Po co nam kultura?

Okładka książki Po co nam kultura?
Terry Eagleton Wydawnictwo: Muza Seria: Spectrum publicystyka literacka, eseje
192 str. 3 godz. 12 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Seria:
Spectrum
Data wydania:
2012-10-01
Data 1. wyd. pol.:
2012-10-01
Liczba stron:
192
Czas czytania
3 godz. 12 min.
Język:
polski
ISBN:
9788377582589
Tłumacz:
Antoni Górny
Średnia ocen

                5,4 5,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Po co nam kultura? w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Po co nam kultura? i

O Kulturze, kulturze i kulturach



1151 31 17

Oceny książki Po co nam kultura?

Średnia ocen
5,4 / 10
30 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1367
364

Na półkach: ,

Celne spostrzeżenia, ale sposób narracji i przedstawiania faktów niezbyt wyrażny żeby nie powiedzieć nudny. Na szczęście każdy rodział tworzy spójną całość więc można czytać w dłuższych odstępach czasu. Co do treści autor stara się ustalić jej miejsce w obecnym świecie tym samym spróbować dojść do tego czym naprawdę owa kuktura jest.

Celne spostrzeżenia, ale sposób narracji i przedstawiania faktów niezbyt wyrażny żeby nie powiedzieć nudny. Na szczęście każdy rodział tworzy spójną całość więc można czytać w dłuższych odstępach czasu. Co do treści autor stara się ustalić jej miejsce w obecnym świecie tym samym spróbować dojść do tego czym naprawdę owa kuktura jest.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

98 użytkowników ma tytuł Po co nam kultura? na półkach głównych
  • 60
  • 38
27 użytkowników ma tytuł Po co nam kultura? na półkach dodatkowych
  • 20
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Po co nam kultura?

Inne książki autora

Terry Eagleton
Terry Eagleton
Brytyjski filozof neomarksistowski i teoretyk kultury, literaturoznawca.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

