cytaty z książki "Do niewidzenia, do niejutra"
katalog cytatów
żywię do swojej mamy głównie dwa uczucia: miłość i poczucie winy. Miłość za to, że żyję, poczucie winy za to, w jak marnym stylu to robię.
Niby marna to pociecha, ale zawsze, jeśli osoba we własnych oczach kompletnie przegrana, w cudzych może się jeszcze jawić jako człowiek sukcesu.
Miłość to przereklamowany i wadliwy towar. Coś jak lekarstwo bez ulotki z prawidłowym dawkowaniem, sposobem użycia i niepożądanymi skutkami. Trucizna, bubel zwykły, który powinno się zupełnie wycofać z obrotu, bo tak naprawdę nie pomaga, a zwykle tylko krzywdę wyrządza.
od dziecka poddawałam się raczej batucie okoliczności, a te momenty, gdy odgwizdywałam w ich kierunku autorską melodyjkę, należały jedynie do rzadkich wyjątków.
Nie ma nic smutniejszego niż kilkuletnie dziecko, które traci nadzieję (...). Doprowadzić do tego oznacza popełnić najpotworniejszą zbrodnię przeciwko ludzkości.
Co mogłabym jeszcze dodać? Że odkąd pamiętam, fantazjowanie o nieistnieniu bardziej mnie uspokaja, niż niepokoi? Że jestem nie do życia? I jeszcze gdyby w przenośni chociaż, to pół biedy – u mnie cała, bo dosłownie.
Bycie dla samobójcy synonimem trwania – nie można otrzymać od drugiego człowieka większego komplementu.
Cóż, jest to problem z gatunku moich ulubionych – czysto teoretyczny; te realne pozostawiam wytrawnym praktykom życia, do których się niestety nie zaliczam.
Na mnie życie nigdy dobrze nie leżało. Było jak za duży sweter po starszej siostrze, w którym źle się czułam i który mi smutno wisiał i smętnie powiewał. (...) Potem, kiedy się zakochiwałam, ten sweter kurczył się, aż przychodził taki moment, że pasował idealnie - to są krótkie chwile mojego szczęścia.
Niezła z Pana Profesora atrapa mężczyzny, nie ma co: z opakowania easy rider po chemioterapii, a tak naprawdę pizdeusz pospolity. Pewnie zamiast szaleć na motorze zapina pasy w autobusie komunikacji miejskiej. W jednej kieszeni torebka na potencjalne wymiociny, w drugiej bilet miesięczny na wszystkie strefy podmiejskie, chociaż nigdy w żadnej nie był. Bezpieczne życie na limicie, ale grunt, że czarną skórę z ćwiekami i facjatę jak z reklamy bourbona ma, posiada.
Bawi mnie dylemat człowieka, który nie chce żyć, a jednocześnie boi się zabić. Każdy rozkrok jest śmieszny, a to jest, sam przyznaj, dość koślawy szpagat i to z gatunku ostatecznych.
Jak kochasz, przyznajesz drugiej osobie prawo do zabicia cię. Z wzajemnością zresztą, o ile tylko miłość jest odwzajemniona.
- I było cudnie, Jagódko, prawie trzy lata. Warto było się urodzić, żeby je przeżyć.
– I warto było umrzeć, gdy się skończyły, prawda?
– Nie wiem. Może warto, może nie warto. Nie wiem, czy śmierć jest warta cokolwiek ani też czy cokolwiek jest warte śmierci. Zadajesz trudne pytania.
Zwykle ludzie starają się pokazywać innym z jak najlepszej strony, a zwłaszcza już tym, wobec których mają jakieś oczekiwania czy zamiary. Ja robię coś zgoła przeciwnego. Dość szybko wyciągam z rękawa najbardziej zafajdaną kartę, oczekując bycia kochaną mimo niej. Bierzesz mnie, to nie z dobrodziejstwem inwentarza jedynie, ale też z całym jego przekleństwem!
Inni wybierają heroinę, a ja produkuję ją sama w laboratorium mojej wyobraźni. Poza męką istnienia należy mi się choćby chwila przyjemności.
... koło zębatki losu przesunęło się właśnie o kluczowy trzonowiec i ani myśli się cofać.
Zawsze wolałam noc od dnia. I ciągle uciekam – do cienia przed światłem, przed życiem w śmierć. Po niej zaś nie światłości wiekuistej oczekuję, lecz nieprzebytego mroku. Tak, jestem nietoperzem, a on Batmanem – to niemal pewne.
Sama jestem raczej jak Mauna Kea – drzemiący wulkan archipelagu Hawajów. Uśpiona, wybucham tylko z rzadka, ale za to spektakularnie i z fajerwerkami, bo gdy natężenie wewnątrz mnie dotyka punktu granicznego, kiedy przychodzi czas emocjonalnej erupcji, wtedy pluję na oślep mieszaniną lawy (pożądania), pyłów (frustracji), gazów (złości) i odłamków (inwektyw). Spustoszenie, jakie wtedy czynię w promieniu kilku metrów, jest spustoszeniem totalnym. Przypadkowi świadkowie zwykli krzyczeć: „Wołaj doktora”, a ofiary moich afektów nucą z rezygnacją pod nosem: „Żywy stąd nie wyjdzie nikt”.
