cytaty z książki "Wiedza radosna"
katalog cytatów
A gdyby tak pewnego dnia lub nocy jakiś demon wpełznął za tobą w twą najsamotniejszą samotność i rzekł ci: ‘Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy; i nie będzie nic w niem nowego, tylko każdy ból i każda rozkosz i każda myśl i westchnienie i wszystko niewymownie małe i wielkie twego życia wrócić ci musi, i wszystko w tym samym porządku i następstwie – tak samo ten pająk i ten blask miesiąca pośród drzew i tak samo ta chwila i ja sam. Wieczna klepsydra istnienia odwraca się jeno – a ty z nią, pyłku z pyłu!’ – Czy nie padłbyś na ziemię i nie zgrzytał zębami i nie przeklął demona, któryby tak mówił? Lub czy przeżyłeś kiedy ogromną chwilę, w którejbyś był mu rzekł: ‘Bogiem jesteś i nigdy nie słyszałem nic bardziej boskiego!’ gdyby myśl ta uzyskała moc nad tobą, zmieniłaby i zmiażdżyła może ciebie, jakim jesteś. Pytanie przy wszystkiem i każdym szczególe: ‘czy chcesz tego jeszcze raz i jeszcze niezliczone razy?’ leżałoby jak największy ciężar na postępkach twoich. Lub jakże musiałbyś kochać samego siebie i życie, by niczego więcej nie pragnąć nad to ostateczne, wieczne poświadczenie i pieczętowanie
Żyj w niewiadomości tego, co twemu stuleciu zdaje się najważniejsze! Odgrodź siebie od dnia dzisiejszego co najmniej skórą trzech stuleci! A niech krzyk dnia dzisiejszego, zgiełk wojen i rewolucji będzie ci pomrukiem!
112.
Przyczyna i skutek. – Zwiemy to "wytłumaczeniem"; lecz "opisem" jest to, co nas odróżnia od dawniejszych stopni poznania i wiedzy. Opisujemy lepiej – nie tłumaczymy więcej niż nasi poprzednicy. Odkryliśmy różnorodną kolejność tam, gdzie człowiek naiwny i badacz dawniejszych kultur widział tylko dwie rzeczy, "przyczynę" i "skutek", jak mówiono; udoskonaliliśmy obraz stawania się, lecz nie wydostaliśmy się ponad obraz, poza obraz. Szereg "przyczyn", który mamy przed oczyma, jest zupełniejszy; wnioskujemy: to i to musi wpierw poprzedzić, by owo nastąpiło – lecz nie pojęliśmy nic przez to. Jakość, na przykład w każdym przebiegu chemicznym, wydaje się potem jak i przedtem "cudem", tak samo ruch ciągły; nikt nie wytłumaczył pchnięcia. Skądże byśmy zaś mogli tłumaczyć! Operujemy samymi tylko rzeczami, których nie ma, liniami, płaszczyznami, ciałami, atomami, podzielnymi czasami; podzielnymi płaszczyznami – jakże też ma być choćby możliwe wytłumaczenie, jeśli z wszystkiego pierw obraz czynimy, swój obraz. To dosyć, że zapatrujemy się na wiedzę, jako na najmożliwiej wierne uprzystępnianie człowiekowi rzeczy, uczymy się coraz dokładniej opisywać siebie samych, opisując rzeczy i ich kolejność. Przyczyna i skutek; taka dwojakość nie istnieje prawdopodobnie – w rzeczywistości mamy przed sobą pewne continuum, z którego wyosabniamy kilka odłamków; tak jak ruch spostrzegamy zawsze tylko jako wyosobnione punkty, więc właściwie nie widzimy, lecz o jego istnieniu wnioskujemy. Nagłość, z jaką skutki się odcinają, wprowadza nas w błąd; jest to jednak tylko dla nas nagłość. Istnieje w tej samej sekundzie nagłości nieskończona moc przebiegów, uchodzących naszej uwagi. Intelekt, który by widział przyczynę i skutek jako continuum, nie w nasz sposób jako coś dowolnie rozdzielonego i rozczłonkowanego, który by widział tok zdarzenia – zarzuciłby pojęcie przyczyny i skutku i zaprzeczył istnienia wszelkiej warunkowości.
114.
Rozległość moralności. – Nowy obraz, który widzimy, konstruujemy natychmiast z pomocą wszystkich starych doświadczeń, któreśmy poczynili, wedle stopnia swej rzetelności i sprawiedliwości. Nie ma wcale innych wydarzeń życiowych, oprócz moralnych, nawet w dziedzinie spostrzeżeń zmysłowych.