O procesie cywilizacji Norbert Elias
O procesie cywilizacji
Norbert Elias
Czym naprawdę jest cywilizacja? Już samo pojęcie wzbudza niemałe kontrowersje. Dla jednych to nic innego jak technika, sposób bycia, nauka, idee oraz wierzenia.Dla jeszcze innych to z kolei pewne wspólne cechy i zachowania, które łączą ludzi w narody, odróżniając je od siebie. Dla Francuza i Brytyjczyka cywilizacja to duma ze znaczenia własnego narodu, z postępu cywilizacji Zachodu, dla Niemca oznacza ona już zewnętrzną stronę człowieka i jest podkategorią kultury. „O procesie cywilizacji” to książka wyjątkowa z dwóch powodów, stanowi ona kompletne dzieło z zakresu socjologii, a zarazem jest lekturą, która w przystępny sposób ukazuje rozwój człowieka na przestrzeni dziejów. Książka Norberta Eliasa „O procesie cywilizacji’ została podzielona na 4 części. W pierwszej autor skupia się na kwestiach metodologicznych, na próbie zdefiniowania terminu „cywilizacja” oraz na przeciwstawianiu jej pojęciu „kultury”. Druga część ukazuje społeczne przeobrażenia zachowań ludzkich, dowiadujemy się więc o średniowiecznych formach towarzyskich, o zmiennym podejściu wobec potrzeb fizjologicznych, jak i o zmianie stosunków między kobietą a mężczyzną. W trzeciej części autor zwraca uwagę na etapy rozwoju państwa, na jego formy i instrumenty, a w czwartej natomiast stara się określić źródła dominacji cywilizacji „Zachodu”, próbuje przybliżyć czytelnikowi kwestie zmian stosunków międzyludzkich oraz wyjaśnić na czym dokładnie polega racjonalizacja rozwoju cywilizacji. Warty uwagi jest także fragmentukazujący jak istotną rolę pełni wstyd w utrwalaniu zaistniałego porządku społecznego. Z mojego punktu widzenia najciekawsza była druga część książki, która ukazywała historyczny rozwój ludzkości z zupełnie innej, „przyziemnej” perspektywy. Norbert Elias pokazuje bowiem jak na przestrzeni wieków zmieniało się zachowanie człowieka, jego podejście do kwestii intymnych, do nowości technologicznych, a także do ogólnie pojętej ogłady. Okazuje się, że rzeczy które dziś są najzupełniej normalne wzbudzały w przeszłości niemałe kontrowersje. Czy komuś przyszłoby dziś do głowy, że pojawienie się widelca może przełożyć się na wzrost napięć społecznych, i że było potrzeba blisko pięciuset lat na to, aby stał się on narzędziem powszechnego użytku. Czy ktoś wie, że grzeczność w średniowieczu nakazywała wycieranie nosa lewą ręką, gdy bierze się mięsiwo prawą lub, że spluwanie przy stole było zwyczajowo dozwolone. Mawiano często: „Nie powstrzymuj śliny, nie przystoi jej połykać”. Autor pokazuje również, że podejście do nagości człowieka miało charakter ewolucyjny. W średniowieczu, wbrew powszechnie przyjętym opiniom panowała duża swoboda w ukazywaniu swej cielesności, w wiekach kolejnych różnie już z tym bywało. Od fazy wstydliwości, po skrajną rozwiązłość. „O procesie cywilizacji” to książka, któranie tylko obfituje w ogromne ilości informacji, to także książka, która nie tylko ukazuje nieznane aspekty z historii świata, ale to także książka, która sama może poszczycić się ciekawą historią. Życiowe dzieło Norberta Eliasa zostało wydane w przededniu II wojny światowej, wojny, która wybuchła w imię wyższości jednej cywilizacji nad drugą. Sam autor zaś z racji swego żydowskiego pochodzenia musiał uciekać z Niemiec. Dla niektórych ta książka może się wydawać zbyt teoretyczna, zbyt naukowa, ale nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, bo to naukowa literatura, a Norbert Elias jest jedną z najważniejszych postaci współczesnych nauk społecznych, a przy okazji twórcą socjologii procesu. Zapraszam na stronę www.expertkujawski.pl
Mariusz Albiński - awatar Mariusz Albiński
ocenił na 7 11 lat temu
Żyj i pozwól żyć Agata Bielik-Robson
Żyj i pozwól żyć
Agata Bielik-Robson Michał Sutowski
