cytaty z książek autora "Marta Wroniszewska"
Przyjęło się myśleć, że dla prawidłowego rozwoju dziecka niezbędna jest obecność matki jako takiej, ale to stereotypowe podejście. Tak naprawdę dla dziecka liczy się obecność ważnego dorosłego. Bo można żyć w pełnej rodzinie, w której rodzice nie wypełniają obowiązków rodzicielskich, być głęboko nieszczęśliwym i spędzić lata na terapii. A można też żyć w rodzinie, w której jest tylko jeden rodzic, obojętnie, czy matka, czy ojciec, i mieć zabezpieczone wszystkie potrzeby kontaktu emocjonalnego, i być w dorosłym życiu zdrowym psychicznie.
Wobec faktycznej niesamodzielności w zakresie decydujących funkcji życiowych komunikowanie się z innymi jest dla dziecka sprawą życia lub śmierci. Możliwość pozostania bez opieki bywa bezwzględnie najpoważniejszym zagrożeniem całej egzystencji dziecka.
Wszyscy mają dużo do powiedzenia, dopóki nie muszą się angażować.
Adopcja wciąż jest w Polsce czymś mrocznym, czymś, do czego ludzie nie przyznają się otwarcie. Zawsze się śmiałam, że adopcja, abolicja i aborcja to trzy tematy tabu w polskim społeczeństwie. Dziś łatwiej jest powiedzieć, że ktoś jest alkoholikiem czy że bije żonę, niż że adoptował dziecko. Ludzie zawsze wtedy ściszają głos. A przecież ci, którzy decydują się na ten krok, robią coś dobrego. Otwierają się na obcą osobę, z którą nie są związani więzami krwi. Otwierają się na cudzy kod genetyczny w swoim domu.
Wracała do domu obolała, stęskniona za dziećmi ze sterylnego szpitala. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła po wejściu do domu, była wysunięta szuflada z wystającym z niej szalikiem. Normalnie by się wkurzyła, ale wtedy ten szalik okazał się dowodem, że nieład oznacza życie i dom.
W moim rozumieniu to na państwie spoczywa odpowiedzialność w stosunku do tych dzieci, a nie na ludziach, którzy próbowali czy próbują pomóc [...] Jeżeli biologiczny rodzic ma prawo sobie nie poradzić, takie prawo powinen mieć również ten adopcyjny.
Współczucie to rozpoznanie wagi cudzych doświadczeń. Dziś to towar deficytowy.
Patrzyła na dzieci, które potem całe tygodnie odchorowywały widzenia z mamą, dzieci w konflikcie lojalnościowym, tęskniące bez względu na to, jacy ci rodzice byli. A równocześnie nie liczyło dla nich nic więcej. Rodzic był i będzie dla nich najważniejszy. Nawet jeśli przyczynia się do destabilizacji i niszczy poczucie bezpieczeństwa, i mimo że nieraz szkodzi, to jednak dla nich jest kluczowy i najważniejszy.
Matka mnie wymyśliła, stworzyła postać, wyobrażenie dziecka, bawiła się w dom. Była jak mała dziewczynka, która dostała lalkę. Jak gdybym był pustą skorupą do ubierania. Stroiła mnie, przebierała cztery razy dziennie, szykowała do szkoły, kościoła, chwaliła się mną. Jednak na dobrą sprawę w ogóle nie była mną zainteresowana, ty, kim jestem, byłem. Nie pytała mnie na przykład: "Jak się czujesz?", "Kim chciałbyś być w przyszłości?", "Co lubisz robić?", "Na co masz ochotę?". Uważała, że zna odpowiedzi na te pytania. W domu nie mówiło się o uczuciach. Mogłem co najwyżej powiedzieć, że jakiejś rzeczy potrzebuję. Ale do głowy by mi nie przyszło prosić, żeby mnie przytulono.
