Wstyd mi, bo po raz pierwszy nie rozumiem sensu książki. Wstyd jak diabli, bo przeczytałam i po raz pierwszy nie wyniosłam z niej nic dla siebie. Może dlatego, że ostatnio mam alergię na smutne opowieści? A może dlatego, że spodziewałam się czegoś z happy-endem, dającego nadzieję i power do działania? Pewnie wszystko złożyło się na moją opinię o lekturze. Tak czy inaczej w Święta usiadłam sobie spokojnie na kanapie i praktycznie na raz przeczytałam „Dzieci Jonasza” Joanny Stańdy.
Zaraz wyjaśnię, o co mi chodzi. Usiadłam, zaczęłam czytać… Zapisywałam sobie fabułę w formie słów kluczy, żeby nie zapomnieć co się działo. „Dziecko, niemowa, rodzeństwo, pożar”. Wybuchł pożar, ten biedny chłopak został uwięziony na strychu i… koniec. Zaczęłam pospiesznie przeglądać następne strony, spodziewając się ratunku, pogodzenia z losem, czegokolwiek! A kolejny rozdział zamiast rozwiązania przyniósł mi nową opowieść. Mruknęłam coś cicho do siebie, ale jakoś to przebolałam. W końcu… Nie wszystkie cykle opowiadań muszą zaczynać się dobrze. Poza tym później na pewno pojawi się jakieś odniesienie do tego smutnego wydarzenia…
Zaczęłam więc na spokojnie czytać drugą nowelkę z około piętnastu. „Sierociniec, rzut kamieniem w czoło, ucieczka, legenda o kamiennym lwie”. Chłopak wychowywał się w sierocińcu u sióstr. Zemdlał z głodu. Skopany przez jednego z opiekunów, rzucił mu w skroń kamieniem i uciekł, szukając lepszego życia. Czy to była szczęśliwa opowieść? Być może. Jedna z dwóch najszczęśliwszych w tym cyklu.
I tak do końca. Piętnaście opowieści o dzieciach skrzywdzonych przez los. Trzynaście z nich bez szans na jakikolwiek happy-end. Wiecie, chyba każdy lubi, jak książka wzrusza, daje do myślenia, no ale bez przesady! Przecież każdy wie, jaki świat jest zły i okrutny. Mówią nam to na każdym kroku dziennikarze o przerażonych spojrzeniach, którzy uważają, że śmierć się najlepiej sprzedaje. I widzimy to wokół siebie… A w książkach szukamy oderwania od smutnej rzeczywistości! Nadziei! Nie wszystko zawsze dobrze się kończy, ale ta nadzieja jest ważna!
„Śmierć, pchnięcie nożem, dziecko z głową w kociołku, niechciana ciąża, wizyta u psychiatry, babcia dręcząca kobietę z zaświatów”. Tyle mogę w skrócie napisać jeszcze o fabule. A wielka szkoda, bo styl pisania jest bardzo ładny. Porywa i nie pozwala się oderwać. W międzyczasie otrzymujemy ciekawe opowieści, legendy, rozmyślania. A jednak smutny charakter utworu jakoś wytrącał (przynajmniej mnie) z radości czytania.
Nie zależy mi, żeby krytykować tą książkę. Znacznie prościej krytykuje się autorów, z którymi nie ma się namacalnego kontaktu. Wiecie, na kogoś kto jest za oceanem i kogo nie znam mogę sobie wrzucać ile chcę, bo mi wolno i o! :) Ale jeżeli mam z kimś nawet pośredni kontakt… Wierzę, że każdy włożył w swoje dzieło ogromnie dużo serca i ogromnie dużo pracy. I w każdym utworze da się znaleźć coś dobrego. Tym razem po prostu nie podeszła mi tematyka. Ale jeśli szukacie opowieści, nad którą po prostu chcecie się na chwilę zasmucić… albo zatrzymać się nad sensem swojego życia – zapraszam :) Piękny język i lekkość autorki na pewno przypadną Wam do gustu.
Wstyd mi, bo po raz pierwszy nie rozumiem sensu książki. Wstyd jak diabli, bo przeczytałam i po raz pierwszy nie wyniosłam z niej nic dla siebie. Może dlatego, że ostatnio mam alergię na smutne opowieści? A może dlatego, że spodziewałam się czegoś z happy-endem, dającego nadzieję i power do działania? Pewnie wszystko złożyło się na moją opinię o lekturze. Tak czy inaczej w...
„Dzieci Jonasza” dostarczają wielu wzruszeń ale i poczucia, że godząc się ze swoim losem, którego czasami nawet nie rozumiemy, chmury zgromadzone nad naszym życiem zaczną się rozstępować i wszystko zacznie się lepiej układać.
„Dzieci Jonasza” dostarczają wielu wzruszeń ale i poczucia, że godząc się ze swoim losem, którego czasami nawet nie rozumiemy, chmury zgromadzone nad naszym życiem zaczną się rozstępować i wszystko zacznie się lepiej układać.
