Jeśli więc raz na zawsze wyrzekłeś się tego, aby "przetrwać za wszelką cenę" i poszedłeś drogą, którą obierają ludzie spokojni i prości – niewola zaczyna w niezwykły sposób wpływać na twój dawny charakter.
...przekonałem się, że żadna kara na tym świecie nie spada na nas niezasłużenie. Zdaje się czasem, że dosięgła nas wcale nie za to, cośmy naprawdę zawinili, ale jeśli człowiek przemyśli swoje życie i głębiej nad nim się zastanowi, to zawsze odnajdzie tę zbrodnię, za którą teraz spada nań cios.
W ciągu siedmiu lat za kratą dość dobrze przyjrzałem się własnej przeszłości i zrozumiałem, za co to wszystko na mnie spada: i więzienie, i złośliwy guz na dodatek. I wcale bym się nie skarżył, gdyby nawet ta kara nie została uznana za wystarczającą. Kara? Ale – kto ją wymierza? No, pomyślcie chwilę – kto?
Dziś, gdym nabrał już wody łyk świeżej Z Twoich źródeł w usta oniemiałe – Panie świata! Oto znowu wierzę! Nawet w mym odstępstwie przy mnie stałeś...
...fałsz wszystkich rewolucji w dziejach. Niszczą one tylko współczesnych im nosicieli zła (a w ogólnym zamieszaniu – również nosicieli dobra) – samo zaś zło, jeszcze bujniej rozrosłe, biorą w spadku.
Do zasług XX wieku należy zaliczyć Proces Norymberski: niszczył on samą złą ideę - bardzo niewielu zarażonych nią ludzi likwidując przy tej okazji (oczywiście, nie jest to zasługa Stalina, już by on tam wolał mniej gadania, za to więcej egzekucji). Jeżeli na progu XXI wieku ludzkość nie wysadzi się sama w powietrze ani się nie zadusi - może ten kierunek zwycięży?...
Jeśli nie odniesie sukcesu - to cała historia ludzkości sprowadzi się do dreptania w miejscu, bez treści i sensu! Dokąd to ciągniemy i po co? Bić wroga pałą? To umiał już człowiek jaskiniowy.
- BĄDŹ BŁOGOSŁAWIONE WIĘZIENIE!
Miał rację Lew Tołstoj marząc o tym, aby znaleźć się w więzieniu. W którejś chwili ten gigant zaczął usychać. Więzienie było mu istotnie potrzebne, jak ulewa wysychającej glebie.
Wszyscy literaci, którzy pisali o więzieniach, ale sami nigdy w nich nie siedzieli - uważali, że mają obowiązek manifestować współczucie do uwięzionych, więzienia zaś - przeklinać. Sporo się tam nasiedziałem, dusza moja tam się ukształtowała i oto powiadam stanowczo:
- BŁOGOSŁAWIONE BĄDŹ WIĘZIENIE, za to żeś było w moim życiu!
(A z głębi mogił dochodzi mnie odpowiedź - Dobrze ci gadać, skoroś życie zachował!).
Łatwiej było za czasów Aleksandra II przechowywać w domu dynamit, niż za czasów Stalina dać przytułek sierocie, dziecku wroga ludu.
I tu zrozumiałem, co to jest polska duma — i na czym polegał sekret polskich powstań, tak pełnych zapamiętania. Polak, inżynier Jerzy Węgierski był teraz w naszej brygadzie. Odsiadywał ostatni, dziesiąty rok swojej kary. Nawet gdy był kierownikiem robót, nikt nie słyszał od niego ostrego słowa. Był zawsze cichy, uprzejmy, wyrozumiały. A teraz — twarz mu się zmieniła. Z gniewem, pogardą i męką odwrócił oczy od tego żebraczego orszaku, wyprostował się i krzyknął ze złością, donośnie: — Brygadzisto! Mnie proszę na kolację nie budzić! Ja nie pójdę! Wdrapał się na górne nary, odwrócił się do ściany — i nie wstał. Myśmy w nocy poszli jeść — a ten nie wstał! Nie dostawał paczek, był zupełnie sam, nigdy nie bywał syty — a nie wstał. Para unosząca się nad gorącą kaszą nie mogła mu przesłonić obrazu bezcielesnej Wolności.