Gdybyśmy zobaczyli, że każdy dzień życia dziecka spędzony poza prawidłowo funkcjonującą rodziną okalecza je, w pierwszym tygodniu odpada mu jedna ręka, po dwóch tygodniach druga, po trzech noga, a następnie kolejna, gdyby to było widać, to każdy myślałby: "Jezu Chryste, to trzeba natychmiast działać!". Ale tego nie widać! Okaleczenie dokonuje się głęboko wewnątrz, w mózgu i w sercu dziecka.
I choć otoczyli go opieką i miłością, on wciąż czuł się zagubiony, nieważny, wyrwany z korzeniami. Oni chcieli go usłyszeć, a on się czuł niesłyszany. Oni go widzieli, a on się czuł niezauważany. Okazywali mu miłość, ale on czuł się niekochany. Nie potrafił zwracać się do nich inaczej niż "wujek" i "ciocia". Słowa "mama" i "tata" były w jego głowie już zarezerwowane, wydaje mu się, że nawet nie do końca wiedział, co one oznaczają, nie były przypisane do emocji, uczuć, relacji, były "słowami imionami".
Próbyu wybaczania bywają też ryzykowne, wciągają jak wiry, potrafią być labiryntami bez wyjścia. Mógłby się umocnić w poczuciu krzywdy, przykrości, niesprawiedliwości, użalaniu się nad sobą. A on nie chce kotwic przeszłości.
Jacek uważa, że rodzicielstwo to nie jest system wzajemnego ubezpieczenia społecznego. Opieka nad rodzicami powinna wynikać nie z oczekiwań rodziców, tylko z więzi. Relacji budowanej przez lata.
Wtedy myślał, że tak po prostu wygląda życie, że świat jest tak skonstruowany. Dzieci mieszkają w domach dziecka, gdzie jest wiele innych dzieci. Opiekują się nimi panie; najmilsze są te ciemnowłose, o imieniu Basia. Dzieci są zależne od dorosłych, którzy przewożą je z miejsca na miejsce, zabierają z domu dziecka, kiedy chcą i kiedy chcą, odwożą z powrotem do starej drewnianej chaty, gdzie jest biednie, zimno, głodno i gdzie szczeka wielki rudy pies. Czasem dzieci, gdy są niedożywione, trafiają do szpitala. Tak są legarki i pielęgniarki w białych fartuchach i czepkach. Lekarki leczą dzieci i dbają o nie, pieęgniarki przynoszą jedzenie i robią zastrzyki. Dzieci nie mogą o nic pytać, bo inaczej oberwą. Nikt im niczego nie tłumaczy, nie rozmawia z nimi, bo z dziećmi się nie rozmawia. Mają wykonywać polecenia, sikać na zawołanie do nocnika (nie wolno sikać w łóżkach!) i kąpać się na komendę. Nie mają zabawek, nie posiadają niczego na własność. Dzieci są rybami bez głosu. Zależnymi od decyzji, które do nich nie należą i których nikt im nie tłumaczy.
Poważne błędy wychowawcze, okaleczanie dziecka wychowywanego w rodzinie patologicznej, w której dochodziło do jawnych naruszeń jego dobra, w której panuje przemoc i sięga się po używki, to tematy tabu w naszym społeczeństwie, bo naruszają świętość słów „matka" czy „ojciec". Uważamy, że rodziców należy szanować, a w pojęciu szacunku nie ma miejsca na krytykę. Równoczesne, wpisane w rodzicielstwo podrzędność i uległość dziecka, posłuszeństwo wynikające jedynie z samego aktu jego urodzenia i „ofiarowania" życia, ustawia dziecko w roli drugoplanowej i sprowadza je do własności bez względu na czyny rodziców.
Uważam, że dobrze mnie wychowały. Mówię to świadomie: wychowały mnie książki! To one pi pokazały, co jest dobre, a co złe, jak należy się zachowywać, jak postępować z ludźmi.
W pewnym momencie zorientowała się, że zaczyna patrzeć na synów jak na oprawców. Małych katów, dręczycieli. Widziała w nich kopię ojca. Wyzwiska i obelgi wysypywały się z nich równie gładko. Wyśmiewanie było codziennością. Deprecjonowanie na porządku dziennym.
