cytaty z książek autora "Ben Coates"
W kraju, w którym premier jeździ do pracy na rowerze, a majętni obywatele płacą bez mrugnięcia okiem niebotyczne podatki, przetrwały podstawowe zasady dominującej filozofii złotego wieku: że ciężka praca jest obowiązkiem człowieka, a dochody należy inwestować dla wspólnego pożytku.
Owej tendencji do gloryfikowania wojennych doświadczeń kraju towarzyszyła niestety skłonność do tuszowania co bardziej wstydliwych epizodów. Holendrzy słusznie stawiali na piedestale bohaterskich żołnierzy i członków ruchu oporu, lecz czyniąc to, nie zawsze przyznawali, że również Holendrzy czynili zło. Anne Frank na przykład stała się narodowym i międzynarodowym symbolem odwagi w obliczu okrucieństwa, a jej dom w Amsterdamie ma przypominać światu o dzielnych Holendrach, którzy nie dbając o własne bezpieczeństwo, ukrywali ją przed nazistami, i podłych Niemcach, którym mimo to udało się ją schwytać. Znacznie rzadziej wspomina się o tym, że aresztowania rodziny Franków dokonało trzech holenderskich policjantów oraz, że co najmniej jeden z nich służył w amsterdamskiej policji aż do lat osiemdziesiątych.
Po przeprowadzce do Rotterdamu zacząłem jednak stopniowo zmieniać zdanie. W pierwszych miesiącach jego różnorodność etniczno-kulturowa sprawiała, że był jeszcze bardziej atrakcyjny. Podobnie jak w Londynie importowane kultury i kuchnie nadawały koloryt skądinąd bezbarwnemu miastu. Odwiedzając targowiska, sklepy z egzotyczną żywnością i bary z daniami na wynos w Oude Noord, mogłem zjeść broodje kaas na śniadanie, surinamskie roti na lunch i marokański tażin na obiad, być może nawet z kawałkiem wyśmienitej tureckiej bakławy na deser. Sam będąc imigrantem, doceniałem także otwartość i życzliwość okazywaną przez większość Holendrów tym, którzy chcieli żyć i pracować w ich kraju.
Z czasem jednak zacząłem patrzeć na to wszystko nieco inaczej. Sympatyczny właściciel lokalnej marokańskiej restauracji należy, jak się przekonałem, do wyjątków. Wielu imigrantów słabo się integruje: utrzymują oni relacje towarzyskie wyłącznie w obrębie własnej społeczności, robią zakupy we własnych sklepach i mówią po niderlandzku bardzo słabo lub wcale. Rodowici Holendrzy z kolei wykazują niewielkie zainteresowanie życiem swoich cudzoziemskich sąsiadów i wolą narzekać na nich, siedząc sobie wygodnie w lokalnym barze. To, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak przysłowiowy tygiel, okazało się bardziej podobne do indonezyjskiego ciasta spekkoek, które sprzedają w sklepiku na rogu. Składa się ono z mnóstwa kolorowych warstw, które leżą ciasno jedna na drugiej, ale nigdy się ze sobą nie mieszają.