Nie spodziewałem się aż takiej jazdy. Dużo się działo w życiu tej pani i dzięki temu, że zdecydowała się trochę o tym pogadać, również i w moim życiu psychicznym dużo i intensywnie się działo przez te dwa czy trzy wieczory z książką. *filozofia i nauka *środowiska opozycyjne (opozycyjne wobec "komuny) *emigracja i tematyka z tym związana *religia!!!! *polska polityka *ploteczki (ballady i romanse) *żydowscy mędrcy *angielska working class *polscy neurotycy i ich kompleksy *negatywność, nieskończoność, dialektyka, witalność *i o wiele więcej Książka zawiera również trochę zdjęć ABR Nieuk się niejednego tu może nauczyć a takoż i niewiasta dowiedzieć. :) Frapująca i sexy książka. Jest potencjał by do tego wracać. Stosunkowo lekko się czyta, choć od refleksji gęsto. Przy jej poważnych tekstach pewnie bym zasnął na pierwszej stronie. A wywiady-rzeki żywe, bystry nurt. Trzeba płynąć, ruch jest. Są paradoksy (to komplement!) Dużo można przy tym pływaniu i nurkowaniu w wirach przeoczyć - fakt. Ale nikt nie broni się zatrzymać, wyleźć na kamień, na słoneczko i przemyśleć, odpocząć, może i zawrócić. Można nawet zrobić notatki i gdzieniegdzie risercz w necie ponieważ nagromadzenie koncepcji i osób jest bardzo duże. Takoż i emocji. Aż się w głowie kręci. Drażni, irytuje, pobudza. Jątrzy, smaga, kręci, wierci. Nieraz i zawstydza.
sztrucla - awatar sztrucla
oceniła na 10 4 lata temu
Apollinaire Julia Hartwig
Apollinaire
Julia Hartwig
DNI ULATUJĄ, ON POZOSTAJE „Autorka tej książki nie znała Apollinaire’a” – dwukrotnie poczynione przez Julię Hartwig zastrzeżenie wywołuje dziś nostalgiczny uśmiech na ustach czytelnika. A jednak było ono wtedy niezbędne. W 1962 roku, kiedy Julia Hartwig kończyła pracę nad książką, od śmierci Apollinaire’a upłynęło bowiem mniej lat, niż dzisiaj od publikacji tej monografii. Nie zapominajmy też, że zaledwie trzech lat zabrakło, by doszło do symbolicznego, ale jakże znamiennego zazębienia się życiorysów dwojga poetów (Apollinaire zmarł w 1918 roku, Hartwig urodziła się w 1921). Trudno nie zauważyć, że książka ta zrodziła się z fascynacji, stała się przestrzenią spotkania dwojga poetów. Spotkanie to, choć nieoczywiste, jest przecież nieprzypadkowe, Julia Hartwig poświęciła bowiem twórczości francuskiego poety dużą część swojego życia, badając ją i przekładając (częściowo w duecie z mężem, Arturem Międzyrzeckim). W wywiadzie przeprowadzonym w 2015 roku, poetka dała dosłowny wyraz swojej fascynacji, mówiąc, że „Paryż widzi oczami Apollinaire’a”. Książka Julii Hartwig, mimo iż pretenduje do monograficznego ujęcia postaci Guillaume’a Apollinaire’a, jest jak najdalsza od naukowego hermetyzmu, czy jałowej sprawozdawczości, z którą często mamy do czynienia w biografiach. Guillaume Apollinaire sportretowany został przez Hartwig w szczególny sposób, jako postać żywa, „z krwi i kości”. Na ten fakt zwróciły uwagę już wielkie nazwiska recenzujące tę książkę tuż po jej publikacji w latach sześćdziesiątych – Julian Rogoziński w „Przeglądzie Kulturalnym” stwierdził, że „Apollinaire (…) nie przypomina w niczym figury woskowej spreparowanej rękami monografisty-naukowca, lecz jest postacią żywą, potraktowaną tak, jak to robi powieściopisarz”. Zaś Jarosław Iwaszkiewicz na łamach „Życia Warszawy” napisał, że „książka Julii Hartwig (…) rysuje obraz bohatera tak, jak rysuje się on we wrażliwej wyobraźni pisarza-autora”. Obydwa stwierdzenia można uznać za wyjątkowo trafne – myślę, że jedną z największych zalet tej książki są właśnie te momenty, w których Hartwig pisze o jednym z największych francuskich poetów własnymi słowami, „od siebie”, swoją wrażliwością i poetyckością, niejako abstrahując od całego materiału bibliograficznego. Wtedy, gdy poetka nie sili się na przesadnie zawiłe analizy Apollinaire’owskiego dorobku, czytelnik ma wrażenie obcowania z bohaterem powieści, co daje złudzenie partycypowania w jego życiorysie. „Apollinaire” to dzieło właściwie niemożliwe do streszczenia, będące prawdziwą kopalnią wiedzy na temat życia i twórczości jednego z najważniejszych francuskich poetów, który zainspirował pokolenia. Zasygnalizuję zatem zaledwie jeden wątek, który przynajmniej w teorii powinien najbardziej zainteresować czytelnika nad Wisłą. Chodzi tu mianowicie o polskie korzenie Guillaume’a Apollinaire’a. Urodzony w Rzymie w 1880 roku, naprawdę nazywał się Wilhelm Apolinary Kostrowicki, pochodził ze szlacheckiego rodu posługującego się herbem Wąż. Nazwisko odziedziczył po matce, tożsamość ojca do dziś pozostaje