Zawsze znajdą się tacy, którzy chętnie osądzą. Internet pełen jest fachowców od cudzego życia. Wyznawców zero-jedynkowego podejścia: "Matka nigdy się nie poddaje", "Matka to lwica, walczy do końca", "Matka musi myśleć tylko o dzieciach, stawiać je na pierwszym planie". A ojciec? Zdarza mu się stosować przemoc, przedkładać życie zawodowe nad rodzinne czy wyjść po zapałki i już nigdy nie wrócić. Zdarza się.
Bo w adopcjach nie decyduje proces myślowy, tylko emocje i chęć czynienia dobra. Szkoda, że dzisiaj te emocje są sprowadzone do kilkudziesięciu ograniczających przepisów.
Nienawidzę stereotypu Matki Polki. To określenie jest haniebne, ściąga kobiety w dół niczym kotwica. Jakiekolwiek odstępstwo od powszechnego wyobrażenia matki obraża rodzinę, prowadzi do destrukcji i patologii. Kobieta musi spełniać się w swojej roli, mieć same przymioty. Jej atrybutami mają być opiekuńczość, wrażliwość, troska, cierpliwość, zorganizowanie, zaradność. I oczywiście musi wiernie trwać przy boku męża i mu służyć. Jej potrzeby są spychane na kolejne miejsca, siódme, dziesiąte. Cały ciężar obowiązków, zarówno technicznych, jak i emocjonalnych, spoczywa na jej barkach. Dlaczego, do cholery?!
Wychowanie dziecka z niepełnosprawnością to mieszanka heroizmu, znoju, poczucia winy, przetykana chwilami dumy i cienkimi niteczkami nadziei.
Jednak system to nie przepisy, lecz ludzie, którzy je tworzą, oraz ci, którzy je stosują. Czy zawsze dobrze zadziałają? Nie. I nie dlatego, że nie mają wiedzy. Może to wynikać z braku kompetencji, ignorancji czy lokalnego układu. To człowiek jest najsłabszym ogniwem, nie przepisy.
Z czasem coraz ciężej przychodziło mi tłumaczenie podopiecznym, dlaczego zostali tak źle potraktowani przez swoich rodziców. Do dziś nie wiem, jak wytłumaczyć dziesięcioletniej dziewczynce, że nie ma dla niej miejsca w domu, bo mama woli alkohol i nowego partnera; albo co powiedzieć dziewięcioletniemu chłopcu, który pyta, dlaczego mama, mijając go na ulicy, odwraca głowę i udaje, że go nie widzi.
To był człowiek cierpiący, który nie potrafił poradzić sobie z tym, co się w nim kłębi. Moim zdaniem to nie była reakcja wynikająca z autyzmu, tylko z tego, że świat mojego syna odrzucił.
Celem mamy, jak po latach przyznała, było "żebyśmy były odchowane i oddane pod opiekę mężom". To był, według niej, kres jej misji jako matki. I to się dokonało, zatem uznała, że może odejść.
W 2023 roku policja wypełniła 62 170 formularzy "Niebieska Karta - A", a liczba osób, co do których zachodziło podejrzenie, że są dotknięte przemocą, wynosiła 77 832. Z tego 51 631 ofiar stanowiły kobiety,
17 039 - osoby małoletnie, 9161 - mężczyźni.
Nie mogła się od nas oddalić fizycznie, bo leżałyśmy obok, więc próbowała się odseparować mentalnie.
Terapia mnie uratowała. Znalazłam w sobie dość siły, aby wreszcie postawić granicę. Gdybym tego nie zrobiła, dalej byłabym ofiarą, a mój syn moim oprawcą. Zbyt mocno wszedł w buty ojca. Dałabym mu tym samym przyzwolenie, nauczyła, że tak wolno traktować matkę i kobiety w ogóle.
To pokazuje, że ona nie miała siły do życia rodzinnego. Miała za to siłę do odchodzenia.
Nienawidzę ludzi, bo jakby tylko mieli okazję i wiedzieli, że nikt się nie dowie i nie poniosą konsekwencji swoich czynów, toby tylko kradli i gwałcili.