Niewygodna właściwość - Wszystkie rzeczy znajdować głębokimi - to niewygodna właściwość: sprawia ona, że wytęża się ustawicznie oczy, a w końcu widzi się zawsze więcej, niż się życzyło.
Przypomnijmy sobie po wtóre Kanta i ogromny znak zapytania, który wypisał przy pojęciu "przyczynowości" – nie żeby jak Hume w ogóle podał w wątpliwość jego słuszność: począł raczej ostrożnie zakreślać granice królestwa, w którego obrębie pojęcie to w ogóle ma sens (do dziś jeszcze nie uporano się z tym wytykaniem granic). Weźmy po trzecie zdumiewające ujęcie rzeczy Hegla, który przetrząsnął nim wszystkie logiczne nawyknienia i nałogi, gdy odważył się nauczać, że pojęcia rodzajów rozwijają się jedne z drugich: które to twierdzenie przysposobiło ducha Europy do ostatniego wielkiego ruchu naukowego, do darwinizmu – bo bez Hegla nie ma Darwina.
Jest on przekonany, że jeśli coś czyni, na przykład wymierza uderzenie, to on jest tym, co uderza i że uderzył, ponieważ chciał uderzyć. Nie widzi w tym żadnego problematu, lecz uczucie woli wystarcza mu nie tylko do przyjęcia przyczyny i skutku, ale także do wiary, że ich stosunek rozumie. Nie wie nic o mechanizmie wydarzenia i wielorakiej drobiazgowej pracy, która wpierw spełniona być musi, by dojść mogło do uderzenia, nie wie też o niezdolności woli w sobie do wykonania najmniejszej choćby tylko części tej pracy. Wola jest dla niego magicznie działającą siłą: wiara w wolę, jako w przyczynę skutków, jest wiarą w magicznie działające siły. Otóż pierwotnie człowiek wierzył wszędzie, gdzie widział jakieś wydarzenie, wierzył w działanie jakiejś woli jako przyczyny i jakichś poza nią osobiście chcących istot – pojęcie mechaniki było mu zgoła obce. Ponieważ jednak przez niesłychanie długi czas człowiek wierzył tylko w osoby (a nie w materie, siły, rzeczy i tak dalej), przeto wiara w przyczynę i skutek stała się dlań wiarą podstawową, którą posługuje się wszędzie, gdzie się coś wydarza – i teraz jeszcze instynktownie, wskutek resztek atawizmu najstarszego pochodzenia. Twierdzenia "nie ma skutku bez przyczyny", "każdy skutek jest znów przyczyną" wydają się uogólnieniami daleko ciaśniejszych twierdzeń: "gdzie jest działanie, tam była wola działania", "działać można tylko na istoty chcące", "nie doznaje się nigdy żadnego działania bez jakiegoś skutku, lecz wszystko czego się doznaje jest pobudzeniem woli" (do czynu, obrony, zemsty, odwetu) – lecz w praczasach ludzkości były te i owe twierdzenia identyczne, pierwsze nie były uogólnieniami drugich, lecz drugie objaśnieniami pierwszych.
Lecz jakże możemy ganić lub chwalić wszechświat. Strzeżmy się pomawiać go o bezlitosność lub nierozum, lub o ich przeciwieństwa: nie jest on ani doskonały, ani piękny, ani szlachetny i nie chce nic o tym wszystkim wiedzieć, nie dąży wcale do naśladowania człowieka! Nie dotyka go wcale żaden z naszych estetycznych i moralnych sądów! Nie ma on też żadnego popędu samozachowawczego, ani żadnych w ogóle popędów; nie zna też żadnych praw. Strzeżmy się mówić, że istnieją prawa w przyrodzie. Są tylko konieczności: nie ma ani tego, kto rozkazuje, ani tego, kto słucha, ani tego, kto wykracza. Jeśli wiecie, że nie ma wcale celów, to wiecie też, że nie ma przypadku: bo tylko w świecie celów ma sens słowo "przypadek". Wystrzegajmy się też mówić, że śmierć jest przeciwna życiu. Co żyje, jest tylko rodzajem tego, co martwe i to rodzajem bardzo rzadkim. – Strzeżmy się myśli, że świat stwarza wiecznie coś nowego. Nie ma wcale wiecznotrwałych substancji: materia jest właśnie takim samym błędem, jak bóg eleatów. Lecz kiedyż dojdziemy do końca ze swoją ostrożnością i przezornością? Kiedyż przestaną nas już zaciemniać te wszystkie cienie Boga?