zagadką. Jak z dozą specyficznej ironii pisze Hartwig, Apollinaire „tolerował wszystkie możliwe warianty dotyczące swego pochodzenia, pod warunkiem, by przypisywany mu ojciec był osobą wysoko postawioną, stąd jego chętna zgoda nawet na papę kardynała”. Co istotne, poeta miał świadomość swojego polskiego dziedzictwa, leżała mu na sercu sprawa polskiej niepodległości. Choć nie posługiwał się językiem polskim, czuł się spadkobiercą kultury kraju swojego pochodzenia, takich jak choćby ludowych legend. Hartwig przytacza fragment z korespondencji poety, w którym wprost określa się on mianem polskiego pisarza: „Nietzsche był Polakiem jak ja. Wielki pisarz niemiecki to znów Polak, Przybyszewski (nie czytałem go). Trzech jest dziś Polaków znanych w literaturze, a żaden z nich nie pisał po polsku: Conrad w Anglii (ma talent), Przybyszewski w Niemczech. I ja we Francji”. Choć mało przenikliwe to stwierdzenie, ignorujące zupełnie dokonania polskiej literatury epoki romantyzmu, to jednak bardzo ujmujące i dziś niezwykle cenne. W innym miejscu opisuje Hartwig poetę bardzo wyrazistymi słowami: „Ten potomek starej kultury, ten znakomity mieszaniec noszący w sobie ziarna tragizmu co najmniej trzech nacji”. Tragicznym chichotem historii jest fakt, że Guillaume Apollinaire, ciężko raniony w głowę na froncie, a później dobity przez epidemię hiszpanki, umiera 9 listopada 1918 roku, niecałe dwie doby od niepodległości kraju jego przodków. W trakcie pogrzebu poety, 13 listopada, uliczny tłum wznosił okrzyki „À bas Guillaume!” („Precz z Wilhelmem!”), rzecz jasna pod adresem ostatniego cesarza niemieckiego Wilhelma II, ale owa koincydencja musiała wówczas sprawiać cokolwiek upiorne wrażenie. Wyzwanie, jakim bez wątpienia była próba sporządzenia portretu Guillaume’a Apollinaire’a, wiązało się dla Julii Hartwig z koniecznością naszkicowania całego kontekstu epoki. Opowieść rozwija się niejako dwutorowo – w szerszym kontekście widzimy również losy ówczesnej bohemy Paryża – wszystkich artystów-głodomorów, żyjących nadzieją na wielką karierę. Pośród nich gwiazda Apollinaire’a świeciła wyjątkowym blaskiem – nie tylko jako natchnionego poety, ale również jako poważanego krytyka, zawsze gotowego stanąć po stronie swoich przyjaciół. Czym byłby kubizm bez Apollinaire’a? Poeta był twórcą na wskroś nowoczesnym, konsekwentnie popierającym wszelkie awangardy w sztuce, choćby nie cieszące się chwilowo popularnością. Było też w Apollinairze coś z wizjonera, który przewidział powstanie wielu wynalazków „radia, nawet telewizji, kto wie czy nie komputerów”, jak pisze Hartwig w posłowiu. Nade wszystko jednak za jego sprawą dokonała się rewolucja w poezji, swoimi utworami przewietrzył stęchliznę dawnej poetyckiej frazy i zainspirował pokolenia. To jego twórczość była jednym z najważniejszych fundamentów, na których później miał wyrosnąć surrealizm. Aż dziw bierze, że żaden z twórców francuskich, przyznających się do inspiracji dziełem Apollinaire’a nie wystawił poecie tak wspaniałego pomnika, jak uczyniła to poetka z Polski. Z pewnością jest to książka bardzo erudycyjna, choć tego komplementu akurat należy używać z rozwagą, gdyż jak dowiadujemy się z książki, to właśnie „erudycyjności” używano jako inwektywy pod adresem dzieł Apollinaire’a, zrównując wyżej wymienioną z przesadnym eklektyzmem, eksperymentatorstwem, czy wręcz pensjonarskością. Dziś, „Apollinaire” jest również dziełem-wyrazicielem pewnej dokumentalnej nostalgii – jak zaznaczyłem wyżej, w momencie, w którym autorka kończyła pracę nad książką, od śmierci jej bohatera minęły zaledwie 44 lata, więc jego duch mógł wciąż być obecny. W posłowiu poetka przytacza niezwykle wzruszającą historię osobistego doświadczenia dziedzictwa Apollinaire’a. Na początku lat sześćdziesiątych, napisała z Warszawy list pod stary adres z 1918 roku, który, ku zaskoczeniu Hartwig, okazał się wciąż aktualny. Tak oto autorka została zaproszona przez wdowę po poecie, do odwiedzenia miejsca, w którym Guillaume Apollinaire spędził sporą część życia, pracował i przedwcześnie zakończył życie. Julia Hartwig cytuje słowa jednego z przyjaciół Apollinaire’a: „Nie twierdzę, że