Wpierw policjant, potem Cyganka, teraz jeszcze on. Nie ma co – Narodowy Dzień Wpierdalania Się W Moje Życie trwa w najlepsze. Szkoda tylko, że nikt jakoś nie raczył mnie o nim powiadomić. Co więcej, nie przypominam sobie, aby poproszono mnie o uświetnienie swoją obecnością głównych uroczystości. Gdziekolwiek się odbywały i jakkolwiek miały wyglądać, mam święte prawo patrona w nich uczestniczyć!
On się naprawdę martwi! Co więcej – chce mnie ratować! Zastanawia się jeszcze tylko, gdzie będzie lepiej zwrócić się o duchowe i merytoryczne wsparcie: do fundacji Dzieci Niczyje czy zwalczającej handel żywym towarem La Strady. Muszę koniecznie spacyfikować to jego wybujałe miłosierdzie, inaczej gotów jeszcze wziąć kurs na Rydygiera, a potem upychać mnie w Oknie Życia u sióstr boromeuszek.
Bo Twój pociąg do nieistnienia nie zatrzymam mojego pociągu do nieistnienia i na odwrót.Wręcz przeciwnie, z biegiem czasu zaczniemy się w nich ścigać, a w końcu ja się przesiądę do twojego pociągu, względnie ty do mojego i dalej poprujemy juz razem, na zgubę i zatracenie, rozumiesz?".
(...) tęskniłam za nią strasznie, ale doszłam do wniosku, że czasami najlepsze, co można zrobić dla drugiego człowieka, to pozwolić mu odejść.
Stało się. Kabotyńskie powiedzonko „kocha, to bije” po raz drugi znajduje zastosowanie w moim życiu. Mądrość ludowa to więc czy głupota? Jeśli to drugie, to moja tylko.
Niepewnie obracam notes w rękach. Dostałam od niego to, co chciałam. Dowód na to, jaki naprawdę jest. Wystarczy zajrzeć, by ostatecznie się zniechęcić. Poczuć lodowate ukłucie prawdy, które znam tak dobrze. Po raz kolejny przekonać się, że niewinną stokrotkę może i nieustannie ciągnie do szamba, ale za nic nie potrafi w nim pływać.
W ogóle dlaczego mówisz na niego Jezus? Przecież to kłamca i zdrajca rodziny, a Jezus nie kłamał. Ten biblijny zresztą przez brak felerów nie ma głębi. Jest płaski jak wycinanka z papieru, którą ktoś z litości skropił kadzidłem. Kiepskie fabularnie pisarstwo uprawiali te marki, mateusze i łukasze. Daleko od Boga, obcy ludziom, nie wiadomo, kto to właściwie ten Jezus. Nigdy nie kłamał, zawsze wiedział, co powiedzieć, w dodatku tą swoją irytującą do skrętu kiszek aforystyczną frazą. Najpiękniejszy i najmądrzejszy w całej Judei, myślałby kto. Normalnie doktor House naoborot, nie cierpię takich postaci. Nie powie, że nie wie, że się zastanowi, tylko się produkuje bez ustanku oralnie. House cierpi na ustną nadpodaż szydery, a Jezus – miłości. Już nie wiem, co gorsze.
Siadam na bujanym fotelu, wprawiam go w ruch i z życzliwym zainteresowaniem przyglądam się królestwu materialnej czerni Profesora. Nie żebym jakoś szczególnie lubiła ten kolor, ale właśnie z całą mocą dotarło do mnie, że mam do czynienia z mężczyzną bez zobowiązań. W końcu żadna normalna kobieta nie pozwoliłaby na to, by główny pokój w mieszkaniu cechowała przytulność wyrobiska w kopalni węgla kamiennego. Ja bym nie miała nic przeciwko, ale kiedy mówię o normalnych kobietach, zazwyczaj nie mam na myśli siebie.
Zaciągam się tak, jakbym miała robione badanie pojemności płuc za pomocą respirometru, z tym że zamiast po chwili dmuchać w niego ile sił, wszystko zatrzymuję w sobie...
Błogi uśmiech rozciąga mi usta i policzki. Aż do bólu. W końcu biorę go w ryzy, przygryzając wargi – inaczej oplótłby mi chyba potylicę i zdublował twarz. Tak zdeformowana nie wyglądałabym z pewnością zbyt atrakcyjnie, a bądź co bądź nie jestem tutaj sama.
Nie wiedząc, co robić, sięgam po kufel z piwem i zasłaniam nim twarz, z której przed chwilą bez ceregieli zdarto maskę uprzejmej otwartości. Królowa jest naga i chce jak najszybciej zaszyć się ciasnym ściegiem w swojej zacisznej komnacie – sama samiuteńka.
Już po chwili ocieram się rozpalonym policzkiem o twarz Profesora, zataczając nim nieśpieszne koła od jego ucha, skroni, aż do czoła i z powrotem do linii szczęki i brody. Jestem ciekawskim psiakiem na rozpoznaniu swoich możliwości w miłości i walce ze starszym, silniejszym kompanem. Ma przewagę, wiem to, ale póki co kłaść się na plecy i błagać o litość, świecąc gołą słabizną, nie zamierzam!
Su nosi w sobie bowiem tę drobną skazę, która często występuje u kobiet wybijających się urodą hen ponad przeciętność: z trudem znosi towarzystwo ludzi brzydszych od siebie. Gwoli sprawiedliwości należałoby tutaj dodać: dużo brzydszych. I nie jest w tym nic dziwnego, skoro kapkę brzydsi, trochę brzydsi lub po prostu brzydsi są od niej w zasadzie wszyscy.