Gdybyśmy wszyscy byli tak dumni i nieustępliwi — to jaki tyran by się ostał?
Obóz podpowiedział mi sposób postępowania: nie sprzeciwiać się głośno, tylko w milczeniu — za to czynnie. Wraz z innymi wysłuchałem pokornie rozkazu, ale o piątej wieczór podniosłem się z mego krzesła i wyszedłem. Wróciłem dopiero o dziesiątej rano. Moi koledzy wszyscy już byli na miejscu, rachując albo udając, że rachują. M-z aprobował w głębi ducha moje postępowanie, ale sam się nie zdecydował na nic podobnego; szepnął mi, że wczoraj wieczorem dyrektor stanął przy moim pustym biurku i zaczął krzyczeć, iż zapędzi mnie w głąb pustyni, o sto kilometrów stąd. Przyznam, że strach mnie obleciał: oczywiście, MWD mogło zrobić ze mną wszystko, co chciało. I posłaliby mnie na pustynię! I z odległości 100 kilometrów figę bym widział, a nie rejonowe miasto. Ale miałem szczęście: trafiłem na Archipelag już po zakończeniu wojny, czyli że nie zaznałem na nim już najgorszego; a na zesłanie przyjechałem już po śmierci Stalina. W ciągu miesiąca coś zdążyło się przesączyć nawet tutaj — aż do naszej komendantury. Niepostrzeżenie zaczynała się nowa epoka — trzy lata największego odprężenia w dziejach Archipelagu. Dyrektor nie wezwał mnie do siebie i nie przyszedł gromić mnie osobiście. Przepracowałem cały dzień, jedyny trzeźwy wśród tłumu zamroczonych snem — i znów zdecydowałem się na wyjście o piątej po południu. Niech będzie co chce, byle prędzej. Który to już raz zdałem sobie sprawę, że poświęcić można wiele, ale nie to co najważniejsze. Nie chciałem rezygnować z pisania tej sztuki, którą układałem w pamięci jeszcze w katorżniczym specobozie — i wygrałem. Wszyscy pracowali nocami przez cały tydzień — i przyzwyczaili się, że moje biurko jest puste. A dyrektor, mijając mnie na korytarzu, odwracał głowę.
Na stronicach tej grubej książki znaleźliście już wiele słów przebaczenia. I oto słyszę głosy sprzeciwu, głosy pełne zdziwienia i oburzenia: musi być jakaś granica! nie wszystkim przecież wolno wybaczać!
A ja też nie wszystkim przebaczam. Tylko tym - co leżą w prochu. Dopóty, dopóki stoi jak bożyszcze na szczytach i marszcząc władczo brwi z całą obojętnością i butą łamie tysiącom ludzi życie - dajcie mi, proszę, kamień i to jak najcięższy! A no, weźmy się razem całą kupą za taran i strąćmy go z piedestału! - ale gdy tylko runął, gdy upadł i od zetknięcia z twardą ziemią pierwsza szczelinka otwarła się w jego zakrzepłej świadomości - precz z kamieniami! On sam już wraca do ludzkiej gromady.
Nie zagradzajcie mu tej ścieżki, sam Bóg ją wytyczył.
... tylko ci są naprawdę interesujący, którzy zrezygnowali z robienia kariery. A kto ją robi, z tym strasznie nudno.
prawda jest wstydliwa, milknie gdy kłamstwo zbyt bezczelnie się panoszy.
Wzywają na przykład na posterunek milicji dwie niewiasty z Leningradu (sprawa Smiełowa).
- Czy byłyście na prywatce w towarzystwie męskim?
- Byłyśmy.
- Czy doszło do stosunków płciowych? (A to już ściśle ustalone, donos był).
- Doszło.
- Wobec tego jedno z dwojga: alboście te stosunki miały dobrowolnie, albo też niedobrowolnie? Jeżeli dobrowolnie, to mamy was od tej chwili za prostytutki, dawać tu dowody z leningradzkim meldunkiem i w 48 godzin won z Leningradu!
Jeżeli niedobrowolnie - no to piszcie podania jako poszkodowane i wytaczamy sprawę o gwałt! Niewiasty wcale nie chcą wyjeżdżać z Leningradu. Partnerzy ich dostają zatem po 12 latek.
Gorszy niż rozbój jest sąd stronny
Gdzie prawo śpi - tam katy sędzie...