355.
Źródło naszego pojęcia "poznanie". – Biorę to wyjaśnienie z ulicy: słyszałem jak ktoś z tłumu rzekł "poznał mnie" – przy tym zapytałem: co rozumie właściwie tłum przez poznanie? Czego chce, jeśli chce "poznania"? Niczego więcej nad to: by coś obcego sprowadzić do czegoś znajomego. A my filozofowie – zrozumieliżeśmy właściwie więcej przez poznanie? Znajome, to znaczy: to, do czegośmy nawykli, tak że się już temu nie dziwimy, nasza codzienność, jakieś prawidło, w którym tkwimy, rzecz wszelka i każda, w której się czujemy w domu. – Co? Nie jestże nasza potrzeba poznawania właśnie tą potrzebą znajomości? Chęcią odkrywania we wszystkim, co obce, niezwykle, wątpliwe, czegoś, co nas już nie niepokoi? Czy to nie instynkt trwogi każe nam poznawać? Nie jestże radowanie się poznającego właśnie radowaniem się z osiągniętego znowu uczucia bezpieczeństwa?... Filozof ten mniemał, że "poznał" świat, gdy go sprowadził do idei: ach, czyż nie dlatego, że "idea" była mu tak znajoma, tak zwyczajna, że się już tak mało bał "idei"?
Co tworzy u ciebie historię każdego dnia? Przypatrz się swoim nawyknieniom, z których się ona składa: czy są one wytworem niezliczonych drobnych tchórzostw i lenistw, czy też twej walecznosci i wynalazczego rozumu?
Co jest pieczęcią osiągniętej wolności?- Przestać się wstydzić samego siebie.
110.
Pochodzenie poznania. – Intelekt nie wytwarzał przez długie okresy czasu nic, oprócz błędów; niektóre z nich okazały się pożytecznymi i sprzyjającymi zachowaniu rodzaju; kto się na nie natknął lub je odziedziczył, toczył swój bój za siebie i swych następców z większym szczęściem. Takie błędne wierzenia, które dziedzicznie przechodziły coraz dalej i wreszcie stały się prawie zasadniczą treścią rodzaju ludzkiego, to te na przykład: że są rzeczy trwałe, że są rzeczy równe, że są rzeczy, materie, ciała, że rzecz jakaś jest tym, czym się wydaje, że wola nasza jest wolna, że co dla mnie jest dobre, jest też dobre w sobie i dla siebie. Bardzo późno dopiero wystąpili przeczyciele i wątpiciele, co do takich zdań – bardzo późno dopiero wystąpiła prawda, jako najzawodniejsza forma poznania. Zdawało się, że niemożliwe będzie z nią żyć, organizm nasz urządzony był dla jej przeciwieństwa; wszystkie jego wyższe funkcje, spostrzeżenia zmysłów i wszelki rodzaj odczuwania w ogóle, pracowały owymi prastarymi, wcielonymi błędami zasadniczymi. Co więcej: zdania owe stały się nawet w zakresie poznania normami, którymi mierzono "prawdziwość" i "nieprawdziwość" – aż w najodleglejsze dziedziny czystej logiki.
Że jednak te jednostki inaczej odczuwają i "smakują", zależy to zazwyczaj od pewnej osobliwości ich sposobu życia, pożywienia, trawienia, może od pewnego plus lub minus soli nieorganicznych w ich krwi i mózgu, słowem od physis.
