cytaty z książek autora "Waldemar Bałda"
Ile dokładnie żubrów żyło w Bieszczadach w ostatnich dziesięcioleciach - Bóg tylko wie. Pewne jest jedno: taki żubr jak Pulpit nie zdarzył się nigdy więcej!
Pulpit był żubrem obieżyświatem.
Najbardziej wysunięty na południowy-wschód zakątek Polski nosi nieformalnie miano "wyrostka robaczkowego" albo "worka".
Bez względu jednak na to, jak ten zakątek nazwiemy, nie da się ukryć, że zdaje się on skrajem świata. Dla kilku pokoleń rozmiłowanych w Bieszczadach turystów jest to kwintesencja charakterystycznej dla tych gór dzikości i swobody.
Schronisko turystyczne w Ustrzykach Górnych to w rzeczy samej ewenement: nie dość, że istniało, zanim w ogóle powstało, to na dodatek wciąż istnieje, mimo iż go od niepamiętnych niemal czasów nie ma. Logiczna sprzeczność - ale prawda!
Stalin, choć traktowany był niczym ołtarz wiary w komunistyczną doskonałość i raz po raz odbierał hołdy od uczestników najrozmaitszych uroczystości, nie przetrwał w Ustrzykach długo - w 1956 roku zniknął z tynku bezpowrotnie.
Bez względu na to, co się w istocie z pomnikiem stało, po obaleniu monumentu przekorny lud wymyślił dowcip:
Jaka jest najsławniejsza rzeka w kraju?
Strwiąż!
A dlaczego?
Bo utopiono w niej Stalina!
Postój urozmaiciła wizyta konduktora, pracownika Ośrodka Transportu Leśnego w Sanoku, któremu w owych czasach podlegała kolejka. Dżentelmen. zdrowo już pijany, dokonał sztuki niewyobrażalnej: w wypełnionym ludźmi tak stłoczonymi, że nie mogli myśleć o zmianie pozycji, wagonie potrafił się przemieszczać - i pobierać opłaty! Tym, którym źle z oczu patrzyło, wręczał wydzierane z PKS-owskiego kajetu bilety, rozprowadzane w autobusach tego przedsiębiorstwa i ostemplowane pieczątką OTL; kto miał spojrzenie jasne, nie dostawał biletu, a jedynie informację: „A na ch... panu ten kwit". Należało tylko baczyć pilnie, do kogo pan konduktor kieruje swe uwagi: miał, bestia, zeza, więc adresatem wypowiedzi bywał z reguły nie ten pasażer, w stronę którego akurat kierował twarz. A niewłaściwe reakcje gniewały go srogo: inwokował wtedy konstrukcje, w których kilka słów, powszechnie kwalifikowanych jako obelżywe, mnożyło się ponad miarę i przyzwoitość. Pan konduktor wszczął więc kilka drobnych awantur, w kilku miejscach zrezygnował z pobierania należności w zamian za gościniec w postaci piwa.
Do nauki pan Mietek głowy nigdy nie miał, za to do mechaniki - jak najbardziej Nie zmagał się więc z przeznaczeniem, roztropnie poszedł drogą, którą mu los wyznaczył. Odbębnił swoje osiem klas (z malutkim poślizgiem, dwurocznym chyba: ale kto by to dziś pamiętał...) i zameldował się w kółku rolniczym. Prezes swojak, kum matczynej siostry czy jakoś tak, przyjął go do warsztatu. Aspirant był pojętny: w mgnieniu oka zrozumiał, do jakiej części stosuje się młotek, a do jakiej przecinak; komu trzeba coś zrobić „na wczoraj", a komu - kiedy Pan Bóg da wolę i części zamienne; w każdym razie, błyskawicznie opanował niuanse polityki warsztatowej. A że, choć młody, miał do wódki łeb jak cebrzyk, szybko zyskał sobie poważanie przełożonych, współpracowników i klienteli. Mógł wypić wiaderko - co w żaden sposób nie wpływało na jego sprawność psychofizyczną.
Jednej soboty chcieliśmy się napić z kolegami: po południu, po robocie: jutro niedziela, wolne. Ale mi jakoś nie podchodziła czysta, zachciało mi się smak polepszyć. Wziąłem mamie ze spiżarni sok, zaprawiłem jedną flaszkę, drugą - i ile ich tam było; siedliśmy przed domem z kolegami, polewamy. Drogą jechał nadleśniczy. Zatrzymał się, przypatrzył, nie zaszedł na jednego... Aw poniedziałek przyjeżdża na zrąb i mówi: „To ja cię miałem za porządnego człowieka, a ty mi też zaczynasz? Denaturkę ciągniesz?". No i tak się skończyło picie jak pan, z kulturą, wódki z soczkiem: bo ten sok od mamy - to był z jagód: z daleka naprawdę wyglądało, jakbyśmy dyktę" obciągali...