Sędzia Awdiejewa tłamsi swoich ławników jak lwica parę jagniąt. (A propos - gdzież ci siwobrodzi, czcigodni sędziowie? Pełno teraz przebiegłych i szczwanych bab na stanowiskach sędziów). Ma na głowie grzywę, mówi męskim tonem, głos jej wibruje metalicznie i drży, gdy sama się upaja wzniosłością własnych formuł. Skoro tylko rozprawa przybiera obrót niezamierzony - Awdiejewa wpada w gniew, bije ogonem, pąsowieje, odbiera głos niepożądanym świadkom, próbuje zbić z pantałyku składających zeznania nauczycieli: "Więc ośmielacie się wątpić w rzetelność sowieckiego sądu?". "Jak mogło wam przyjść do głowy, że ktoś instruował dzieci? Widocznie sami uczycie dzieci kłamstwa?", "A kto właściwie był inicjatorem listu zbiorowego do wyższej instancji?". (W kraju socjalizmu niedopuszczalna jest sama idea akcji zbiorowych, kolektywnych działań! - kto? kto? kto?).
Prawa nie ma. Jest tylko - mur. I spoiwem cegieł tego muru jest kłamstwo.
I oto ufny czytelnik gazet, mały człowiek, przekracza z bijącym sercem próg sali sądowej, z przekonaniem że słuszność jest po jego stronie, ze wszystkimi argumentami w zanadrzu - i z przejęciem je wysypuje przed senne oczy sędziów, nie wiedząc wcale, że wyrok już zapadł i zmienić złowrogi, tendencyjny werdykt, który przepali mu pierś węglem krzywdy.
Zaufał zaś - jednemu tylko człowiekowi, jemu jedynemu w ciągu całego swego, pełnego podejrzeń, życia. Ten człowiek na oczach całego świata okazał tyle zdecydowania i w przyjaźni, i w nienawiści, z takim rozmachem obrócił hołoble, żeby podać przyjazną dłoń wczorajszemu wrogowi. To nie był gaduła, to był człowiek czynu.
I Stalin mu wierzył.
Człowiekiem tym był Adolf Hitler.
Z aprobatą i złośliwą uciechą Stalin przyglądał się, jak Hitler gromił Polskę...
Przywódcy chłopskich stronnictw zwyciężali w wyborach i od razu szli do więzienia. Żwawo załatwiono Mikołajczyka, Beneszowi serce nawaliło, Masaryk wyleciał przez okno, kardynał Mindszenty przyznał się do zbrodni, a Dymitrow w kremlowskim szpitalu, na kardiologii, wyrzekł się swojego głupiego pomysłu Federacji Bałkańskiej.
I posłano do obozów wszystkich sowieckich ludzi, którzy zasmakowali europejskiego życia. I wrzepiono następne dziesięć lat wszystkim, którzy tylko raz siedzieli.
No, teraz już wszystko zaczynało dobrze się toczyć, tak się zdawało.
Stary wróg, tłusty Churchill, świnia w sam raz na szaszłyk, przyleciał, żeby nacieszyć się cudzym nieszczęściem i wypalić na Kremlu parę cygar. Zdradzili Ukraińcy (w 44-ym roku roił mu się taki zamiar, żeby wysiedlić całą Ukrainę na Sybir, tylko kto by ich zastąpił, za dużo ich); zdradzili Litwini, Estowie, Tatarzy, Kozacy, Kałmucy, Czeczeńcy, Ingusze, Łotysze - nawet Łotwa, ta podpora rewolucji! I nawet swoi, to znaczy Gruzini, których chronił przed mobilizacją - też jakby czekali na Hitlera. I wiernymi swojemu Ojcu okazali się jedynie Rosjanie i Żydzi.
W ten sposób nawet kwestia narodowa, jego specjalność, zadrwiła sobie z niego...
