
Nigdy nie umrę.
Umarłem przed czterema miesiącami.
Wiersz wyciąga ze mnie sekrety jak wiadra wody ze studni.
Mając tylko własną a tęskniąc za twoją
odświętną nagością. Dwojąc się i trojąc
- w pojedynkę przymierzam usta do twojego imienia.
i nie wiem
czy nigdy nie byłem zakochany czy ciągle jestem zakochany
.
Rano zimną wodą, mydłem i perfumą sami się doprowadzamy do porządku. Autobus odjeżdża o siódmej, nie ma czasu na rozpacz.
Mając tylko własną a tęskniąc za twoją
odświętną nagością. Dwojąc się i trojąc
- w pojedynkę przymierzam usta do twojego imienia.
Miewam niekiedy chwile głębokiego zadowolenia.
Chwile jasności we właśne zbudzonym umyśle.
"Cóż uczyniłeś - pytam wówczas siebie - skoroś wszedł do ogrodu,
zerwałeś kwiat, gdy należało wziąć na plecy ogród?
Kwiaty więdną".
Choć tak trudno pojąć,że kwiat nie rozumie
i że nie rośnie pchany w górę jedynie swoim pięknem.
Ciągle w dzikich wędrówkach. W listach z bardzo daleka.
Nie mogłem dać ci żadnej z rzeczy dawanych kobietom.
Wreszcie to ja pozbawiłem swoje życie ciebie.
Najczęściej jednak czuję się po prostu rzucony do przepaści.