(...) mogę wyrazić domysł, że świadomość rozwinęła się w ogóle tylko pod naciskiem potrzeby powiadamiania się – że pierwotnie tylko między człowiekiem i człowiekiem (między rozkazującym i słuchającym w szczególności) była potrzebna, pożyteczna i rozwinęła się także tylko w stosunku do stopnia tej pożyteczności. Świadomość jest właściwie tylko siecią, łączącą człowieka z człowiekiem – tylko jako taka musiała się rozwijać: pustelniczy i drapieżny człowiek nie byłby jej potrzebował. Że nasze postępki, myśli, uczucia, poruszenia same dochodzą nam do świadomości – przynajmniej ich część – to skutek straszliwego, długiego "musu" władnącego nad człowiekiem: potrzebował on, jako najbardziej zagrożone zwierzę, pomocy, obrony, potrzebował równego sobie, musiał wyrazić swą potrzebę, umieć się wytłumaczyć – a na to wszystko potrzebował przede wszystkim "świadomości", więc sam "wiedzieć", czego mu brak, "wiedzieć", jak mu jest na duchu, "wiedzieć", co myśli. Bo aby rzec raz jeszcze: człowiek, jak każde żyjące stworzenie, myśli ustawicznie, lecz o tym nic wie; świadome myślenie jest tylko najmniejszą tego częścią, powiedzmy: najpowierzchowniejszą, najlichszą częścią – bo jedynie to myślenie świadome odbywa się w słowach, to znaczy w znakach powiadamiania się, przez co zdradza się samo świadomości pochodzenie. Słowem, rozwój mowy i rozwój świadomości (nie rozumu, lecz jedynie uświadamiania się rozumu sobie) idą ręka w rękę.
Udawać samą siebie. – Ona go kocha i od tej pory spogląda wokół ze spokojną ufnością krowy – ale biada! – Urzekła go właśnie tym, co wydawało się w niej na wskroś zmienne i nieuchwytne! Stałej pogody miał aż nadto w samym sobie! Czy nie powinna dla własnego dobra udawać, że jest dawną sobą? Mamić brakiem miłości? A czy to miłość nie jest doradczynią? Vivat comoedia!
121.
Życie nie jest żadnym argumentem. – Urządziliśmy sobie świat tak, żebyśmy w nim żyć mogli – ustanowiliśmy sobie ciała, linie, płaszczyzny, przyczyny i skutki, ruch i spoczynek, kształt i treść: bez tych artykułów wiary nikt by z nas teraz nie zniósł życia! Lecz nie są one przez to jeszcze niczym dowiedzionym! Życie nie jest żadnym argumentem; między warunkami życia mógłby się znajdować błąd!
37.
Dzięki trzem błędom. – W ostatnich wiekach posuwano naprzód naukę, w części dlatego, że spodziewano się w niej i przez nią zrozumieć najlepiej dobroć i mądrość Boga – główny motyw w duszy wielkich Anglików (na przykład Newton) – w części dlatego, że wierzono w bezwzględną pożyteczność poznania, mianowicie w najściślejszy związek moralności, wiedzy i szczęścia – główny motyw w duszy wielkich Francuzów (na przykład Voltaire) – w części dlatego, że w mniemaniu swym posiadano i kochano w nauce coś bezosobistego, coś błogiego, wystarczającego samemu sobie, coś prawdziwie niewinnego, w czym złe popędy człowiek w ogóle nie uczestniczą – główny motyw w duszy Spinozy, który jako poznający czuł się boskim – więc dzięki trzem błędom!
Świadczeniem dobrodziejstw i życzliwością na takich, którzy w jakiś sposób już od nas zależą( to znaczy zwykli o nas myśleć jako o ich przyczynie); chcemy ich moc pomnożyć, bo w ten sposób pomnażamy własną, lub chcemy dać im poznać korzyść, którą przynosi znajdowanie się w naszej mocy- w ten sposób stają się oni bardziej zadowoleni ze swego położenia, a gotowi do walki przeciw wrogom naszej mocy.
Świadczeniem dobrodziejstw i wyrządzaniem bólu wywiera się moc swoją na innych- o nic więcej przy tym nie chodzi! Wyrządzaniem bólu wywiera się ją na takich, którym musimy dopiero dać poczuć moc swoją; bo ból jest daleko bardziej dojmującym środkiem do tego niż rozkosz: ból zawsze szuka przyczyny, gdy tymczasem rozkosz skłonna jest zatrzymać się przy samej sobie i nie oglądać wstecz.
Jest dość ludzi, którzy mogą oddawać się swym popędom z wdziękiem i beztroską" lecz nie czynią tego, z obawy przed ową urojoną "złą istotą" przyrody! Stąd to pochodzi, że tak mało znaleźć można wśród ludzi dostojności: której odznaką będzie zawsze nie obawiać się siebie, nie oczekiwać po sobie nic haniebnego, bez namysłu lecieć, gdzie nas rwie- nas, urodzone ptaki! Dokądkolwiek kiedy przybędziemy, zawsze będzie wolno i słonecznie wkoło nas.