znajdę klucz do jego istnienia (…) Przed zbliżeniem się do niego trzeba się zastanowić długo i rozważnie. A i to jeszcze nie daje pewności, ponieważ jest to człowiek tajemniczy i niemożliwy do całkowitego poznania”. To zdanie można uznać za motto tej niezwykle wartościowej książki, Hartwig już we wstępie zaznacza, że poza poezją, musiała posłużyć się głównie dokumentami i wspomnieniami. Jej książka zatem nie rości sobie prawa do miana jedynej i niepodważalnej prawdy na temat poety. Ale w jednym momencie napisała Hartwig zdanie ważne i ujmujące: „(…) w sprawie poezji przyzwoitość nakazuje zawsze stanąć po stronie poety, nie zaś anegdoty, choćby najdowcipniejszej”. Tej zasadzie bowiem wierny był Apollinaire wobec otaczających go zewsząd poetów, tak też postąpiła wobec Apollinaire’a Julia Hartwig. Choć książka ta bez wątpienia jest pomnikiem, to na pewno daleko jej do apokryfu. Autorka wielokrotnie nie zawahała się przed opisywaniem swojego bohatera w sytuacjach, w których daleko mu do jakiegokolwiek ideału. Ale stoi po jego stronie, świadoma duchowego pokrewieństwa. Życiorysy poetów to bardzo niepewne tworzywo, wymagające delikatności i empatii. Myślę, że książka Julii Hartwig jest dowodem na to, że biografię poety może dobrze napisać tylko inny poeta.
Tomasz Wojewoda - awatar Tomasz Wojewoda
oceniła na 9 7 lat temu
Po ludobójstwie. Eseje o języku, polityce i kinie Pier Paolo Pasolini
Po ludobójstwie. Eseje o języku, polityce i kinie
Pier Paolo Pasolini
Autor to osoba naprawdę niesamowita. Jej niesamowitość jest wielowątkowa. Poeta, reżyser filmowy, autor krytycznych i obrazoburczych tekstów na temat procesów politycznych i kulturowych zachodzących we współczesnych Pasoliniemu Włoszech, ale które niewiele różnią się od tego, czego doświadczyły trochę wcześniej inne kraje zachodnie. Ale później też, chociaż Pasolini tego nie dożył. I do tego komunista. Pierwszą część książki, w której Pasolinii - niekoniecznie przystępnie - ukazuje rewolucje w sferze komunikacji, języka, obrazu i tym samym zmian w opisie rzeczywistości raczej przerzuciłem bez ekscytacji. Im dalej w las, tym więcej ... stron, które nie pozostawiają czytelnika ( w tym przypadku mnie, ale wierzę, że nie jestem odosobniony) obojętnym na to co pisze Pasolinii. Powtórzę jeszcze raz: Pasolinii pisze o Włoszech, ale w zasadzie przy odrobinie czytelniczej inwencji można te impresje przetransponować i spożytkować przyglądając się realiom naszej pięknej i rozbrykanej Polski. Kluczowe dla zrozumienia fenomenu Pasoliniego jest jego definiowanie tytułowego "ludobójstwa". Otóż zdaniem niepokornego Włocha (śmierć niestety miał marną i tragiczną") ludobójstwo Hitlera to rzecz tragiczna, haniebna, ale jego zdaniem jest też ludobójstwo kulturowe. Nastąpiło kulturowe ludobójstwo całych grup ludności. Aby oddać logikę wywodu tej kwestii, ale chyba i innych nietrudnych do zauważenia procesów posłużę się tym, bardzo mocnym, cytatem: "Gdybym odbył długą podróż i wrócił po kilku latach, krążąc po "wielkiej plebejskiej metropolii", odniósłbym wrażenie, że wszyscy jej mieszkańcy zostali deportowani i zgładzeni, a na ulicach i podwórzach zastąpiły ich pobladłe, dzikie, nieszczęśliwe upiory. Właśnie hitlerowscy esesmani. Młodzi ludzie - odarci z wartości i wzorców, jakby spuszczono z nich krew - którzy stali się kalkami innego sposobu bycia oraz innego pojmowania: typowy drobnomieszczanin nakierowany jedynie na hedonistyczny i materialistyczny konsumpcjonizm." I jeszcze ten, który też można przenieść na nasze realia, zamieniając czasy Mussoliniego z naszym okresem PRL-u. "Gazeta faszystowska czy wypisywanie na wiejskich zabudowaniach slogany w duchu Mussoliniego mogą jedynie śmieszyć: podobnie jak pług w zestawieniu z traktorem.. Faszyzm, nie był zasadniczo w stanie nawet zadrasnąć duszy włoskiego ludu: nowy faszyzm, poprzez nowe środki komunikacji i informacji, nie tylko ją zadrasnął, ale ją rozdarł, pogwałcił, na zawsze splugawił." I takie to ludobójstwo Pasoliniego.
werblista - awatar werblista
oceniła na 7 9 miesięcy temu

Cytaty z książki Po co nam kultura?

Więcej
Terry Eagleton Po co nam kultura? Zobacz więcej
Więcej