Wstyd mi, bo po raz pierwszy nie rozumiem sensu książki. Wstyd jak diabli, bo przeczytałam i po raz pierwszy nie wyniosłam z niej nic dla siebie. Może dlatego, że ostatnio mam alergię na smutne opowieści? A może dlatego, że spodziewałam się czegoś z happy-endem, dającego nadzieję i power do działania? Pewnie wszystko złożyło się na moją opinię o lekturze. Tak czy inaczej w Święta usiadłam sobie spokojnie na kanapie i praktycznie na raz przeczytałam „Dzieci Jonasza” Joanny Stańdy.
Zaraz wyjaśnię, o co mi chodzi. Usiadłam, zaczęłam czytać… Zapisywałam sobie fabułę w formie słów kluczy, żeby nie zapomnieć co się działo. „Dziecko, niemowa, rodzeństwo, pożar”. Wybuchł pożar, ten biedny chłopak został uwięziony na strychu i… koniec. Zaczęłam pospiesznie przeglądać następne strony, spodziewając się ratunku, pogodzenia z losem, czegokolwiek! A kolejny rozdział zamiast rozwiązania przyniósł mi nową opowieść. Mruknęłam coś cicho do siebie, ale jakoś to przebolałam. W końcu… Nie wszystkie cykle opowiadań muszą zaczynać się dobrze. Poza tym później na pewno pojawi się jakieś odniesienie do tego smutnego wydarzenia…
Zaczęłam więc na spokojnie czytać drugą nowelkę z około piętnastu. „Sierociniec, rzut kamieniem w czoło, ucieczka, legenda o kamiennym lwie”. Chłopak wychowywał się w sierocińcu u sióstr. Zemdlał z głodu. Skopany przez jednego z opiekunów, rzucił mu w skroń kamieniem i uciekł, szukając lepszego życia. Czy to była szczęśliwa opowieść? Być może. Jedna z dwóch najszczęśliwszych w tym cyklu.
I tak do końca. Piętnaście opowieści o dzieciach skrzywdzonych przez los. Trzynaście z nich bez szans na jakikolwiek happy-end. Wiecie, chyba każdy lubi, jak książka wzrusza, daje do myślenia, no ale bez przesady! Przecież każdy wie, jaki świat jest zły i okrutny. Mówią nam to na każdym kroku dziennikarze o przerażonych spojrzeniach, którzy uważają, że śmierć się najlepiej sprzedaje. I widzimy to wokół siebie… A w książkach szukamy oderwania od smutnej rzeczywistości! Nadziei! Nie wszystko zawsze dobrze się kończy, ale ta nadzieja jest ważna!
„Śmierć, pchnięcie nożem, dziecko z głową w kociołku, niechciana ciąża, wizyta u psychiatry, babcia dręcząca kobietę z zaświatów”. Tyle mogę w skrócie napisać jeszcze o fabule. A wielka szkoda, bo styl pisania jest bardzo ładny. Porywa i nie pozwala się oderwać. W międzyczasie otrzymujemy ciekawe opowieści, legendy, rozmyślania. A jednak smutny charakter utworu jakoś wytrącał (przynajmniej mnie) z radości czytania.
Nie zależy mi, żeby krytykować tą książkę. Znacznie prościej krytykuje się autorów, z którymi nie ma się namacalnego kontaktu. Wiecie, na kogoś kto jest za oceanem i kogo nie znam mogę sobie wrzucać ile chcę, bo mi wolno i o! :) Ale jeżeli mam z kimś nawet pośredni kontakt… Wierzę, że każdy włożył w swoje dzieło ogromnie dużo serca i ogromnie dużo pracy. I w każdym utworze da się znaleźć coś dobrego. Tym razem po prostu nie podeszła mi tematyka. Ale jeśli szukacie opowieści, nad którą po prostu chcecie się na chwilę zasmucić… albo zatrzymać się nad sensem swojego życia – zapraszam :) Piękny język i lekkość autorki na pewno przypadną Wam do gustu.
Wstyd mi, bo po raz pierwszy nie rozumiem sensu książki. Wstyd jak diabli, bo przeczytałam i po raz pierwszy nie wyniosłam z niej nic dla siebie. Może dlatego, że ostatnio mam alergię na smutne opowieści? A może dlatego, że spodziewałam się czegoś z happy-endem, dającego nadzieję i power do działania? Pewnie wszystko złożyło się na moją opinię o lekturze. Tak czy inaczej w...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Dzieci Jonasza” dostarczają wielu wzruszeń ale i poczucia, że godząc się ze swoim losem, którego czasami nawet nie rozumiemy, chmury zgromadzone nad naszym życiem zaczną się rozstępować i wszystko zacznie się lepiej układać.
„Dzieci Jonasza” dostarczają wielu wzruszeń ale i poczucia, że godząc się ze swoim losem, którego czasami nawet nie rozumiemy, chmury zgromadzone nad naszym życiem zaczną się rozstępować i wszystko zacznie się lepiej układać.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to