Z tą "surowością wiedzy" ma się rzecz tak samo, jak z formą i uprzejmością najlepszego towarzystwa: przestrasza niewtajemniczonego. Kto jednak przywykł do niej, nie mógłby wcale żyć gdzie indziej, tylko w tej jasnej, przejrzystej, mocnej, silnie elektrycznością przepojonej atmosferze, w tej męskiej atmosferze. (...) Po cóż by znów miał schodzić ku owym mętnym wodom, gdzie trzeba pływać, brodzić i brudzić swe skrzydła. Nie! Tam życie nam zbyt ciężko, cóżeśmy winni, żeśmy do powietrza zrodzeni, do czystego powietrza, my współzawodnicy świetlanego promienia, i że najchętniej, podobnie jemu, cwałowalibyśmy na pyłkach eteru i nie precz od słońca, lecz ku słońcu! Tego jednak nie możemy- pragniemy tedy czynić, co jedynie umiemy: nieść ziemi światło, być "światłem ziemi". I co to mamy swe skrzydła i swą szybkość, i surowość, dlatego jesteśmy męscy i nawet straszliwi, podobni ogniowi. Niechaj się boją nas ci, którzy nie umieją się nami ogrzać i rozjaśnić.
Dopiero wielki ból, ów długi powolny ból, który potrzebuje czasu, w którym spalam się niejako z zielonymi gałęziami, zmusza nas filozofów do zstąpienia w swą ostateczną głąb i do odrzucenia od siebie wszelkiej ufności, wszystkiego, co dobroduszne, zasłaniające, łagodne, średnie, w co włożyliśmy może przedtem swoje człowieczeństwo. Wątpię, czy taki ból "polepsza"- lecz wiem, że nas pogłębia. Czy to więc uczymy się przeciwstawiać mu swoją dumę, swoje szyderstwo, swoją siłę woli i postępujemy w tym jak Indianin, który, choćby jak strasznie nawet dręczony, w złości swego języka znajduje odszkodowanie na swym dręczycielu; czy to przed bólem w ową orientalną chronimy się nicość- zwą ją nirwana- w owo nieme, tępe, głuche poddanie się, zapomnienie o sobie, zgaszenie siebie: to jednak z tak długich, niebezpiecznych ćwiczeń w panowaniu nad sobą wychodzi się innym człowiekiem, z kilku znakami zapytania więcej, przede wszystkim z wolą pytania nadal więcej, głębiej, surowej, srożej, złośniej, ciszej, niż się dotąd pytało.
Z tłumem. - Biega on dotychczas za tłumem i jest jego chwalcą: lecz pewnego dnia stanie się jego przeciwnikiem! Bo kroczy za tłumem w wierze, że gnuśność jego dobrze na tym wyjdzie: nie przekonał się jeszcze, że tłum nie dość jest gnuśny dla niego! Że prze ciągle naprzód! Że nie pozwala nikomu przystawać! - A on tak chętnie przystaje.
Jak widać, myśl moja jest taka: że świadomość właściwie nie należy do egzystencji człowieka jako indywiduum, a raczej do tego, co jest w nim naturą stadną i społeczną; że jest ona, jak z tego wynika, subtelnie rozwinięta tylko w zakresie użyteczności gromadnej i stadnej; że wobec tego każdy z nas, przy najlepszej woli zrozumienia siebie możliwie najbardziej indywidualnie, "poznania samego siebie", będzie wciąż jeszcze uświadamiał sobie właśnie tylko to, co nieindywidualne, swoją "przeciętność"; że charakter świadomości — dzięki panującemu w niej "geniuszowi gatunku" — bezustannie jak gdyby majoryzuje samą naszą myśl i przekłada ją z powrotem w perspektywie stadnej. Nie ulega wątpliwości, że nasze działania, jakie by były, są w istocie nieporównywalnie osobiste, jedyne, nieagraniczenie indywidualne; ale skoro je tylko przetłumaczymy na świadomość, nie robią już tego wrażenia... Właściwy fenomenalizm i perspektywizm, jak ja go pojmuję, jest taki oto: natura zwierzęcej świadomości sprawia, że świat, który możemy sobie uświadomić, jest tylko światem znaków i powierzchni, światem uogólnionym i spospolitowanym, — że wszystko, co uświadomione, staje się tym samym płaskie, rozrzedzone, względne i głupie, generalne, staje się znakiem, znakiem cechowym trzody, że z wszelkim uświadamianiem łączy się wielkie gruntowne zepsucie, sfałszowanie, spłycenie i generalizacja.