Ale, chwała Bogu, również te kłopoty się skończyły. Sporo zyskał, gdy udało mu się obegrać Churchilla i tego świętoszka Roosevelta. Tak, jak teraz z tymi dwoma niedorajdami, udało mu się tylko raz, na początku lat dwudziestych. Kiedy miał odpowiadać na ich listy albo kiedy w Jałcie przerywał rozmowy i wracał do swoich komnat - to ledwie tłumił śmiech. Działacze państwowi! Uważają się za mędrców - a tymczasem głupi jak oseski. Wciąż wypytują: a jak to będzie p o w oj n i e, jak to będzie? Wysyłajcie tymczasem samoloty, przysyłajcie konserwy, a jak się później świat urządzi, to dopiero zobaczymy. Rzuci im człowiek jakieś słówko, byle jakie słówko, a ci już się cieszą, już je wpisują do protokołu. Zrobi człowiek wzruszoną, życzliwą minę, a ci rozpływają się w dwójnasób. Dostał od nich za bezdurno, za funt kłaków: Polskę, Saksonię, Turyngię, własowców, kozaków Krasnowa, Wyspy Kurylskie, Sachalin, Port Artura, pół Korei, omotał ich nad Dunajem i na Bałkanach.
Pochyliła się ku niemu Asia blisko, bliziutko i podsunęła pierś.
-Całuj! Całuj! - czekała, ponaglała, żądała.
I wdychając żywe, podarowane mu ciepło, z zachwytem i wdzięcznością zaczął jak prosiak miętosić łapczywymi ustami tę giętką sprężystość, zaklętą w kształt tak doskonały, że żaden malarz ani rzeźbiarz nie zdołałby stworzyć piękniejszego.
Łzy Asi kapały na jego ostrzyżoną głowę.
Nie odsuwała się, nie zabierała piersi, więc znowu i znowu powracał do sutka i delikatnie robił ustami to, czego nigdy nie zrobi z tą piersią przyszłe dziecko Asi. Nikt nie zaglądał do salki i Diomka bez końca obcałowywał nawisłe nad nim cudo.
Dziś cudo - a jutro do kubła.
Mężczyźni naszej epoki, całą swoją energię trwoniący na zdobywanie zarobku, stanowiska, władzy, utracili gen miłości wyższego rzędu. Inaczej z kobietami - dla nieomylnego instynktu niewieściego zbliżenie erotyczne jest tylko pierwszym stopniem prawdziwego, intymnego powinowactwa. (…) Zazdrość wypływa z urażonej miłości własnej. Prawdziwa miłość, nie znajdując echa, więdnie raczej i kostnieje, lecz nie przekształca się w zazdrość. Nie tylko nauka, sztuka i religia, lecz również miłość jest sposobem poznania świata.
Fizyka zna wielkości albo zjawiska g r a n i c z n e. Nie istnieją one w ogóle dopóty, dopóki nie zostanie przekroczona pewna znana naturze granica, zaszyfrowany przez naturę próg. Można naświetlać pierwiastek lit żółtymi promieniami ile dusza zamarzy - nie odda on mimo to swoich elektronów, a wystarczy najsłabszy promień niebieski - i już elektrony są wyrwane (przekroczony został próg efektu świetlnego)! Można oziębiać tlen do 100 stopni poniżej zera i poddawać go największemu nawet ciśnieniu - gaz dalej zostanie gazem, nie poddaje się! Wystarczy jednak zejść poniżej 118 stopni - i już jest płynny, zamienił się w ciecz. Wydaje się, że zbrodnia także należy do podobnych zjawisk. Owszem, człowiek może się wahać, miotać całe życie między złem a dobrem, potykać się, padać, gramolić, żałować za grzechy, potem znowu zapadać, ale póki nie przekroczył progu zbrodni - ma możliwość powrotu i wciąż jeszcze może być w zasięgu naszej nadziei. Kiedy jednak natężenie nikczemności, albo jakiś szczególny jej stopień, albo nieograniczoność absolutnej władzy sprawia, że przekracza on ten próg - wówczas opuszcza on ludzką gromadę. I być może - już bezpowrotnie.
Oh, ta zachodnia, demokratyczna tępota...
Nie szanujemy jakoś w ludziach miłości do zwierząt, pokpiwamy sobie z czyjegoś przywiązania do kotów. Czyż jednak nie jest tak, że najpierw przestajemy lubić zwierzęta, a potem - tracimy serce do ludzi?
Gdzie jest prawo - tam jest też przestepstwo.
Toż roboty huk, trzeba oszczędzać nerwy oprawców.
Moskwa nie wierzy łzom.
-Moja babcia mówiła: z igły pociecha, póki szyje, a z człowieka, póki żyje.