My myśląco- odczuwający, jesteśmy tymi, którzy naprawdę i nieustannie coś czynią, czego tu jeszcze nie ma: cały wiecznie rosnący świat ocean, barw, wag, perspektyw, drabin, stopni, potwierdzeń i zaprzeczeń.
W gruncie rzeczy wstrętne mi są wszystkie owe moralności, które mówią:" Nie czyń tego! Wyrzeknij się! Przezwyciężyć się!" - sprzyjam natomiast tym wszystkim owym moralnościom, które mnie pobudzają, by coś czynić i powtarzać i od rana do wieczora i w nocy śnić o tym i o niczym nie myśleć jak: by to dobrze zrobić, tak dobrze, jak ja to tylko mogę! Kto tak żyje, od tego odpada ustawicznie jedno po drugim to, co do takiego życia nie należy: bez nienawiści i odrazy rodzi on, że dziś to, jutro owo rozbrat z nim weźmie.
Co czyni ten, który się wyrzeka? Dąży do wyższego świata, pragnie lecieć serzej, dalej i wyżej niż wszyscy ludzie potwierdzający-odrzuca precz wiele rzeczy, które by lot jego obciążać mogły, a wśród tego niejedno, ci nie jest dlań bezwartosciowe i niemiłe; składa to w ofierze swej żądzy wyżyn.
... I oto skorośmy długo w ten sposób wędrowali, my argonauci ideału, odważniejsi może niż to roztropnie było, i dość często doznając rozbicia i szkody, lecz jak się rzekło zdrowsi, niżby nam na to pozwolono, niebezpiecznie zdrowi, ciągle na nowo zdrowi – to zdaje nam się wtedy, jakbyśmy w nagrodę za to mieli przed sobą ląd nieodkryty jeszcze, którego granic nikt jeszcze nie przejrzał, jakiś pozaobręb wszystkich dotychczasowych lądów i zakątków ideału, świat tak przebogaty w to, co piękne, obce, pytania godne, straszliwe i boskie, że nasza ciekawość, tak samo jak nasza żądza posiadania, wypadły z równowagi – ach, że nic nas odtąd już nasycić nie może! Jakże moglibyśmy się, po takich widokach i wobec takiej zachłanności w rzeczach sumienia i wiedzy, zadowolić jeszcze człowiekiem teraźniejszym? To dość źle: lecz nieuniknione jest, że najzacniejszym jego celom i nadziejom przyglądamy się tylko ze źle podtrzymywaną powagą i nie przyglądamy się już nawet. Inny mamy przed sobą ideał, cudowny, kuszący, pełen niebezpieczeństw ideał, do którego byśmy nie nakłaniali nikogo, ponieważ nie przyznajemy nikomu tak łatwo prawa do niego: ideał ducha, który naiwnie, to jest mimowolnie i z przelewnej pełni i mocy igra z wszystkim, co dotąd świętym, dobrym, nietykalnym, boskim zwano; dla którego to, co najwyższe, to, w czym tłum słusznie widzi swą wartości miarę, znaczy prawie tyle, co niebezpieczeństwo, upadek, poniżenie, lub co najmniej odpoczynek, ślepota, czasowe zapomnienie o sobie; ideał ludzko-nadludzkiego zdrowia i życzliwości, który często nieludzkim zdawać się może, na przykład gdy stanie obok całej dotychczasowej ziemskiej powagi, obok wszelkiego rodzaju uroczystości w ruchu, słowie, dźwięku, spojrzeniu, moralności i żądaniu, jako wcielona mimowolna parodia – i z którym, mimo to wszystko, zaczyna się może właśnie dopiero wielka powaga, staje właściwy znak pytania, odwraca się przeznaczenie duszy, cofa wskazówka, zaczyna tragedia...
Jeśli masz jakąś cnotę, prawdziwą, całą cnotę(a nie tylko popędzik ku jakiejś cnocie)- to jesteś ofiarą! Lecz sąsiad twój chwali właśnie dlatego twą cnotę! Chwali cię pilnego acz przez swoją pewność pozbawia swe oczy siły widzenia, ducha swego oryginalności i świeżości.
Ci starzy filozofowie byli bez serca: filozofowanie było zawsze rodzajem wampiryzmu. Czy nie czujecie w takich postaciach, jak jeszcze postać Spinozy, czegoś głęboko zagadkowego i niesamowitego? Czy nie widzicie tego widowiska, które nie tu odgrywa, ustawicznego blednięcia- coraz idealnej wykładanego odzmysłowienia?